Ankieta Teofila


J. Badeni OP, W. Giertych OP, T. Golonka OP, A. Hauke-Ligowski OP, H. Kaczmarek OP, J. Paściak OP, R. Wiśniowski OP

n6_i1

 

Przygotowując numer „Teofila” poświęcony formacji postanowiliśmy zadać kilka pytań braciom, którzy byli lub są odpowiedzialni za kształt formacji w naszej prowincji. Oto te pytania: Co jest najważniejsze w formacji dominikańskiej, ku czemu Ojciec wychowywał (wychowuje) braci, jaki skutek i w jaki sposób chciał (chce) Ojciec osiągnąć przez swoja prace? Jakie postawy braci sprzyjają a jakie zdecydowanie przeszkadzają w pracy formacyjnej? Jakie powinny być priorytety pracy formacyjnej wobec wyzwań nadchodzącego czasu? Jakie są te wyzwania?

Formy wypowiedzi są, niejednolite ponieważ cześć z nich została napisana przez autorów, a pozostałe spisaliśmy z taśmy magnetofonowej. Ingerencje redakcji staraliśmy się ograniczyć do niezbędnego minimum.

Publikujemy owoce tej krótkiej ankiety z nadzieja, że będzie ona inspiracja do ponownego przemyślenia sprawy naszej formacji w kontekście przemian dokonujących się w kościele i w świecie. Wierzymy, że odpowiedzi wskażą zarówno to, co w dominikańskiej formacji jest ważne zawsze, jak i to, co szczególnie istotne dziś.

Drukujemy poniżej te odpowiedzi, które dotarły do nas przed końcem grudnia 1996 r.

 

J

oachim Badeni OP

Magister Studentatu w latach 1952-1955

W formacji chodzi o to, aby wychować do pełnej odpowiedzialności za siebie przy zachowaniu dużej dyscypliny. Nie takiej jednak, która likwiduje osobowość. Ważne jest, aby na studentacie być świadomie posłusznym i świadomie twórczym. Wszelkie projekty, wszelkie zmiany były przeze mnie zawsze mile widziane (szczególnie w dziedzinie sportu). To nie bardzo wychodziło, ponieważ bracia nie mieli ochoty na wykazywanie inicjatywy i czekali na dyspozycje. Dlatego starałem się w ramach posłuszeństwa budzić te inicjatywę. Myślałem również o tym, aby bracia doszli do modlitwy kontemplacyjnej, bo z niej rodzą się dopiero prawdziwe kazania, homilie i konferencje. W tradycji dominikańskich teologów kontemplacja jest dla wszystkich, nie tylko dla mistyków (przynajmniej w jej fazie początkowej). Ważna jest też rola Pisma Świętego jako źródła kaznodziejstwa, gdyż kontemplacja to właśnie widzenie prawdy Bożej w tekście Pisma Świętego. Każdy z nas powinien umieć to robić. Czy od razu? Nie wiem, bo kontemplacja rozwija się stopniowo u każdego w ramach dominikańskiego powołania kaznodziejskiego. Co innego, jeśli ma się mówić konferencje: „Wczesny Marks a święty Tomasz” – wtedy biblioteka, komputer, itd. Jeśli jednak ma się głosić homilie na „dwunastce” – trzeba tylko umieć popatrzeć w tekst Pisma Świętego. Kontemplacja nadprzyrodzona jest normalna dla tych, którzy zamierzają Słowo Boga przekazać, a to jest przecież nasze zadanie,

W dziedzinie kierownictwa duchowego bardzo ważny jest dar rozeznawania duchów, aby widzieć co jest od Boga, co wynika z natury, a co może być demoniczne. Tym bardziej, że tej demoniczności jest teraz bardzo dużo. Dzisiaj jest bardzo ważne, by o ten dar rozeznawania duchów po prostu się modlić.

Co jest najważniejsze wobec wyzwań nadchodzącego czasu? Na pewno pogłębianie wiary. Natomiast trzeba podkreślić, że sentymentalny, tradycyjny, polski katolicyzm jest bardzo cenny, bo jest punktem zaczepienia. Czasem kruchym, ale mocnym pod względem wierności Kościołowi. Ludzie wychowani w tej tradycji mają niewielką wiedzę w sprawach wiary, ale są wierni Kościołowi -ja taki właśnie byłem. Stąd nie wolno lekceważyć pobożności tradycyjnej. Moim zdaniem tradycyjna polska pobożność zawarta jest doskonale w słowach Mickiewicza: Vivat Polonus unus defensor Mariae. Widać tu wyraźną wieź z Matką Boską. Księża mówią o tym, że Pan Bóg jest, ale że Matka Boska jest – to wie każdy. To oczywiście karykatura, ale coś w tym jest. Paulini opowiadali mi, że do spowiedzi na Jasnej Górze przychodzą ludzie nie ochrzczeni. Wiec co to jest? Myślę, że istnieje wyczucie instynktu macierzyństwa Maryi, który działa bardzo szeroko. Nie można tego zastąpić intelektualizmem, bo odcięłoby się w ten sposób pewne korzenie duchowości polskiej, która tkwi bardzo mocno w nabożeństwie do Matki Boskiej. Ta pobożność jest często niekonsekwentna, wiadomo, jak ona wygląda i jak słabe owoce wydaje w życiu codziennym. Wszyscy grzeszą, ale do Matki się modlą, bo istnieje ta wieź, której na przykład na Zachodzie nie ma. Matka jest obecna w tradycji narodu. Trzeba wiec to rozwinąć i pogłębić przez pneumatologie, bo Matka Boska musi być widziana w świetle Ducha Świętego. W przeciwnym wypadku robi się to bardzo płytkie. Ważny jest także kult obrazu i widzenie go jako ikony – widzenie Niewidzialnego. Tego nie można pominąć. Kaznodziejstwo maryjne powinno jednak się zmienić, gdyż „hurra-patriotyzm” nie jest dobrym kierunkiem.

Oczywiście dużo się zmienia. Zwłaszcza laikat ma i będzie miał coraz większy udział nawet w duszpasterstwie. Myślę, że ten udział jest bardzo ważny, a w związku z tym potrzeba zmiany „profilu księdza”. Dotąd funkcjonuje model polskiego księdza-autokraty, który decyduje o wszystkim: od Trójcy Świętej do rosołu w niedziele. To musi zniknąć. Z drugiej strony nie można wpaść w taką sytuacje, w której księża będą się bezkrytycznie przystosowywać do zmieniającej się rzeczywistości. Dzisiaj mamy do czynienia z dużym otwarciem na Zachód i jest to cenne, ale trzeba uważać, aby się nie zarazić relatywizmem, który podważa wszystko.

Język przekazu Ewangelii to kolejna sprawa, na którą powinniśmy się uwrażliwiać już w czasie formacji. Taki, nazwijmy go, „styl popularny” może być jeszcze dobry w niektórych częściach Polski, ale coraz częściej sztuczny, pompatyczuy, napuszony, „barokowy” styl już ludzi denerwuje. Trzeba mówić jeżykiem prostym i naturalnym – tak jak Chrystus.

 

W

ojciech Giertych OP

Magister Studentatu w latach 1990-1994

Przede wszystkim zanim uformuje się kogoś na zakonnika i kapłana, trzeba, aby człowiek ten był najpierw dojrzale uformowany po ludzku, aby był to już dojrzały i odpowiedzialny mężczyzna. Ważne też jest, aby był to chrześcijanin zdolny do odczytywania swojego życia w duchu wiary.

Być może jakieś pięćdziesiąt lat temu w tej dziedzinie sprawa była o wiele prostsza: na całym świecie, podobnie jak i w Polsce, kandydaci do Zakonu wychodzili ze środowiska społecznie dość zamkniętego, gdzie istniała obyczajowość chrześcijańska. W stylu życia polskich rodzin mieszkających na wsi zawierało się wychowanie do pracy, do odpowiedzialności, istniały zdrowe więzi rodzinne, istniała obrzędowość chrześcijańska i praktyka życia wiarą. Na tym wszystkim Zakon jak gdyby nabudowywał.

Dziś mamy już trochę inną sytuacje. W większości kandydaci pochodzą z miast, które nie stanowią już tak zamkniętego środowiska. W naszej Prowincji wiele się zmieniło pod koniec lat siedemdziesiątych: bracia zaczęli przychodzić przeważnie z miast, a nie ze wsi. Dziś spora cześć z nich pochodzi z rodzin, które są naznaczone różnymi trudnościami, konfliktami, alkoholizmem itp. To wszystko rzutuje na dalsza formacje.

Również wpływ komunizmu, zniekształconego szkolnictwa, a także zniewolenia i zastraszenia społeczeństwa oraz to, co ks. Tischner nazwał homo sovieticus siedzi w każdym z nas. Dlatego w formacji ważne jest na początku doprowadzenie do tego, aby człowiek zdobył dojrzałość, aby wiedział czego chce, aby nie kierował się lekiem, aby był zrównoważony, aby umiał samodzielnie myśleć, organizować swój czas i podejmować decyzje. Lepiej jednak byłoby, aby to wszystko dokonało się przed wstąpieniem do Zakonu.

Należy wiec stworzyć odpowiednia przestrzeń ku temu, aby człowiek mógł się wewnętrznie rozwijać, aby zdobywał samodzielność, nawet za cenę popełnianych błędów. Nie można zredukować formacji zakonnej jedynie do zewnętrznej tresury, do narzucania jedynie zewnętrznych zakonnych znaków. Brak fundamentu sprawi, że – jak to kiedyś wyraziłem – duchowość chrześcijańska będzie jak cienka tapeta naklejona na niedojrzała osobowość. Zawsze mocno podkreślałem prymat życia konsekrowanego wewnątrz życia zakonnego. O wiele ważniejsze jest życie konsekrowane, czyli obcowanie z Bogiem, wyrażające się przez wiarę, nadzieje i miłość oraz wzbogacone przez śluby, od zewnętrznych znaków życia zakonnego, które są służebne w stosunku do dojrzałej relacji wobec Boga.

Konieczny jest prymat orientacji nadprzyrodzonej. Trzeba podkreślić, że w Polsce, gdzie obrzędowość chrześcijańska jest tak bardzo obecna, można spotkać ludzi, którzy żyją w przekonaniu, że są dobrymi katolikami, bo spełniają pewne praktyki religijne. Gdy przychodzą do Zakonu, mają tych praktyk więcej, noszą habit, ale to jeszcze nie dowodzi, że naprawdę dokonali osobistego wyboru i zależy naprawdę im na Panu Bogu.

Moje siostry, mieszkające w Anglii zaobserwowały u swoich dzieci i wnuków, że te, które chodzą do szkół niekatolickich, są. bardziej dojrzałe w swojej wierze od dzieci, które chodzą do szkół katolickich. Myślę, że właśnie rani, gdzie o wiarę trzeba „zawalczyć”, bywa ona bardziej autentyczna. W naszym społeczeństwie walczyło się z komuną, była walka polityczna, ale nikt nie musiał walczyć o to, by kierować się wiarą dojrzale, czasem za cenę oporu rodziny, bliskich czy kolegów z klasy.

Jaki kształt powinna przybrać formacja, by sprostać wymaganiom naszych?

Po pierwsze, czy my zbyt łatwo nie przyjmujemy ludzi do Zakonu, i to ludzi niedojrzałych, którzy zresztą traktowani są przez nas jako niedojrzali? Jeśli spoglądamy na zachodnie prowincje, to widzimy, że jest tam o wiele lepsza selekcja przed przyjęciem do nowicjatu i sam program przygotowania kandydata do Zakonu jest o wiele dłuższy. Natomiast gdy człowiek zostanie już przyjęty do Zakonu, to jest traktowany jak dojrzały mężczyzna, a nie jak szczeniak. Krzywdzimy ludzi, gdy przyjmujemy ich prawie z ulicy i to na dodatek w okresie społecznego kryzysu, kiedy młodzi ludzie często nie wiedzą, co zrobić ze swym życiem. Gdy Kościół daje jakąś szanowaną formę życia, to na hasło: „wstąpcie do nowicjatu” zawsze jest dużo chętnych. Jednak nierzadko są to ludzie niedojrzali. Gdy postawi się każdemu pytanie „czy chcesz?” – powie „chce”. A gdy przyjmiemy go do Zakonu i dojdzie on do profesji wieczystej, nagle okazuje się, że już nie wie, czy chce.

W ostatnich latach w naszej Prowincji przyjmujemy liczne nowicjaty od razu, prawie z ulicy. Oni w ciągu lat jakoś dojrzewają. Często odkrywają, że to nie jest ich droga i odchodzą. Myślę, że wyrządzamy im krzywdę, ponieważ wtedy, kiedy młody człowiek powinien zarobić na mieszkanie, nauczyć się zawodu, może założyć własny biznes, przygotować się do małżeństwa i założenia rodziny, oni są w Zakonie. Jeżeli wstąpiło dwudziestu kilku do nowicjatu, a do profesji wieczystej dochodzi jeden, to znaczy, że tych dwudziestu ma jakoś utrudniony, przegrany start życiowy. Znaczy to także, że za wcześnie i chyba niepotrzebnie przyjęliśmy ich.

Czy nie właśnie o to chodziło o. Damianowi Byrne, gdy podkreślał, że konieczne jest lepsze przygotowanie kandydatów, zanim się ich przyjmie. Jednocześnie zaznaczał, że nie chodzi tu o to, by wydłużać nowicjat, czy tworzyć prenowicjat, albo postulat, który będzie na modłę nowicjatu, ponieważ to przygotowanie kandydatów absolutnie nie ma być poprowadzone na sposób monastyczny, ponieważ nic by to nie zmieniało.

Chodzi raczej o to, aby kandydat przed wstąpieniem do Zakonu miał z nim kontakt na przestrzeni czterech, pięciu lat, aby w tym czasie skończył studia, zarobił na swoje życie, odbył służbę wojskową. Kandydat miałby swojego opiekuna. Musi to być ojciec, który ma doświadczenie i umiejętność indywidualnego prowadzenia ludzi, bo tu doświadczenie duszpasterstwa masowego nie wystarczy. Taki ojciec prowadziłby kandydata ku osiągnięciu osobistej dojrzałości, aby umiał zarobić pieniądze, aby jego obecność w Zakonie nie wynikała tyłki z faktu, że nie wie, co zrobić ze swym życiem; trzeba aby miał on perspektywę udanego, sensownego życia, by wiedział, czym jest małżeństwo, odpowiedzialni zarabianie na utrzymanie rodziny. Jednocześnie ważne jest by, miał także doświadczenie ofiarnego, chrześcijańskiego życia, a wiec nie tylko pewną katechetyczna wiedzę (której zresztą nie maja ci, którzy przychodzą ze Wschodu), ale również doświadczenie zawierzenia Bogu mimo trudności i doświadczenie ofiarności na mocy tego zawierzenia – doświadczenie apostolatu z pozycji człowieka świeckiego. Dopiero w takiej sytuacji, gdy kandydat spełnia powyższe warunki, powinno się go przyjmować do Zakonu.

Spotkałem przed laty w Angelicum o. Jack’a Raid’a z Prowincji waszyngtońskiej. Był on fizykiem produkującym rakiety nuklearne, a potem proboszczem, duszpasterzem akademickim, profesorem teologii, a obecnie jest promotorem powołań. Na promotora powołań w tej Prowincji wybrano poważnego, doświadczonego kapłana. Odwiedził nas kiedyś w Krakowie podczas Triduum jeden z jego kandydatów do Zakonu, który przygotowując się do wstąpienia do nowicjatu przez rok pracował w amerykańskiej firmie w Warszawie. W okresie przednowicjackim musiał kilka razy pojechać na dni skupienia, musiał napisać parę esejów o tym, jak rozumie życie chrześcijańskie i zakonne. Musiał przeczytać szereg książek, przejść testy psychologiczne. Kilka razy musiał przyjechać na spotkanie do klasztoru, a w Ameryce odległości są duże, wiec musiał zarobić pieniądze na samolot i w ten sposób pokazać, że mu zależy na życiu zakonnym. W Ameryce nowicjaty są mniej liczne, ale za to bardziej dojrzałe.

Marzy mi się taka forma przygotowania do Zakonu, jaka opisałem powyżej. Wymaga ona pogodzenia się z tym, że przez kilka lat nowicjaty będą mniej liczne lub ich nie będzie wcale. Jednakże, gdy się przyjmie ludzi, to trzeba już traktować ich dojrzale, jako braci współodpowiedzialnych za prowadzenie domów. W innych prowincjach zdarza się, że bracia studenci, którzy nie są jeszcze kapłanami ani diakonami, są członkami rady klasztoru, a nawet i prowincji, l jest to normalne, nikt się temu nie dziwi, bo to są dorośli, odpowiedzialni ludzie.

Tu właśnie widziałbym potrzebę zmian. Trzeba podprowadzić kandydatów do ludzkiej i chrześcijańskiej dojrzałości jako świeckich, którzy żyją pełnia chrześcijańskiego życia w oparciu o chrzest i pozostałe sakramenty, a nie od razu „robić” z nich zakonników. Tacy ludzie jeśli nawet nie wstąpią do Zakonu i założą rodzinę, to naprawdę przydadzą się Kościołowi. Nie będzie żadnej straty dla Kościoła, nie mówiąc już o tym, że będzie to tańsze dla prowincji. Ponadto proponowane rozwiązanie byłoby naprawdę uczciwsze.

Kolejna sprawa, która moim zdaniem wymaga zmiany, to umieszczenie większej ilości przedmiotów teologicznych, czy duchowych na pierwszych latach studiów (tak czynią już niektóre seminaria francuskie). U nas bracia przychodzą na filozofie zaraz po nowicjacie (zresztą trzeba przyznać, że w Polsce filozofia stoi na wyższym poziomie niż teologia). Zyskują tam pewien intelektualny polot, orientacje we współczesnej kulturze, pewna erudycje. Potem, gdy przechodzą na teologie, okazuje się, że jest ona o wiele słabsza, mniej ciekawa i mniej budująca. Na gruncie filozofii otrzymują duża orientacje na temat myślenia krytycznego wobec Kościoła, a brak im struktur myślowych, które niosłyby wiarę. Te kolejność należałoby przestawić. Studium filozofii powinno ukazywać syntetyczna wizje bytu, celowości człowieka i dać przekonanie, że prawdę można poznać na gruncie racjonalnym. Owocem studiów filozoficznych powinno być zaufanie i szacunek do intelektu, który poszukuje prawdy. Natomiast filozofia nowożytna, która jest krytyczna wobec klasycznej tradycji filozoficznej, powinna być wykładana dopiero po studiach teologicznych. Studia filozoficzne powinny wiec być krótsze, bardziej systematyczne i spójne, w jednym tomistycznym systemie. Formacja teologiczna -trzeba to mocno podkreślać – ma się opierać na wierze, na Objawieniu, aby nie doszło do tego, że rozum zwycięża wiarę i pojawia się pewien krytycyzm wobec prawd objawionych i teologii, przesiewanie ich treści w świetle kryteriów, które pochodzą wyłącznie z umysłu, z kategorii wziętych z tego świata.

Teologia potrzebuje perspektywy wiary. Reguła wiary przekazywana w Kościele i otrzymana od Boga, jest ostateczna miara naszego myślenia i działania. To wymaga dużej intelektualnej pokory. Teologia powinna przezwyciężyć intelektualna pychę i dopiero po ugruntowaniu w psychice, w sercu, w umyśle reguły wiary, ma sens podjęcia dialogu z New Agę, freudyzmem, marksizmem czy z filozofia analityczna. Gdy brat się nałyka tego wcześniej, to potem traktuje teologie jak Kopciuszka i okazuje się, że jego wiara się sypie. Dlatego uważani, że nie jest dobre wydłużanie studiów filozoficznych przed teologia. Jeżeli brat wykaże zainteresowania filozoficzne i chciałby kontynuować dalej studia w tej dziedzinie, to winien to uczynić dopiero po studiach teologicznych. Niech najpierw ugruntuje się jego perspektywa teologiczna, jego odruch odczytywania życia, świata i rzeczywistości z perspektywy wiary. Potem nioże on podjąć dialog ze współczesną myślą, wysiłek na gruncie filozofii. Natomiast jeśli nie ma tego fundamentu teologicznego myślenia, to filozofia zwycięża wiarę i traci sens życie chrześcijańskie, życie zakonne. Może wprawdzie pozostać w takim człowieku coś z obyczajowości chrześcijańskiej, coś co ma w Polsce znaczenie społeczne, gdyż bez tego człowiek stanie się jakby wyrzutkiem społeczeństwa, ale w rzeczywistości brak jest kośćca wiary. Ileż razy widzieliśmy, że nagle przed profesja wieczystą, okazywało się, że dany brat miał duże wątpliwości co do faktu wiary, że został powołany.

Poza tym za długo u nas trwa okres profesji czasowej, co przedłuża poczucie niepewności. Moment głosowania nad braćmi należy ponadto dostosować do faktu, że studium zostało podzielone. Zastanawiam się, czy wymóg prawa kanonicznego sprzed 1917 roku, który nie przewidywał profesji czasowej nie był lepszy. Profesja przez wieki całe w Kościele była od razu wieczysta, co upodabniało ja do ślubu. W małżeństwie jest okres narzeczeński, a potem klamka zapada. Im bardziej wydłuża się sytuacje tymczasową i wpaja się takie przekonanie, że choć złożyło się profesje czasową, to klamka jeszcze nie zapadła, tym bardziej podtrzymuje się niepewność, generuje sieją. W ten sposób ktoś jest sześć lat w Zakonie i wciąż nie jest pewny. Tymczasem jego brat lub siostra miewają krótszy okres narzeczeństwa i po ślubie nie ma podstaw do rozwodu. Natomiast w Zakonie dopiero po pięciu latach profesji czasowej składa się wieczystą. Potem, jak się ktoś sypnie, to bez trudności Stolica Apostolska udziela mu zwolnienia ze ślubów. Coś tu nie gra!

Sprawa wyzwań stojących przed nami wiąże się z naszą optyką duszpasterską. Oczywiście naszym powołaniem jest zbawianie dusz, ale kwestia do kogo wychodzić, do jakich grup ludzi jesteśmy posłani, pozostaje otwarta. Kiedyś określiłem sobie, że Kościół dzieli się na trzy grupy ludzi:

– ludzi, którzy przychodzą do naszych kościołów i będą przychodzili, bez względu iia to, jakie będzie duszpasterstwo. To jest ten „szary tłum”, który , wspiera nas finansowo, to są ludzie, których trzeba „obsłużyć”, tzn. odprawić nabożeństwa, wyspowiadać ich, ale w gruncie rzeczy nie mają oni większych aspiracji. Trzeba przyznać, że wiele naszej energii pochłania posługa wobec tych ludzi;

– druga grupa to jacyś degeneraci, to ludzie pogubieni, którzy wpadli czy to w sekty, czy w narkomanie, alkoholizm, itp.;

– i trzecia grupa to ludzie, którzy szukają czegoś więcej, którzy są niezadowoleni poziomem ogólnego duszpasterstwa. Szukają oni drogi ku Bogu, pragną głębi życia duchowego, angażują się w różnego rodzaju ruchy religijne. Są to także zakonnice i księża.

Choć żadnej z tych grup nie możemy przekreślić, jednak wydaje mi się, że preferencja powinna być w kierunku tej trzeciej grupy. Niech alkoholikami, narkomanami zajmują się siostry Matki Teresy, a trudną młodzieżą – salezjanie. My powinniśmy przede wszystkim kierować się do tych ludzi, którzy chcą czegoś więcej, niż może im dać parafia. Organizują różne ruchy, a te szczególnie potrzebują pokierowania, aby nie popadły w dewiacje czy herezje. Tu jest miejsce ua nasze zaangażowanie, wkład teologiczny, pokazywanie doświadczenia Kościoła, nauki świętych.

Ważne jest, co wnosi specyficzna tradycja naszego Zakonu i co daje formacja dominikańska. Teologia tomistyczna spogląda na życie moralne człowieka z perspektywy cnoty, a nie z perspektywy przykazań. Jest to dość rewolucyjne, w stosunku do perspektywy, która obowiązywała w duszpasterstwie katolickim przynajmniej od Soboru Trydenckiego. W teologii pastoralnej i praktyce duszpasterskiej Kościoła akcentowane były przykazania Boże i kościelne. Natomiast św. Tomasz buduje wszystko nie na posłuszeństwie wobec tych przykazań, ale na cnotach, czyli na tych jakościach osoby, które uzdalniają do osobistego wyboru wartości dla niej samej, a nie z leku przed Bogiem czy przełożonymi. Dzisiaj, gdy żyjemy w społeczeństwie coraz bardziej zewnętrznie wolnym, jest szalenie ważne, aby człowiek miał ten osobisty kościec i zdolność do własnych wyborów. Tę właśnie perspektywę pokazuje nam intelektualna, Tomaszowa tradycja naszego Zakonu.

Pozostaje pytanie, na ile wchłonęliśmy te perspektywę. Niejednokrotnie, w wielu miejscach na świecie, tomiści, którzy dali się „uformować” przez św. Tomasza i ten horyzont, uchodzą za liberałów i są za to krytykowani. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że nie jest to nihilizm, ale spojrzenie na wartości od strony dojrzałości, w której najważniejsza jest wewnętrzna wolność. Dzięki niej człowiek może prawdziwe odpowiadać Panu Bogu.

Kolejną sprawą bardzo ważną w naszej dominikańskiej formacji jest troska o ludzki intelekt, zadbanie o to, by był on otwarty na perspektywy wiary oraz wychowanie go do gotowości na przyjęcie tajemnic wiary. Jednocześnie jest to jedno z najważniejszych zadań, jakie mamy spełnić w Kościele. Powstaje Pytanie, na ile potrafimy uformować młodych ojców, aby byli w stanie spełniać
w Kościele tego rodzaju posługę.

Kończąc powtarzam moje zasadnicze sugestie dotyczące nas/ej formacji: większa dojrzałość ludzka i chrześcijańska przed wstąpieniem do Zakonu, potemdojrzałe traktowanie braci i szybsza profesja wieczysta.

 

T

omasz Golonka OP

Magister Studentatu w Warszawie

 

Zgromadziliśmy się głównie po to,

by jednomyślnie mieszkać w domu

mając dusze i serca zjednoczone w Bogu.

(Reguła św.Augustyna II)

Bracia […] niech wpierw we własnym klasztorze

budują Kościół Boży,

który mają swa pracą szerzyć po świecie.

(KKZ 3,II)

Starając się odpowiedzieć na postawione przez braci pytania mam świadomość, że ani one, ani tym samym moje odpowiedzi nie wyczerpują tematyki związanej z formacja. Można by przecież osobna rozmowę poświecić ściśle duchowemu aspektowi naszej formacji, kolejna – formacji intelektualnej, następna formacji nowicjackiej, a jeszcze inna … formacji kapłańskiej itd., uwzględniając cała złożoność i wielowymiarowość procesu formacji. Uznaje zatem mój głos, jako jeden z wielu, które się pojawia., a które, jak mam nadzieje, będą przyczynkiem do dalszej refleksji i poszukiwań.

1. Gdy bracia pytają „ku czemu Ojciec wychowuje braci?”, nasuwa mi się odpowiedź bardzo prosta. Chciałbym by bracia będąc „dorosłymi” dominikanami, po pierwsze: chodzili do chóru, po drugie: umieli „przeprowadzać” i „przeprowa­dzali” kapituły, w czasie których będą racjonalnie rozmawiali o realnie istniejących problemach, po trzecie: potrafili sobie nawzajem zwracać uwagę i pozwalali sobie nawzajem na to.

Dlaczego akurat tak? Chór, kapituły, correctio fraterna to newralgiczne punkty naszego życia – wiele mówią o naszej dominikańskiej dojrzałości.

Chór: to (na czele z Eucharystia) wspólna modlitwa, która buduje i karmi teologiczny (teologalny) wymiar naszego życia. Nasze konstytucje mówią, że bracia powinni mieć „dusze i serca zjednoczone w Bogu”1. Najgłębsza jedność można odkryć i budować (nieraz pomimo wszystko …) w liturgii.

Kapituły: w nich jest metoda. Nieraz nie sposób odpowiedzieć sobie na pytanie (tak … „siedząc za biurkiem”, w pojedynkę) co należy czynić w konkretnych sprawach klasztoru dotyczących np. życia zakonnego, czy spraw gospodarczych, jakie wyzwania duszpasterskie należy podjąć, jakie są priorytety danej wspólnoty. Trzeba się zebrać, mieć czas, postawić diagnozę, wyznaczyć sobie cele, podjąć decyzje … . Po to jest kapituła. Nikt np. nie powie „teraz” braciom co będą robili w „przyszłości”. Natomiast jeśli bracia naucza się „teraz” korzystać z instytucji kapituły, to jest szansa, że i w „przyszłości” sobie poradzą. Bo będą potrafili w konkretnym czasie i miejscu czytać znaki czasu i na nie odpowiadać.

Kapituła ponadto buduje zaufanie w klasztorze. Jeśli sprawy klasztoru, również ekonomiczne, finansowe, można podejmować publicznie, jeśli na kapitułach można rozmawiać o zadaniach apostolskich wspólnoty (wszystko oczywiście z należnym szacunkiem i z właściwa dla niektórych, trudnych spraw dyskrecja), to można mieć nadzieje, że jednomyślność w ten sposób wypracowana zaowocuje pokojem, większym zaangażowaniem. „Bowiem dobro wspólnie uznane, łatwo i szybko się urzeczywistnia”2.

Przy okazji kapituł trzeba wspomnieć o innych „elementach” podtrzymujących i budujących wspólnotę naszego życia. Wspólne posiłki i rekreacje. One m.in. sprzyjają budowaniu atmosfery serdeczności i wzajemnej akceptacji, co z kolei sprzyja temu, „by klasztor mógł stać się braterską wspólnotą”3.

Upomnienie braterskie: nie ma chyba smutniejszego widoku, jak zakonnik, do którego już nikt nie może podejść i „słowem się odezwać”. Bo jak ktoś podejdzie i „się czepi”, to … . Dlatego trzeba pielęgnować correctio fraterna. Ono pomaga wzrastać. Nie jesteśmy samowystarczalni: nie jesteśmy w stanie zdobyć się na wystarczający samokrytycyzm, ani nie jesteśmy w stanie wykrzesać sami z siebie tego, co wykrzesać powinniśmy. Dlatego inni bracia są nam bardzo potrzebni.

2. „Co jest ważne w formacji dominikańskiej?” Co najmniej cztery rzeczy.

Jawność. „Bóg jest światłością i nie ma w nim żadnej ciemności” (l J 1,5). Każdy ma tendencje (pewnie na skutek grzechu pierworodnego – Adam gdy zgrzeszył, ukrył się) do ukrycia się, do ukrycia swojego życia, swoich spraw. Ujawnianie wymaga auto krytycyzmu, gotowości przyjęcia zakwestionowania swojej postawy przez kogoś, … a wiec także i odwagi. Inaczej realizuje się jawność w sakramencie pojednania, w innym stopniu wobec przełożonego ( w czasie formacji – magistra), jeszcze inaczej wobec braci. Jedno jest pewne. Jeśli coś chce ukryć na spowiedzi, wobec przełożonego, wobec braci, to jest to bardzo ważny sygnał, czy czasem ta właśnie sprawa nie wymaga wyjątkowo bacznego przyglądnięcia się, analizy, weryfikacji, „wyświetlenia”. Jawność jest wiec dla mnie probierzem, sposobem na ocenę moich czynów, wewnętrznych postaw. Jeśli jest tak, że (zgodnie z zasadą, ewangeliczną) wszystko co dzieje się we mnie, w ukryciu, mogę ogłosić na dachach, to jest szansa, że … „żyje w światłości”. Jeśli nie, to może się. okazać, że … „ciemności mnie nie ogarnęły”. Gotowość do podjęcia życia w jawności jest jedną z najbardziej podstawowych dla nas rzeczy, … i to nie tylko w czasie formacji.

Dialog. Kolejny krok to dialog. Może go podjąć ten, kto zdecydował się na życie w jawności. (O ile nie jest tak, że… „tylko ten, kto się zdecydował na życie w jawności może podjąć sensowny dialog”. Wtedy przynajmniej wiadomo „kto” z „kim” rozmawia). „Doświadczenie ostatnich lat w pełni potwierdza, że dialog jest nowym imieniem miłości, zwłaszcza w łonie Kościoła: dialog pomaga zobaczyć problemy w ich realnych proporcjach i pozwala je podejmować z możliwie największa nadzieją na sukces”4. Podczas dialogu musi nam towarzyszyć przeświadczenie, że dobre i prawdziwe rozwiązanie w danej sytuacji istnieje i, że to rozwiązanie jesteśmy w stanie wspólnie znaleźć.

Porozumienie. Dialog służy budowaniu porozumienia. Powinno ono obejmować możliwie wszystkie aspekty naszego życia, od wspólnotowych do duszpasterskich przez wszystko co dotyczy liturgii, obserwancji, ekonomii naszych klasztorów itp. Porozumienie wypracowuje się wspólnie, przy uwzględnieniu właściwego miejsca jakie przysługuje przełożonemu5. Wspólne wypracowywanie porozumienia służy tworzeniu wspólnot mniej formalistycznych, mniej autorytarnych, lecz bardziej braterskich i opartych na współuczestnictwie6. Władza, którą należy szanować i poważać, także ze względu na ślub posłuszeństwa, pozostaje w służbie braterstwa, wyrażającego się w budowaniu wspólnoty oraz dążeniu do realizacji jej celów duchowych i apostolskich7.

Wierność przyjętym zobowiązaniom. Chodzi tu o lojalność (w dobrym tego słowa znaczeniu). Skoro się zobowiązaliśmy do czegoś, co wcześniej stało się przedmiotem naszego porozumienia (takie porozumienie i zobowiązanie wyraża się przez akt naszej profesji) i jeśli traktujemy się poważnie (jako ludzie dorośli, czego zwykle bardzo domagają się bracia studenci), to jest rzeczą co najmniej niepokoją­ca jeśli tych zobowiązań się nie szanuje, nie podejmuje czy nie wypełnia. Jeśli się tak niestety czasem dzieje, to jesteśmy świadkami bardzo poważnego pogubienia …, jeśli nie nieuczciwości. Skoro nasze życie, na mocy profesji ma posiadać wszystkie prerogatywy PRZYMIERZA8, zawieranego z Panem Bogiem, Kościołem i miedzy sobą, to wierność jest tego PRZYMIERZA podstawowym gwarantem. Inaczej nasze życie dosięga destrukcja i to u samego jego fundamentu.

3. „Jakie postawy sprzyjają a jakie zdecydowanie przeszkadzają w pracy formacyjnej?”

Po pierwsze odwołałbym się tekstu Karola Wojtyły z książki „Osoba i czyn”9. Wynika z niego, że procesowi dojrzewania do życia społecznego, wspólnego, …też więc dominikańskiego (a może nawet niezbędnym warunkiem tego dojrzewania), sprzyjają postawy „autentyczne”, czyli postawy solidarności i sprzeciwu, wspierane głębokim przeświadczeniem co do sensowności podejmowania dialogu. Proces dojrzewania uniemożliwiają postawy „nie-autentyczne”, czyli postawa konformizmu i uniku.

Po drugie posłużę się obrazami, które towarzyszyły nam jeszcze podczas życia na studentacie, a które już są pewnie braciom po części znane.

Postawy utrudniające wzrastanie opisuje np. syndrom żółwia (to człowiek, który jest „schowany” nie dlatego, bo taka jego „uroda”, ale dlatego, że mu tak wygodnie), syndrom jeża (to człowiek, do którego już nikt nie waży się podejść), syndrom pierwszego skrzypka (to osoba, która albo funkcjonuje w pierwszym planie, albo, najczęściej wtedy obrażona i obolała, rezygnuje z jakiegokolwiek działania), syndrom kibica (to ktoś, kto nigdy się sam nie zaangażował, natomiast zawsze komentuje poczynania innych).

Postawa pozytywna to postawa człowieka, który zna swoje „miejsce”, jak zawodnik w drużynie footballowej. Taki ktoś zdecydował się zaangażować i to zgodnie z sobie właściwą specyfiką; nie chce być kimś innym, ani się nie obraża, że nie jest kimś innym; potrafi siebie „przekraczać” (czyli czasem zmienić „pozycję”, oddać komuś swoje miejsce albo zagrać w roli „drugiego”), ale nie po to by sobie coś udowodnić, ale wtedy gdy trzeba kogoś wesprzeć; i na koniec, co bardzo ważne, potrafi „grać” w zespole – co wcale nie jest łatwe i ci, którzy już tego trochę popróbowali, wiedza, że … to nie jest łatwe.

4. „Jakie powinny być priorytety pracy formacyjnej wobec wyzwań nadchodzącego czasu i jakie są te wyzwania?”

Jakie wyzwania przyniesie nadchodzący czas? Przedstawienie jednoznacznej prognozy nie jest łatwe, ale potencjalnie mogą się zdarzyć np. następujące sytuacje.

Po pierwsze, myślę że ludziom będzie towarzyszyło coraz większe pogubienie ideowe (spotkanie z kulturą liberalną, New Agę, sekty itp.). Trzeba wiec by bracia uczyli się otwartego myślenia, odwagi opisywania i krytycznej oceny spraw świata i Kościoła. Bracia „powinni nie tylko zdobyć dostateczną sumę wiadomości o aktualnym społeczeństwie, jego obyczajach, sposobach myślenia i odczuwania, lecz nadto nauczyć się przyswajania sobie tej wiedzy i osądzania jej w świetle swojego dominikańskiego powołania”10, pamiętając, że „przygotowują się do doktrynalnej służby Kościołowi i wszystkim ludziom”11.

Po drugie, ludzie będą mieli coraz więcej kłopotów z wolnością (zjawisko zerwania więzi pomiędzy wolnością i prawdą12). Trzeba się zatem uczyć wypełniania obszaru wolności poszukiwaniem i podejmowanie wartości służących prawdziwemu dobru jednostek i społeczności, w oparciu o przeświadczenie, że obiektywna Prawda i Dobro istnieje. Trzeba również by bracia nauczyli się „stałości przekonań, zdolności podejmowania przemyślanych decyzji, a także odpowiedzialnego i samodzielnego działania”13.

Po trzecie, można się też spodziewać, że owocność duszpasterskiego oddziaływania Kościoła coraz mniej będzie wynikała z jego instytucjonalnej roli, a coraz bardziej z siły osobistego i wspólnotowego świadectwa jego członków, zrodzonego z przenikniętego Ewangelią życia. „Trzeba więc w pierwszym rzędzie, by sami kaznodzieje przyjmowali Ewangelię w całej rozciągłości”14 i „niczym mężowie ewangeliczni, idący w ślady swego Zbawiciela”15, oddali się „w sposób dostosowany do słuchaczy”16, „posłudze Słowa Bożego, głosząc po całym świecie Imię Pana Naszego Jezusa Chrystusa”17.

 

A

leksander Hauke-Ligowski OP

Magister Studentatu w latach 1982-1990

Do czego ja wychowywałem, co jest najważniejsze w formacji dominikańskiej? Tym, co w niej najważniejsze jest stanie się dominikaninem, a kim jest dominikanin określa Konstytucja Podstawowa naszego Zakonu. Chodzi więc o wychowywanie człowieka, który jest związany z Bogiem, oddany Bogu poprzez Zakon, który akcentuje w swoim życiu i w swoim przeżywaniu jedności z Bogiem problem prawdy – Deus ut veritas. Z tym związany jest również problem pewnego wymiaru intelektualnego czy też racjonalnego przeżywania wiary. To są rzeczy bardzo ważne. Łączy się to z następnym pytaniem. Ważne jest dzisiaj, żeby wychować takich głosicieli Ewangelii, którzy mają jasno ustaloną hierarchie wewnętrznych dyspozycji, a więc rozum jest oświecony wiarą, poddany łasce i to on kieruje działaniem i kształtuje postawy. Emocje nie są nieważne, ale są sprawą służebną i wtórną. Istotne jest by prezentować ludziom taki model przeżywania wiary i kontaktu z Bogiem. Trzeba uczyć ich tego, ponieważ wokół jest mnóstwo chaosu, nieporządku i bezmyślności. Wiele osób ulega rozmaitym niekontrolowanym emocjom, nastrojom i wzruszeniom. Może niekiedy są one piękne, ale niewątpliwie stają się niebezpieczne, gdy nie są poddane kierownictwu rozumu oświeconego łaską, który współgra z wolą umocniona tą samą łaską. Taka jest moja najogólniejsza odpowiedź na dwa pierwsze pytania.

To, co powiedziałem wcześniej może również pomóc w rozpoznaniu jakie postawy braci pomagają, a jakie przeszkadzają w pracy formacyjnej. Chciałbym jednak podkreślić, że przede wszystkim ważne jest otwarcie się na współprace z łask Bożą, po drugie czerpanie z mądrości, którą daje Zakon no i (ale to na trzecim miejscu i z pewnym dystansem do obu poprzednich czynników) współpraca •l magistrem. Natomiast przeszkodą jest zamkniecie się i obawa, że zmieniając się tracę tożsamość. Otóż jeżeli ja wiem kim chce być i akceptuje dominikańską drogę, to pragnienie stawania się dominikaninem łączy się oczywiście z gotowością jakiejś przemiany swojego życia. Nikt nie przychodzi do Zakonu jako gotowy dominikanin. W tej perspektywie stawanie się dominikaninem, czyli owa zmiana, nie jest utratą tożsamości, tylko tej tożsamości zdobywaniem. Natomiast „dominikańskość” nie ma charakteru uniformizmu, nie jest efektem użycia jednej sztancy. Wszystkie walory i wszystkie jakości wnoszone przez człowieka do Zakonu mogą być użyte, rozwinięte, ustawione w pewnym porządku i przez to do końca, maksymalnie wykorzystane. Każdy jest trochę inny – i chwała Bogu. Nie ma takiego samego, identycznego skłonu głowy, złożenia rąk, sposobu chodzenia i tym bardziej sposobu reagowania na rozmaite wydarzenia. Nigdy nie próbowałem doprowadzić do tego, aby wszystko było jednakowe i jednolite. Wręcz przeciwnie, różnorodność mnie zawsze cieszyła. Chodzi jednak o to, by całe to bogactwo było uporządkowane według pewnego wewnętrznego kodu i aby rosło. Chodzi o wewnętrzną dynamikę wzrastania w Bogu (wrastania w Bożą Prawdę, wrastania w miłość), wzrastania w powołaniu, a nie tylko o dostosowanie się do zewnętrznej formy czy normy. Chodzi o pęd wewnętrzny, który zewnętrzna norma ma ułatwiać. Tylko wtedy ma ona sens, tylko wtedy jest żywa i ma wartość.

 

H

ieronim Kaczmarek OP

Magister Studentatu w Ołomuńcu (Czechy)

Od ponad pięciu lat żyję w Ołomuńcu. Razem z braćmi staramy się tam odnowić przerwaną na 40 lat dominikańską tradycje. W ciągu tych kilku lat właściwie w każdym roku miałem trochę odmienne cele. W dwóch pierwszych latach, gdy wydawało mi się, że dla braci jest ważne tylko zewnętrzne przestrzeganie prawa, starałem wskazywać na ważność ludzkich relacji, na tworzenie przyjaźni.
W dwóch następnych latach, magistrem był brat z prowincji angielskiej, miły i dobry człowiek, na pewno szczerze oddany w pracy dla Zakonu. Wprowadził dużo wolności, o wiele więcej, niż bracia potrafili znieść. Wtedy moim celem było dbanie o zachowanie minimum porządku na studentacie.

Od półtora roku jestem magistrem studentatu. Na początku starałem się wprowadzić jasne zasady w naszym życiu codziennym, potem chciałem przypominać o stałych elementach życia dominikańskiego. Moim celem było wprowadzenie pokoju we wspólnocie, a zarazem chciałem pokazywać cele, które są poza nami. Zaczęliśmy mówić o znakach czasu, o problemach Kościoła i społeczeństwa, o potrzebie nowej ewangelizacji. W tym roku, najważniejszym celem jest pogłębienie życia duchowego każdego z nas. Wiemy, że od tego zależy wszystko.

Jak starałem się zrealizować swoje cele? Chyba już zrozumiałem, że nie jestem jedynym czynnikiem w pracy formacyjnej. Formacja jest Bożym dziełem, a wpływ ma na nią jeszcze wielu ludzi; na pewno cały konwent i prowincja oraz środowiska, w których żyli bracia przed wstąpieniem do Zakonu. Wiem, że moja funkcja jest ważna, ale więcej zależy od tego, jaki jestem, niż od tego, co wymyślę lub co powiem. Praca wychowawcza w naturalny sposób prowadzi do wymagania od siebie.

Ważnym elementem pracy formacyjnej są moje zaangażowania duszpasterskie. Uczą mnie one tutejszego Kościoła, a zapraszani do tych dzieł bracia zyskują doświadczenie.

W postawach braci bardzo cenie (i oczekuje) przede wszystkim dwóch rzeczy: szczerości i wiary. Gdy one są, choć w minimalnym stopniu, można tworzyć wszystko inne, ale bez nich czuję się bezradny. Wiem, że szczerość wymaga atmosfery zaufania – staram się o nią ze świadomością, że wytwarza się ona w wielu codziennych sytuacjach i decyzjach.

Bardzo trudno jest nazwać priorytety dla wszystkich, na zawsze i wszędzie. Na pewno stale powinno być w nas obecne to, co decyduje o naszej tożsamości: kaznodziejstwo, kontemplacja, życie wspólne i studium. Następnie ważne jest tylko, aby bracia chcieli przemyśleć swoje powołanie i weryfikować je z tym, co dzieje się w świecie – nasz Zakon powstał przecież z pełnej współczucia refleksji.

Priorytety powinna znać prowincja jako całość, by były one wskazówka dla formatorów. Bez nich formacja jest przygotowaniem do wszystkiego, lub do czegoś nieokreślonego. Gdy nie ma jasno wytyczonych celów prowincji, wychowawcom pozostaje realizowanie własnych priorytetów. Będzie to jednak działanie bez pewności, że zaowocuje ono w przyszłej pracy braci. Jeżeli uda się stworzyć wewnętrznie zgodny system preferencji prowincji i formacji, wtedy jeszcze każdy z braci powinien ponazywać to, co najważniejsze dla niego.

 

J

ózef Paściak OP

Regens w latach 1962-1969

Hasłem naszego studium było: Veritas i Contemplata aliis tradere. W myśl tych zasad klerycy dominikańscy mieli otrzymać formacje poprzez życie zakonne, modlitwę i zgłębianie Prawdy Bożej w trakcie studiowania dyscyplin filozoficznych i teologicznych. Dominikanin miał być uczniem i apostołem Chrystusa, czyli wykształconym teologiem i głosicielem Ewangelii dla zbawienia dusz.

Jako regens Studium Generalnego starałem się o zapewnienie solidnych wykładów z dogmatyki, teologii moralnej i filozofii według nauki św. Tomasza i tomistów XX wieku. Dla teologii podstawą była Suma Teologii św. Tomasza z Akwinu i podręczniki: Hugon, Zubizarreta, Diekamp, Prummer, Merkelbach, Woroniecki. Dla Pisma Świętego: Lagrange, Vosté, Ceuppens, Benoit. Dla filozofii: Zigliara, Hugon, Gredt, Tatarkiewicz.

Dbałem o ścisłe wykonanie programu i rozkładu wykładów według obowiązującego Ratio Studiorum i o regularne uczęszczanie braci kleryków na obowiązujące wykłady. Na ogół bracia studenci pilnie uczęszczali na wykłady, a owoce ich pracy pokazywały się na egzaminach tak indywidualnych, jak komisyjnych.

Osobiście żywię przekonanie, że klerycy dominikańscy, którzy rzetelnie i sumiennie odbyli studia, są dostatecznie przygotowani do pracy duszpasterskiej jako kapłani, spowiednicy, kaznodzieje i katecheci. Nasze studium przygotowuje także dostatecznie do ewentualnych dalszych studiów stosownie do potrzeb Kościoła i Prowincji według decyzji przełożonych.

 

R

eginald Wiśniewski OP

Magister Studentatu w latach 1949-1960.

Najpierw pewne zastrzeżenie. Nie można być dobrym dominikaninem nie mając dobrej formacji ogólnoludzkiej oraz chrześcijańskiej. W takim wypadku będzie to budowanie na piasku. Trzeba zwracać uwagę na to, co nazywamy grzecznością na codzień, dobrym wychowaniem. Ważne są takie cnoty jak szacunek, cześć, pobożność.

Dla formacji dominikańskiej najważniejsze jest to, co dla każdej formacji zakonnej: prawdziwe szukanie Boga. Św. Benedykt stawia kandydatom na zakonnika pytanie : czy naprawdę szukasz Boga? Jeżeli kandydat szuka czegoś innego – spokoju, wyzbycia się kompleksów, łatwego życia, a nawet możliwości rozwoju – to nie ma powołania dominikańskiego.

Ogromnie ważne jest posiadanie prawdziwego pragnienia naśladowania Chrystusa. Chrystusa ubogiego, czerpiącego swoją doskonałość ze zjednoczenia natury ludzkiej z Osobą Słowa, doskonale posłusznego Ojcu.

Dalej: dla formacji kapłańskiej ważna jest świadomość należenia całą swą istota do Chrystusa Arcykapłana. Brat pragnący przyjąć świecenia winien zdawać sobie sprawę z tego, że kapłan jest narzędziem w ręku Chrystusa Arcykapłana, że jest „wyłączony z ludzi”, „konsekrowany” i wszystko ma być w nim na chwałę Boga. Ojciec św. Jan Paweł II odważnie używa pomijanego w dekretach soborowych określenia, które wyrażą wspaniałą prawdę o stanie kapłańskim -„sacerdos alter Christus”. W przemówieniu Jana Pawła II do neoprezbiterów czytamy: „konsekracja dokonana w chwili świeceń (…) zawiera realną i wewnętrzną przemianę (…) i mocą charakteru ukierunkowuje całe bytowanie kapłana i całe jego działanie, na działanie właściwe kapłaństwu tak, że nie pozostaje w nim nic, czym można by dysponować, co nie byłoby kapłańskie, albo tym mniej jeszcze, co byłoby w sprzeczności z tą godnością. W ten sposób dokonuje się w kapłanie mistyczna identyfikacja z Chrystusem (…)”18i. Ta prawda kapłan powinien żyć na codzień.

Jeśli chodzi o ściśle dominikańska formacje, uzyskuje się ją przez użycie środków zapisanych w naszych Konstytucjach. A wiec przez przestrzeganie ślubów zakonnych, obserwancji monastycznych, uroczyste sprawowanie liturgii oraz nieustanne studium prawdy. Śluby zakonne to nie tylko samo wyrzeczenie, ale raczej wielkie dobro, wielki przywilej. Ubóstwo to wolność od troski o byt materialny, możliwość naśladowania Chrystusa prawdziwie ubogiego. Czystość to wspaniała możliwość pełnego rozwoju osobowości przez oddanie się Chrystusowi. Posłuszeństwo to przywilej uwolnienia się od własnej pychy – największego wroga doskonałej miłości, czyli świętości. Jest to także możliwość rozpoznania woli Bożej i jej pełnienia. Pozytywne podejście do ślubów łączy się ze nieustannym studium prawdy. Porządne studium filozofii i teologii tomistycznej w sposób specjalny kształtuje umysłowość i duchowość dominikański);.

Ogromnie ważne w naszej formacji są obserwancje monastyczne i życie wspólne.

Chciałem, aby kleryk coraz lepiej rozumiał, co jest najważniejsze dla zakonnika, kapłana, dominikanina i aby szczerze pragnął to osiągnąć. Pragnąłem, by codziennie w każdej chwili czynił to, co prowadzi do ukształtowania prawdziwego dominikanina.

Sposoby, którymi starałem się osiągnąć ten skutek, można streścić w paru punktach: głoszenie konferencji, uwagi zwracane na gorąco, kierowanie lekturą duchowa, kapituły win, dyrekcje duchowe oraz nabożeństwa z okazji uroczystości naszych świętych i błogosławionych.

W pracy formacyjnej niewątpliwie sprzyja szczerość i otwartość brata, zaufanie do magistra. Dobrze jest, gdy do zakonu wstępuje ktoś kto ukończył jakieś studia lub pracował zawodowo, ktoś kto „bywał w świecie” i wie z czego zrezygnował. Niedobrze jest gdy do zakonu przychodzą ludzie z kompleksami, pewni siebie, zamknięci w sobie, mający uprzedzenia i z góry planujący do jakich funkcji w zakonie nadają się najlepiej.

Jakie powinny być priorytety pracy formacyjnej wobec wyzwań nadchodzącego czasu?

Myślę, że najważniejsze jest to, by uformować ludzi naprawdę pełnych Boga, kochających Go we wszystkich poczynaniach i prawdziwie szukających dobra napotkanego człowieka. Ludziom potrzebny jest Bóg, który jest Miłością i który pragnie dobra i szczęścia człowieka. Powinni zrozumieć, że Boże prawo, Ewangelia to wynik Bożej miłości i mądrości. Trzeba być tak uformowanym, by nieść ludziom nie siebie lecz Boga.


1Księga Konstytucji i Zarządzeń Braci Zakonu Kaznodziejów (KKZ) 2,I
2por. KKZ 4,I
3por. KKZ 4,I
4Jan Paweł II, „Vita Consecrata” 74
5por. KKZ 20
6por. Congregavit nos i unum Christi amor
7tamże 48
8Jan Paweł II, „Redemptoris donum” 8
9por. Karol Wojtyła, „Osoba i czyn”, s. 350-358.
10KKZ 216, II
11KKZ 77, II
12Jan Paweł II, „Vita Consecrata” 31-34
13KKZ 216, I
14KKZ 99, I
15KKZ 1,II
16KKZ 90, II
17KKZ 1,I
18Jan Paweł II, Przemówienie do neoprezbiterów, Brazylia, 2 VII 1980

Artykuł jest w numerze:



O formacji dominikańskiej - numer specjalny

Zobacz numer »

KUP NUMER

Spis Treści

Dodatek teofila

    Philospohia viva teofila

      Spory, dyskusje, polemiki teofila

        Rozmowa teofila

          Ankieta teofila

          • Ankieta Teofila
            J. Badeni OP, W. Giertych OP, T. Golonka OP, A. Hauke-Ligowski OP, H. Kaczmarek OP, J. Paściak OP, R. Wiśniowski OP

          Artykuły teofila

          • Tajemnica Ojca
            Wojciech Gieertych OP
          • Ideał duszpasterstwa – Na podstawie komentarza św. Hieronima do Listu św. Pawła Apostoła do Tytusa
            Krzysztof Bujak OP
          • Czego szukacie ?
            Ryszard Kempiak SDB
          • Formacja intelektualna kandydatów do kapłaństwa
            Jan Andrzej Kloczowski OP
          • Aby nie przestawali się rozwijać
            Jakub Kruczek OP
          • Idź i głoś
            Timothy Radcliffe OP, Daniel Cadrin OP

          Horyzonty teofila

            Dominikalia teofila

            • Relatio de statu ordinis
              Timothy Radcliffe OP
            • Formacja dominikańska – nauka wolności
              Antoine Lion OP
            • Ratio formationis particularis provinciae poloniae

            Wykład teofila

              Poezja teofila

                inne