Idźcie i głoście


Krzysztof Popławski OP

O

 ficjalna nazwa naszego zakonu brzmi Ordo Praedicatorum ? Zakon Kaznodziejski. Dziś jednak, clinic inaczej niż w XIII wieku, treatment głoszenie kazań nie jest domeną jedynie biskupów, ale obowiązkiem każdego, kto otrzymał sakrament święceń. Czym jest zatem kaznodziejstwo dominikańskie, w czym tkwi jego specyfika?

Patrząc historycznie, dominikanie są pierwszym zakonem, którego zadaniem była pomoc biskupom w głoszeniu Ewangelii. Z tego bierze się cała tradycja kaznodziejska w naszym zakonie, którą nazywamy kaznodziejstwem doktrynalnym. Zastanawiając się, czym teraz charakteryzuje się dominikańskie kaznodziejstwo, szczególnie w polskim kontekście, powiedziałbym o dwóch elementach, które kojarzą się szczególnie z dominikanami, choć oczywiście są one obecne nie tylko u nas. Po pierwsze, wskazałbym na wspomniany już charakter doktrynalny, czyli pragnienie zapoznania ludzi z nauką Kościoła. Drugi element określiłbym jako ?moment egzystencjalny? albo ?kaznodziejstwo bliskie życiu?. Polega on na tym, że nie mówimy ?ponad głowami? ludzi, lecz staramy się znaleźć sposób, aby słowo, które znajdujemy w Piśmie Świętym, rzeczywiście dotykało życia osób, którym je głosimy.

Czym różni się kazanie doktrynalne od innych kazań, które głosimy?

W kaznodziejstwie doktrynalnym pragniemy na podstawie fragmentu Pisma świętego, który jest czytany podczas liturgii, zapoznać ludzi z Tradycją i nauką Kościoła. W zależności od słuchaczy, jest to kaznodziejstwo katechetyczne, wyjaśniające wiarę, lub ewangelizacyjne, które ma dopiero obudzić wiarę i refleksję nad nią. Ważne jest, żeby kaznodziejstwo doktrynalne opierało się na pogłębionej znajomości nauczania Kościoła. Nie jesteśmy wezwani, żeby głosić siebie czy swoje poglądy. Mamy głosić naukę Kościoła, zaadaptowaną oczywiście do obecnego czasu.

Myślę, że u dzisiejszych dominikanów brakuje tego rodzaju głoszenia.

Faktycznie, jesteśmy znacznie lepsi w wymiarze egzystencjalnym. Z wielu rozmów wiem jednak, że bracia czują potrzebę głoszenia nauki Kościoła. To dążenie jest widoczne szczególnie wtedy, gdy pojawiają się wypowiedzi na granicy ortodoksji. Skłaniają nas one do rzetelnego poszukiwania, jak dokładnie przedstawia się nauczanie Kościoła w danej sprawie.

Czy kazaniom mającym przekazywać doktrynę Kościoła i jednocześnie odnosić się do życia słuchaczy nie grozi ześlizgnięcie się w moralizatorstwo?

Kaznodziejstwo doktrynalne jest czymś zupełnie odmiennym od moralizatorstwa. Moralista koncentruje się na udzielaniu szczegółowych nakazów postępowania. Tymczasem w naszym głoszeniu chodzi o ukazanie ludziom piękna Boga, Kościoła czy sakramentów w taki sposób, żeby chcieli oni żyć zgodnie z nauczaniem Kościoła. Gdy głosiłem kazania do młodzieży, świadomie starałem się bardzo rzadko mówić na temat polityki czy etyki seksualnej, żeby nie wytworzyć wrażenia, że są to jedyne tematy, które nas interesują. A my mamy przecież znacznie więcej do powiedzenia na temat tajemnicy Boga, Kościoła i życia.

Step

Jak w praktyce ukazać piękno życia chrześcijańskiego? Czy to jest kwestia doboru słów, techniki przemawiania, czy może osobistego świadectwa?

Odwołam się do mojego sposobu przygotowania kazania. Zaczynam zawsze od Słowa Bożego, które jest w danym dniu czytane w Kościele. Staram się je umieścić w szerszym kontekście Ewangelii, liturgii oraz myśleć o ludziach, do których będę mówił. Staram się znaleźć coś, co mogłoby ich zachwycić i skłonić do dalszych poszukiwań czy podjęcia życiowych decyzji. Gdy chcę na przykład wyjaśnić zdanie ?nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię?, nie zaczynam od wypominania ludziom, że są grzesznikami, i nakazywania im pokuty, ale próbuję przedstawić piękno wiary i Ewangelii, które stanie się dla nich światłem i siłą do nawrócenia.

Na czym dokładnie polega przedstawienie ludziom piękna wiary. Czy chodzi tu o pokazanie zaczerpniętych z życia konkretnych przykładów?

Przykłady też mogą być. Istnieje wiele przypowieści i obrazów związanych z Chrystusem, które mogą stanowić zachętę do nawrócenia. Lubię powtarzać zdanie von Balthasara: ?nie ma ani jednego słowa, nie ma ani jednego gestu Jezusa, o którym mógłbym powiedzieć: ?mnie to nie dotyczy??

Jaka jest rola kazania w życiu przeciętnego chrześcijanina? Dlaczego ludzie wciąż jeszcze potrzebują tej staromodnej przecież formy wypowiedzi? Dlaczego mam słuchać drugiego człowieka zwracającego się do całego zgromadzenia i wierzyć, że są to słowa właśnie dla mnie?

Sądzę, że kazanie przypomina o tym, że my wszyscy, a chrześcijanie szczególnie, potrzebujemy nauczycieli i potrzebujemy odkrywania w sobie postawy ucznia. Oczywiście nie chodzi o coś takiego, że wychodzi teraz ksiądz na ambonę i mówi: ?jestem waszym mistrzem, słuchajcie mnie!?, tylko o doświadczenie relacji nauczyciel ? uczeń, które było w Kościele od początku. Jezus sam był nazywany nauczycielem. Ustanowił on Apostołów, a oni z kolei biskupów, żeby umożliwić spotkanie z nauczycielem przekazującym wiarę w Chrystusa. Aby takie spotkanie było owocne, musimy pielęgnować w sobie postawę ucznia. Polega ona na otwartości na to, co może w życiu przyjść, oraz świadomości, że ciągle potrzebujemy się uczyć, na uznaniu, że nie wiemy wszystkiego.

Czy nie jest tak, że współcześni dominikanie, wzorem dzisiejszego świata, boją się być nauczycielami? Czy nie lękają się roli nauczyciela czy ojca, a więc osoby będącej dla innych autorytetem?

Myślę, że trochę tak jest. Po części wynika to ze zmian, które się dokonują w społeczeństwie. Pojęcie autorytetu jest wypierane przez ideał luźnych poszukiwań, swobodnego wybierania z różnych tradycji tego, co w danej chwili mi odpowiada. Sądzę jednak, że bez autorytetu, który jest czymś naturalnym w życiu ? istnieje autorytet rodziców, autorytet nauczycieli w szkole ? człowiek nie jest w stanie się rozwinąć dojrzale, gdyż, mówiąc nieco kolokwialnie, ?nie będzie się miał czego chwycić?.

Co jest wyjątkowego w naszym życiu? Na czym polega odmienność między powołaniem dominikańskim a życiem świeckim?

Wydaje mi się, że idee ?powszechnego kapłaństwa? czy ?powszechnego powołania do świętości?, które podkreślał ostatni sobór, pozwalają każdemu człowiekowi na znalezienie swojej własnej, niepowtarzalnej drogi. Nie jesteśmy tacy sami, więc nasze drogi do Pana Boga nie muszą być identyczne. Nie chcę się tu wdawać w dyskusje, która droga jest lepsza. Nie zamierzam spierać się o wyższość życia zakonnego nad życiem małżeńskim czy zwykłym kapłaństwem. Bardziej liczy się tu pytanie o specyfikę konkretnego powołania. Kiedyś jeden ze współbraci stwierdził, że nasze życie zakonne w ogóle nie ma sensu. Zapytałem się go wprost: ?to dlaczego jeszcze jesteś w zakonie??. Na tym nasza rozmowa się zakończyła. Nie mógł on bowiem w żaden sposób odpowiedzieć na takie pytanie. Gdybym natomiast ja miał wyjaśnić, dlaczego jestem w zakonie, powiedziałbym, że dominikańska droga, na którą, mam nadzieję, wezwał mnie Bóg, prowadzi mnie do Boga i do innych ludzi. Jest ona po prostu moją formą chrześcijańskiego życia. Dlatego myślę, że błędna jest próba odczytania nauki Soboru Watykańskiego II jako absolutnego ujednolicenia i  sprowadzania wszystkiego do jednego poziomu. Prawdą jest, że my wszyscy mamy kapłaństwo powszechne i wszyscy z racji chrztu jesteśmy powołani do świętości. Jednak pięknem trwającej dwa tysiące lat Tradycji Kościoła jest właśnie różnorodność powołań prowadzących do Boga.

Jak dominikański sposób życia prowadzi do Boga i do innych ludzi?

Dla mnie najistotniejszym doświadczeniem jako dominikanina jest głoszenie Słowa Bożego. Głoszenie ?wszystkim, wszędzie i na wszelkie możliwe sposoby? pokazuje mi, jak mam żyć oraz jak wchodzić w relacje z innymi ludźmi.

W polskiej rzeczywistości wciąż funkcjonuje myślenie o zakonniku jako o przykładzie. Pojawiając się wśród ludzi w białym habicie, dominikanin ma do odegrania pewną rolę w społeczeństwie.

Nie wiem, w jakim sensie chciałeś użyć słowa ?rola?, ale my nie odgrywaniu roli, tylko żyjąc naszym życiem, mamy stawać się znakiem dla innych. Możemy w jakimś sensie mówić o ewangelicznym mieście położonym na górze, gdyż jesteśmy znani i rozpoznawalni. Ja jednak bardzo bym się bronił przed jakimś ?odgrywaniem roli?, które zresztą uważam za duże niebezpieczeństwo grożące polskiemu Kościołowi. Lękam się myślenia sprowadzającego różne urzędy i posługi do poziomu jakiejś roli do odegrania: pełnię funkcję i teraz jestem biskupem, jestem prowincjałem, jestem proboszczem. Tak nie może być, gdyż to pełnienie funkcji powoduje, że w pewnym momencie zawieszam rekwizyty teatralne do szafy i wracam do mojego prawdziwego życia, które może być zupełnie inne niż moja ?funkcja?.

BrightFence

Mówi ojciec, że mamy być znakiem dla ludzi. Ale czy nie przeszkadza w tym fakt, że jesteśmy zakonem o średniowiecznym rodowodzie? Już samo noszenie habitu jest odbierane przez niektóre osoby jako dziwactwo. Czy te zewnętrzne symbole, pochodzące z innej epoki, nie stwarzają dystansu między nami a współczesnym człowiekiem?

Wszystkie formy naszego życia, o których mówisz, bronią się przez to, że ciągle stanowią dla innych ludzi znak. Nie oznacza to, że żyjemy w ten sposób, bo odgrywamy rolę przed społeczeństwem. Żyjemy tak, gdyż uważamy, że do tego właśnie jesteśmy wezwani. Małżonkowie pokazują sobie w jakiś sposób to, że są ze sobą blisko, np. trzymając się za ręce. Podobnie my przez różne znaki wyrażamy to, że odkryliśmy życie dominikańskie jako nasze życie. Dlatego chodzimy w habicie, modlimy się wspólnie na brewiarzu, głosimy rekolekcje, kazania. Jest to dla nas naturalne, wypływa to z naszego życia, a nie jest przedstawieniem, które ludzie muszą zobaczyć.

Jednym z haseł, które streszczają życie dominikańskie, jest formuła contemplare et comtemplata aliis tradere (kontemplować i przekazywać innym owoce kontemplacji). W naszym powołaniu istnieje zatem napięcie między wymiarem monastycznym i apostolskim. W jaki sposób można harmonijnie połączyć te dwa elementy?

Ja bym powiedział po dominikańsku, że tu nie ma jednej formuły. Bardzo lubię obrazy czary i lejka, których użył Simon Tugwell OP w książce Pasja Dominika. Niekiedy w naszym życiu jest tak, że jesteśmy jak czara, która najpierw sama napełnia się wodą, a dopiero później oddaje innym nadmiar. Tak samo my potrzebujemy najpierw napełnić się na modlitwie Bożą miłością, żeby potem mogła się ona z nas wylewać. W innych sytuacjach jesteśmy jak lejek, który od razu oddaje całą wodę, która się do niego dostaje. Doświadczamy wtedy, że mówimy coś, co nie pochodzi od nas, czego nie wymyśliliśmy sami, ale co zostało nam dane na tę właśnie chwilę, dla tych właśnie ludzi. Wydaje mi się, że w zależności od etapu naszego życia, od doświadczeń, rozwoju naszej wiary, oscylujemy gdzieś między tymi dwoma obrazami. W pewien sposób okres formacji podstawowej, jest jakby zbieraniem wody do czary. Z drugiej strony każdy z nas staje wobec sytuacji, w której bez wcześniejszego przygotowania czy dłuższej refleksji musi złożyć świadectwo. Odkrywa wtedy, że daje ludziom coś, co nie jest jego dziełem, co tylko przez niego przechodzi. Bardzo lubię te dwa obrazy Tugwella, bo myślę, że one streszczają różnorodność naszego doświadczenia.

Czy nie uważa ojciec, że w zakonie za mało jest obecnie tego elementu napełniania czary, czyli modlitwy i kontemplacji?

Ale w jaki sposób chciałbyś określić, że jest dość tej modlitwy? Weźmy przykład z nieco innego wymiaru naszego życia. Mamy duszpasterstwo i ktoś stwierdza, że jest za mało ludzi. Zastanawiamy się wtedy: ?No dobrze, jest dziesięć osób. A ile potrzeba, żebyśmy powiedzieli, że jest dużo albo wystarczająco??. To są bardzo ryzykowne kategorie. Jeśli w Kleczy Dolnej (nie chcę tu lekceważyć tej miejscowości, to tylko przykład) zbierze się w grupie biblijnej piętnaście osób, które chcą poznawać Ewangelię ? to jest tłum. Gdyby tyle osób zgromadziło się w Krakowie,  powiedzielibyśmy, że to jest mało. Ale czy to naprawdę jest mało? Przenosząc to na modlitwę, można powiedzieć tak: ?czy to, że widzę kogoś przez godzinę w kaplicy ma świadczyć o tym, że to jest wystarczająca ilość modlitwy??. Nasze konstytucje bardzo jasno określają minimum tego, do czego jesteśmy zobowiązani w ramach modlitwy: liturgia godzin, półgodzinne rozmyślanie, cząstka różańca. To jest absolutne minimum. W zależności od doświadczenia, pragnień czy oczekiwań każdy brat może to minimum inaczej rozwijać.

Czy nie spotkał się jednak ojciec z sytuacjami, że brat dużo działa, ale widać, że w całej tej aktywności brakuje fundamentu modlitwy? Albo czy nie był ojciec świadkiem homilii, w której kaznodzieja mówił o czymś, czego sam nie przyswoił na modlitwie, gdyż nie miał na nią czasu?

Myślę, że zawsze grozi nam nadmierny aktywizm. Zakonnik zawsze powinien pytać samego siebie, czy jego aktywność nie zabija w nim przestrzeni kontemplacji. Zdarza mi się pytać braci, którzy mają bardzo dużo obowiązków, czy się modlą, czy się wysypiają. Z drugiej strony, życie uczy, że czasem to, co na zewnątrz, może nas bardzo mylić. Nagle okazuje się, że ludzie, którzy są nieustannie w ruchu, mają w sobie znacznie więcej ducha kontemplacji niż ci, którzy z zewnątrz wyglądają na kontemplatyków.

Na czym polega duch kontemplacji, o którym ojciec wspomniał?

Zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest to wrażliwość na Bożą obecność we wszystkim, co robię. Jednym z niebezpieczeństw życia zakonnego czy kapłańskiego jest utrata wrażliwości na tajemnicę, na pewien obszar świętości, w jakim się znajdujemy. Dotyczy to liturgii czy tego, w jaki sposób mówimy na temat wiary i Kościoła. Tymczasem chodzi o to, żeby zachować w sobie coś, co fachowo można by nazwać poczuciem sacrum. Wrażliwość na sacrum umożliwia kontemplację, ponieważ jest ona zgodą na uczestnictwo w tajemnicy, do której wzywa mnie Bóg.

Czy często nie stoi nam na przeszkodzie brak cierpliwości?

To prawda. Jest takie zdanie Heideggera, które ostatnio absolutnie mnie zaskoczyło. Niemiecki filozof napisał, że religii nie niszczy logika, ale wymykanie się Boga. Nie jest możliwe uchwycenie Boga raz na zawsze i ułożenie sobie rzeczywistości na całe życie. Wręcz przeciwnie, Bóg często dotyka nas właśnie takim niepokojem, który sprawia, że człowiek ciągle chce iść dalej i głębiej, że jego przygoda z wiarą nie ma końca. Tymczasem każdemu z nas grozi, że powie sobie: ?teraz będę spokojnie wypełniał to, co do mnie należy, jestem w miarę porządny, po co mam ryzykować czy szukać niepotrzebnych zmian?.

CinderBlocks

Jak by Ojciec określił rozwój życia naukowego w warunkach wolności, którymi się obecnie cieszymy? Co jest najbardziej wartościowe w myśli naukowej naszej prowincji?

Dużo radości daje mi rozwój naszych instytucji naukowych. W Kolegium Filozoficzno-Teologicznym mamy coraz więcej naszych profesorów, dobrze wykształconych i gotowych do pracy. Mamy Instytut Historyczny oraz Instytut Tomistyczny. Te instytucje ciągle borykają się z różnymi problemami, ale możemy powiedzieć, że próbują realizować dominikańskie powołanie właśnie na polu naukowym i dydaktycznym.

Wydaje mi się, że w naszej prowincji dokonuje się obecnie wyjście z pewnego polskiego antyintelektualizmu. Odkrywamy, że praca naukowa jest ważną formą wypełniania powołania dominikańskiego. Przy natłoku pracy duszpasterskiej, z jakim mamy do czynienia w Polsce, wcale nie jest łatwo przekonać do tego braci. Mam wrażenie, że okres wolności w Polsce otworzył możliwość, żeby praca naukowa kapłanów była częścią ich powołania. To jest dopiero początek tego procesu, trwa on dopiero dwadzieścia lat. Widać jednak wyraźny postęp ? myślę, że antyintelektualizm jest dziś w Polsce słabszy niż wtedy, gdy wstępowałem do zakonu.

Na czym dokładnie polega antyintelektualizm?

Powiedziałbym, że jest to brak docenienia pracy ściśle naukowej. Nie jest bowiem tak, że ci bracia, którzy mówią: ?a po co nam ci profesorowie??, sami nie studiują. To też są ludzie ciekawi świata, którzy czytają, szukają, uczą się. Chodzi tu raczej o traktowanie pracy naukowej, uzyskiwania tytułów akademickich, jako pewnej przeszkody odciągającej od duszpasterstwa. Tymczasem są nam potrzebni mądrzy, wykształceni kapłani. Wysiłek włożony w napisanie doktoratu na pewno przyniesie korzyść zarówno samemu bratu, który zgłębi jakąś dziedzinę, jak i ludziom, którym będzie głosił, czy z którymi będzie się spotykał. Będą mogli bowiem zwrócić się do kogoś, kto ma gruntownie przemyślany jakiś zakres wiedzy. Poza tym, jak zauważył Timothy Radcliffe, cierpliwość i wytrwałość, jakich wymaga nasze studiowanie, przygotowują nas także do tego, żebyśmy lepiej potrafili słuchać tych, do których będziemy posłani. Jak widać, nawet praca naukowa ma w sobie pewien rys duszpasterski.

Czym dominikański profesor ma się odróżniać od świeckiego naukowca?

Można powiedzieć, że na obszarze, nazwijmy to ?świata akademickiego?, jest to raczej bez znaczenia. Świat akademicki rozlicza z osiągnięć, a nie z faktu, że jest się świeckim albo księdzem. Widać natomiast wyraźnie, że dominikańskie i kapłańskie powołanie niektórych z naszych braci realizuje się w posłudze akademickiej. A czy to musi się czymś odróżniać? Przyznam, że nie wiem, nie zastanawiałem się nad tym.

Czy fakt, że jeden z braci jest profesorem, ma wpływ na innych braci we wspólnocie?

Jeśli istnieją takie wspólnoty, w których bracia rzeczywiście dzielą się darami, które mają, to obecność kogoś, kto pracuje w świecie akademickim, czy ma stopień naukowy w pewnej dziedzinie, jest ważną pomocą dla wspólnoty. Taki brat może być autorytetem, którego można się poradzić w pewnych sprawach. Ja jednak chciałbym zwrócić uwagę, że tym, co umacnia wspólnotę, jest różnorodność darów i sposobów realizacji powołania dominikańskiego. Nasze wspólnoty są silne wtedy, gdy tworzą je bracia o różnych specyficznych powołaniach indywidualnych: ktoś jest świetnym profesorem, ktoś jest świetnym kaznodzieją, inny bardzo dobrze pracuje na parafii. To wszystko jednak w ramach jednego zakonu. Zakon umożliwia każdemu z nas indywidualny rozwój, a czasami posyła nas w takie miejsca, w których różnorodność jest szczególnie konieczna.

Myślę, że jedną z przyczyn antyintelektualizmu jest obawa przed pokusą karierowiczostwa. Uzyskanie stopnia naukowego może być przecież sposobem na zbudowanie swojej pozycji w zakonie i zdobycie wysokiego statusu w świecie. Czy widzi ojciec to zagrożenie?

Z czymś takim rzadko się spotkałem. Pamiętajmy o tym, że właśnie ze względu na polski antyintelektualizm nie tylko w zakonie kariera naukowa wciąż nie dodaje szczególnego splendoru. To nawet widać po zarobkach profesorów czy naukowców w Polsce.

Rustic

Kiedy patrzymy na początki naszego zakonu, widzimy odwagę świętego Dominika, który zaledwie po kilku miesiącach od zatwierdzenia papieskiego rozsyła braci po całym chrześcijańskim świecie. Święty Jacek, głosząc Ewangelię, przeszedł pieszo pół Europy. Dziś dużo trudniej jest nam podjąć wezwanie misyjne. Czy nie brakuje nam Dominikowej odwagi, zaufania Bożemu prowadzeniu?

Jako prowincjał spotykam się z zarzutem, że strasznie jesteśmy, że tak powiem, rozczłonkowani, to znaczy, że nasi bracia są obecni chyba w dwudziestu czterech krajach świata. Słyszę też, że czasami się wysyła słabo przygotowanych, albo nawet zupełnie nieprzygotowanych braci. Odpowiadam wtedy, że nie zawsze da się przygotować do tego, co bracia spotkają poza granicami. Można co prawda nauczyć się świetnie języka tutaj, w Polsce, ale to wcale nie oznacza, że na misjach będzie przez to dużo łatwiej. W ?strategii misyjnej? ważne jest uznanie, że nie zawsze da się wszystko zaplanować. Czasami stajemy po prostu wobec wezwania chwili. Są sytuacje, kiedy bracia są potrzebni od zaraz, i jeśli nie podejmiemy odważnej decyzji, że jedziemy teraz, to okaże się, że gdy już się przygotujemy, nie ma do kogo jechać. Czasem rzeczywiście brakuje mi takiej odwagi. Z drugiej strony nikt z nas nie wyśle nowicjusza i nie powie mu: ?idź i głoś?, tak jak robił Dominik. Zmieniła się bowiem rzeczywistość Kościoła i świata, w którym żyjemy oraz forma przygotowania do kapłaństwa i głoszenia. Myślę jednak, że czasami brakuje nam takiej zwykłej ewangelicznej odwagi, żeby powiedzieć: ?jestem, poślij mnie?. Gdy zostałem prowincjałem, jeden z braci, który jest teraz za granicą, przyszedł do mnie i powiedział: ?od wielu lat noszę w sobie pragnienie bycia posłanym. Powiedz, gdzie są największe potrzeby, gdzie twoim zdaniem, powinienem jechać, a ja to podejmę?. Bardzo piękne doświadczenie kogoś, kto chce iść dalej i powierza się Kościołowi. Chyba czasami brakuje nam takiej właśnie otwartości. Zasłaniamy się procedurami, tłumaczymy, że teraz trzeba się dokładnie przygotować, dobrze to rozeznać, zebrać odpowiednie fundusze i wtedy możemy otwierać nową działkę misyjną.

Jeżeli powiemy, że misje to po prostu praca za granicą, co daje taka działalność? Jakie owoce przynosi to danemu bratu czy całej prowincji? Jakie są efekty tego, że angażujemy się w taką posługę?

Jesteśmy najliczniejszą prowincją na świecie. Cieszymy się licznymi powołaniami i myślę, że stać nas na to, żeby się tym dzielić. Powracając do obrazu Dominika: rozsyłając braci, pamiętał, że ziarno trzymane razem gnije, a rozrzucone w polu przynosi plon. Warto też mieć na uwadze słowa Benedykta XVI, apelującego do polskiego Kościoła o ofiarność. Jest to również słowo do nas. A pytanie o tak zwane efekty? Wydaje mi się, że dla brata każdy wyjazd za granicę, doświadczenie Kościoła w odmiennej rzeczywistości od tej, którą znał dotąd, próby głoszenia w obcym języku, są czymś rozwijającym. W Polsce możemy mieć doświadczenie pewnej łatwości, poczucia, że rzeczywistość jest nasza, znana, oswojona. Za granicą odkrywa się swoją bezradność. Okazuje się, że muszę stać się uczniem, że muszę dać się poprowadzić Bogu. Gdyby człowiek nigdy nie wyjechał za granicę, nie zetknął się z inaczej myślącymi ludźmi, nie postawiłby sobie pewnych pytań. Gdyby nie zaczął głosić w obcym języku, nie odkryłby swojej bezradności i potrzeby pokory. Nigdy by też nie odkrył takiej potrzeby modlitwy w tej bezradności, jak wtedy, kiedy jest zupełnie sam ze swoim doświadczeniem, którego nie ma jak przekazać, bo to, co ja nazywam w pewien sposób, ktoś rozumie zupełnie inaczej. Osobiście uważam, że jest to niezwykle piękne, głębokie i bardzo nam potrzebne doświadczenie.

Powiedział ojciec, że polscy dominikanie pracują w dwudziestu czterech krajach. Ale czy tak duża liczba państw, w których przebywa po kilku braci, nie przysłania nam tego, że naprawdę niewielka część prowincji jest zaangażowana w misje?

Jeśli policzymy razem wszystkich braci pracujących za granicą, bez podziału na misje oraz międzynarodowe instytucje zakonu, okaże się, że co piąty brat pracuje poza Polską. Myślę, że to jest dużo. Oczywiście byłoby nas stać, żeby na niektóre propozycje odpowiedzieć bardziej ofiarnie. Ale też nikogo się nie zmusi do pracy za granicą.

Jaka jest różnica między pracą za granicą a misjami? W dzisiejszych czasach mieszkanie w obcym kraju nie jest już niczym wyjątkowym.

Myślę, że w przypadku Polaków pozostał jeszcze pewien wymiar wyjątkowości. Jeśli chodzi o naszą prowincję, tak szeroka możliwość wyjazdów pojawiła się dopiero od roku 1989. Wcześniej nasi bracia wyjechali do Japonii, były jakieś próby w Ameryce Południowej, ale dopiero ostatnie dwadzieścia lat to czas naszej obecności za granicą. Nie wyróżniałbym tu jednak specjalnej kategorii ?misje?. Nie ma bowiem takich krajów, o których można powiedzieć, że są całkowicie zewangelizowane. Dlatego za misje równie dobrze można uznać pracę z ubogimi na Ukrainie, w instytucjach europejskich w Brukseli czy na uniwersytecie w Stanach Zjednoczonych.

Na czym polega istota misji?

Misja to odpowiedź na wewnętrzne wezwanie: ?idźcie i głoście?. Czasami przychodzi taki moment, że wezwanie, które usłyszałem, ma się zrealizować poza granicą mojego kraju. W tym kontekście moglibyśmy zaryzykować pewne rozróżnienie na misję i pracę za granicą. Jeżeli wyruszam, odpowiadając na wezwanie do głoszenia Ewangelii, to jestem misjonarzem. Jeżeli zaś wysyłamy kogoś na studia albo żeby został profesorem na Angelicum czy École Biblique, to jest to po prostu wyjazd za granicę. Chociaż musimy pamiętać, że taki student czy naukowiec też głosi Chrystusa.

Czy jest coś w naszym zakonie, czym ojciec się zachwyca, z czego ojciec jest dumny i chciałby o tym powiedzieć swoim rodzicom czy przyjaciołom spoza zakonu?

Gdybym miał pokazać to, co u polskich dominikanów najpiękniejsze, zaprosiłbym do wspólnego przeżycia liturgii profesji wieczystej. Uroczystość ta łączy w sobie bowiem wiele wymiarów naszego życia. Jesteśmy na niej świadkami decyzji braci, pragnących związać się z zakonem aż do śmierci, doświadczamy piękna liturgii i śpiewu wykonywanego przez scholę oraz widzimy wielką wspólnotę braci, przybyłych z różnych stron świata. Gdybym więc chciał komuś pokazać, czym żyję, zaprosiłbym go właśnie na to wydarzenie.

Artykuł jest w numerze:



Klasztorem kaznodziei jest świat

Zobacz numer »

KUP NUMER

Spis Treści

Dodatek teofila

    Philospohia viva teofila

      Spory, dyskusje, polemiki teofila

        Rozmowa teofila

        Ankieta teofila

        • Życie wiarą na poważnie
          Krzysztof Mielcarekk
        • Być mądrą awangradą
          Zbigniew Nosowski
        • Kościół jest otwarty
          Józef Puciłowski OP
        • Obywatel czy poddany?
          Aleksander Hauke-Ligowski OP
        • Prowadzić do prawdy
          Paweł Trzopek OP
        • Na pierwszej linii
          Jacek Buda OP
        • Żyć po nic
          Paweł Lasek OP
        • Jestem dominikaninem
          Paweł Koniarek OP
        • Człowiek dla innych
          Maciej Złonkiewicz OP

        Artykuły teofila

        • Święty Dominik w nauczaniu Zakonu
          Wincenty Ferreriusz OP
        • Zmartwychwstanie Zakonu
          Henri-Dominique Lacordaire OP
        • Oddać się tajemnicy
          Herbert McCabe OP
        • Dar Dominika
          Benedict Ashley OP
        • Pokorna intuicja serca
          Allan White OP

        Horyzonty teofila

        • Prawda – w stronę logiki
          Paweł Ożóg OP
        • Filozofia w godzinie kryzysu
          Dominik Jarczewski OP

        Dominikalia teofila

        • Duma pokorna
          Łukasz Wiśniewski OP
        • Abba Dominik? Wpływ „Collationes” na duchowość świętego Dominika
          Piotr Janas OP

        Wykład teofila

        • Wiedza, rozum oraz mądrość: cnoty intelektualne, edukacja i dary Ducha Świętego
          Vivian Boland OP

        Poezja teofila

          inne