Kamienie na drodze, czyli o sektach i nadużyciach duchowych


Emil Smolana OP, Maria Wasiak


 
 
Jakie są charakterystyczne cechy grupy, którą możemy nazwać sektą?

Maria Wasiak [M.W.] Gwoli wyjaśnienia: w Dominikańskim Centrum Informacji nie tyle nazywamy jakąś konkretną grupę sektą, ile staramy się analizować sposób funkcjonowania grupy i jej wpływ na życie adeptów.

Pierwszym elementem jest proces naboru. Pytamy, czy nie są wykorzystywane w nim działania manipulacyjne, głównie manipulacje uczuciami – od wywoływania stanów euforycznych (i nazywania ich przeżyciem duchowym) do uogólnionego poczucia winy, na które jedynym lekarstwem jest praktyka tej grupy.

Manipulacja może dotyczyć także sfery poznawczej. Przyglądamy się, czy nabór do grupy nie jest obarczony jakimś oszustwem, kłamstwem czy też niepełną informacją dotyczącą przyszłych wymagań.

Dalej, zastanawiamy się, czy stopień podporządkowania członka wspólnoty nie jest totalny, obejmujący podporządkowanie liderowi bądź grupie wszystkich dziedzin jego życia.

Warto wyjaśnić, że totalność jest destrukcyjna nie sama w sobie (wojsko czy zakon to też są instytucje totalne), ale w połączeniu z początkową niejawnością i manipulacją.

Rozpatrujemy więc, na ile decyzje podejmowane przez członka grupy, zarówno życiowe, jak i codzienne, zależą od woli grupy lub woli lidera. Czy liczą się w tym potrzeby członka grupy bądź jego rodziny?

Odpowiedzi na te pytania dają wskazówki do oceny stopnia zagrożenia. Bywają też wspólnoty, których członkowie uważają się za osoby szczególne, wybrane, swoją wspólnotę za jedyną mającą dostęp do prawdy, oświecenia, zapewniającą zbawienie. Natomiast cała reszta grup w Kościele jest obarczona jakąś niedoskonałością i jest przez to gorsza. Jeśli widzimy, że kreuje się taki czarno-biały obraz świata, że twierdzi się, iż w danej grupie jest ta lepsza i większa prawda, wtedy również uważamy, że sposób działania takiej grupy nie jest dobry.

Pamiętam, jak ktoś mi opowiadał, że był przekonywany do konieczności pozostania w jednym z ruchów katolickich słowami: „Ale przecież nasz ruch obiecuje ci zbawienie”. Ta osoba, osadzona mocno w wierze i wiedzy, odpowiedziała: „Bóg mi to obiecał”.

To jest ta wielka różnica – nie jest tak, że grupa (choć tak wiele dobra może z przynależności do niej wyniknąć) trzyma w ręku całe nasze szczęście, całą naszą przyszłość i jest jedyną drogą do Boga.

Emil Smolana [E.S.]: Aby to lepiej zrozumieć, warto podać przykład z naszej praktyki.

M.W. Niedawno słyszałam historię osoby, która należy do pewnej grupy artystycznej, działającej przy domu kultury. Opowiadała, że w tej grupie dwie, trzy osoby zaczęły niejawnie „sięgać po władzę”, zaczęły po cichu decydować o rzeczach, które dotyczą wszystkich innych.

Wydaje mi się, że reakcja tej osoby była wzorcowa: po pierwsze zauważyła, jak bardzo zmienione funkcjonowanie grupy jej przeszkadza, następnie zdiagnozowała problem i znalazła w sobie odwagę, aby zainterweniować, przedstawiając swoje zdanie grupie. Opisowo, nazywając fakty, poddała zaistniałą sytuację pod jej osąd. To zadziałało doskonale, ponieważ grupa się spotkała, przedyskutowała sprawę, wyciągnęła wnioski i ustaliła zasady postępowania. Oczywiście, nie wszyscy zareagowali wyłącznie pozytywnie, ktoś się obraził. To nie jest bajka kończąca się „i żyli długo i szczęśliwie” – to jest prawdziwe życie.

Ta osoba była wcześniej we wspólnocie religijnej, jak myślę, destrukcyjnej. Również wtedy widziała i czuła bardzo wyraźnie, że to, co się tam dzieje, nie jest w porządku, że ona jest jakoś wykorzystywana, że jej wolność jest bardzo ograniczana. Ale interwencja w tej akurat grupie nie byłaby wtedy możliwa, ponieważ w komunikacji wewnątrzgrupowej nie było poziomu opisowego, przedstawienia faktów, opisania tego, co się dzieje. Nazwanie pewnych rzeczy i opis zachowań zostałyby od razu skomentowane słowami: „Nie jesteś pokorna, twoja wiara jest słaba, jesteś nieposłuszna Bogu”.

 

Zostałoby to odebrane jako atak.

M.W. Tak. Ta osoba momentalnie zostałaby sprowadzona do parteru za pomocą pobożnych, religijnych odniesień. Przypominam sobie taką definicję ks. abp. Karola Wojtyły, zgodnie z którą zdrowa wspólnota to grupa, w której są silne więzi, wspólne cele, ale jest możliwość sprzeciwu.

 

Ta możliwość sprzeciwu jednostki byłaby takim bezpiecznikiem dla zdrowej grupy. Czymś takim, co się uruchamia, gdy dzieje się coś niepokojącego.

M.W. Tak. To też jest sposób na rozwój, bo przecież każda grupa jest żywym ciałem, w którym działają procesy indywidualne i grupowe. Możliwość nazywania i omawiania ich (zamrożona w grupie destrukcyjnej) może być zaczynem jakiegoś nowego dobra.

E.S. Można to porównać do pracy nad sobą. Znam swoje słabe strony, znam te, które są mocne. Te słabsze wymagają podjęcia większej pracy i wysiłku. Ta historia, którą opowiedziałaś, i reakcja tej pani jest godna podziwu. Nie każdy umiałby się tak zachować jak ona. Dzięki jej reakcji faktycznie zadziało się coś dobrego, grupa poradziła sobie z pojawiającym się problemem.

W naszej pracy spotykamy się z grupami destrukcyjnymi, w których taka możliwość zmiany jest już niemożliwa. Osoby, które próbują reagować, głośno mówić o złu, nadużyciach czy problemach, spotykają się z napiętnowaniem. Grupa zamyka się, a takie osoby są odrzucane. Istnieje cały system kar lub działań „naprawczych”, aby przywołać „zbuntowaną osobę” do posłuszeństwa. Na początku odsuwa się ją od pełnienia danych funkcji w grupie. Jeżeli to nie wystarczy i ta osoba się nie „nawróci” oraz nie zacznie na nowo „prawowiernie myśleć”, to jest coraz bardziej marginalizowana. Dochodzi do sytuacji, w których mówi się, że przez tę osobę „działa Szatan”, który próbuje wejść do wspólnoty i zniszczyć ją od wewnątrz. Kolejnym krokiem jest całkowity ostracyzm – następuje wyrzucenie z grupy, a inni członkowie mają całkowity zakaz kontaktu z wydaloną osobą.

Pamiętam opowieść mężczyzny, który został usunięty z grupy za nieposłuszeństwo liderowi. Zakazał mu on spotykać się z dziewczyną, również należącą do tej grupy. Lider miał inny plan na ich życie. Po wyrzuceniu ze wspólnoty członkowie grupy, spotykając go w mieście, przechodzili na drugą stronę ulicy, nie zamieniając z nim słowa. Choć przecież wcześniej byli ze sobą blisko związani i znali się wiele lat.

 

Gdzie możemy się spotkać z grupami destrukcyjnymi?

E.S. Często, myśląc o takich grupach, sądzimy, że są to przede wszystkim grupy religijne. W definicji sekty, którą posługujemy się w naszym Dominikańskim Centrum Informacji, zwracamy uwagę, że kultowość takich grup może odnosić się także do kultu jednostki, pieniędzy, sukcesu czy zdrowia. Ludzie gromadzą się wokół najróżniejszych idei, które mogą stać się bożkami. Na „sekciarskie mechanizmy” możemy trafić także podczas wyjazdu organizowanego przez firmę, w której pracujemy. Ktoś wyjeżdża na szkolenie, na którym obok treści związanych z rozwojem w granicach tematyki zawodowej pojawia się „coś więcej”.

Znam przypadki, kiedy podczas takich szkoleń ludzie byli wprowadzani w praktyki szamańskie. Również zajęcia sportowe, np. joga, czy kurs języka mogą być miejscem, w którym spotkamy się z taką grupą. Niektóre zaangażowania grup mogą być tylko przykrywką do tego, aby sprzedać pewne idee, które początkowo są przed nami ukryte. To jeden z mechanizmów manipulacji i jednocześnie jedna z cech sekty. Cele deklarowane są inne od tych, do których prowadzi się ludzi. Jestem oszukiwany i metodą małych kroków wprowadza się mnie w coś, czego bym nie przyjął, gdyby podane było to jawnie. Jedna ze spraw, którą prowadziliśmy, dotyczyła grupy gospodyń spotykających się przy jednej z parafii. Jedna z pań werbowała tam osoby do swojej destrukcyjnej grupy. Te przykłady pokazują, że z takimi grupami czy osobami możemy spotkać się wszędzie.

 

W czym tkwi destrukcyjność grupy: w osobowości lidera, członków grupy czy doktryny?

E.S. Te przyczyny można znaleźć po obu stronach, zarówno liderów, jak i członków grupy. Na pewno lider ma większy wpływ na grupę i narzędzia, które pozwalają mu sprawować władzę. Posiada także autorytet, który może wykorzystać do zwiedzenia ludzi. To wszystko pada jednak na grunt grupy, konkretnych osób, z konkretnymi niezaspokojonymi pragnieniami i deficytami. W tym wszystkim doktryna, nauczanie, jest zawsze dobrym uzasadnieniem, dlaczego w grupie dzieje się tak, a nie inaczej.

W grupach, które działają w strukturach Kościoła, posłuszeństwo liderowi można tłumaczyć posłuszeństwem Bogu. Działaniem Ducha Świętego można usprawiedliwić rzeczy, które są ewidentnie sprzeczne z nauczaniem Kościoła. Oczywiście ten przekaz grupy jest jakąś hybrydą i wypaczeniem, który nie ma nic wspólnego ze zdrowym nauczaniem. Wypaczony przekaz służy popieraniu swoich własnych pomysłów.

 

Czy można mówić o potrzebie bycia liderem? I czy zawsze wiąże się to z realizowaniem własnych potrzeb w jakiś patologiczny sposób?

M.W. Jest mnóstwo osób o zdrowych predyspozycjach, talentach przywódczych i organizacyjnych, służących wspólnocie. W kontekście grup destrukcyjnych mówimy o realizowaniu niezwykle nasilonej potrzeby wielkości i władzy, bez której trudno jest komuś żyć.

 

Sprawuję władzę, bo to daje mi poczucie bezpieczeństwa?

M.W. Tak, poczucie bezpieczeństwa, poczucie własnej wartości, samorealizacji, poczucie bycia z ludźmi w jedyny znany sposób.

E.S. Niezdrowe realizowanie własnych potrzeb, pragnienia władzy. W skrócie: pycha i egoizm. Po grzechu pierworodnym to grozi każdemu.

 

Myślę, że pragnienie bycia liderem nie zawsze musi wynikać z patologicznych skłonności.

E.S. To prawda, mamy różne dary i talenty. Jednym z nich może być umiejętność przewodzenia ludziom, bycia liderem. Święty Paweł, mówiąc o Kościele, wymienia konkretne funkcje, do których powoływani są ludzie. Można być dobrym liderem, można mieć do tego predyspozycje, wymaganą wiedzę, mądrość, roztropność i pokorę.

Zdarza się jednak, że pewne cechy można wykorzystać w złym celu. Tak jest w przypadku grup destrukcyjnych. Najbardziej boli mnie, kiedy, pracując z ofiarami takich grup w Kościele, dowiaduję się, w jak perfidny i wyrachowany sposób niektórzy liderzy wykorzystują autorytet Boga. Pamiętam przypadek, który jest bardzo drastyczny. Podczas modlitwy wstawienniczej nad kobietą „lider” grupy powiedział jej, „że jeśli jej mąż nie nawróci się, to jej dziecko urodzi się martwe”. To oczywiście „miały być” słowa samego Boga, który przez niego przemówił. O niewierze i innych problemach męża dowiedział się od członków grupy, którzy tę kobietę przyprowadzili do wspólnoty.

 

Ja chcę zapytać o nadużycia związane z praktyką spowiedzi. Zdarza mi się spotykać ludzi, którzy w jej trakcie zostali jakoś skrzywdzeni. Co ze strony księdza musi być spełnione, aby nie można było mówić o nadużyciu? Jak się przed takim zagrożeniem bronić?

M.W. Przypominają mi się wspomnienia osób, które były w pewnym ruchu w Kościele. Osoby te mówiły, że miały obowiązek spowiadać się u kapłanów wyłącznie z tego ruchu. W dodatku były pouczane, że to, „co słyszą na spowiedzi, jest objęte tajemnicą spowiedzi dla nich, pod grzechem ciężkim”. Minęło piętnaście lat i one ciągle jeszcze pytają: „Czy jak ja z panią rozmawiam, to tego nie łamię?”. Myślę, że mamy tu do czynienia z nadużyciem, które w skrócie można opisać tak: „Ja jestem jedynym twoim przełożonym, jedynym dawcą i pośrednikiem łaski. A ty nie masz prawa tego weryfikować”.

Zdarzają się też sytuacje, które nas zaskakują i nie na wszystko umiemy błyskawicznie zareagować i nie dać się skrzywdzić. Jestem pełna podziwu dla kogoś, kto jest w stanie zaprotestować, a nawet – jeśli trzeba – wstać i wyjść w trakcie spowiedzi. Jednak często jest tak, że dopiero po jakimś czasie dociera do nas, że zostaliśmy skrzywdzeni, że nadużycie miało miejsce.

E.S. Przypadki nadużyć zdarzają się wszędzie. Kościół bardzo broni przestrzeni spowiedzi, ma to wyraz w prawie kanonicznym. Ksiądz, który zdradziłby tajemnicę spowiedzi, na mocy samego prawa zostaje ekskomunikowany. Ta kara obejmuje przestępcę niejako automatycznie, w momencie dokonania czynu, a więc nie jest potrzebny wyrok skazujący sądu. Te przepisy dotyczą także innych nadużyć, do których może dojść w konfesjonale. Osoba idąca do spowiedzi powinna przede wszystkim wiedzieć, co jest jej treścią. Znać warunki spowiedzi, wiedzieć, czym jest grzech. Powinna formować swoje sumienie. Jeżeli nie ma tej wiedzy, to jest bardziej podatna na wszelkiego rodzaju nadużycia i manipulację w każdej przestrzeni życia, nie tylko w konfesjonale.

Co do księdza, to powinien przede wszystkim być człowiekiem. Mówi o tym adhortacja apostolska Reconciliatio et paenitentia Ojca Świętego Jana Pawła II o pojednaniu i pokucie w dzisiejszym posłannictwie Kościoła, wydana 2 grudnia 1984 roku. Wymienia ona takie przymioty spowiednika jak roztropność, dyskrecję, umiejętność rozeznawania, stanowczość, miarkowaną łagodność i dobroć. Ponadto spowiednik powinien mieć przygotowanie teologiczne, psychologiczne, pedagogiczne, a przede wszystkim znać słowo Boże. Mogą zdarzyć się jednak nadużycia, takie jak krzyczenie czy zadawanie niestosownych pytań. Mam prawo i powinienem wtedy reagować, mówiąc, że nie życzę sobie takiego traktowania. W przypadku poważnych nadużyć powinienem zgłosić się do przełożonego danego spowiednika. Trzeba pamiętać jednak o tym, że dany spowiednik nie będzie się mógł bronić, bo obowiązuje go tajemnica spowiedzi.

 

Co zrobić w sytuacji, gdy stwierdzę, że jestem ofiarą nadużycia?

M.W. Pierwszy krok to stwierdzenie, że tak się właśnie stało. Że to naprawdę miało miejsce, i że zostałem skrzywdzony. To może być bardzo długi krok – wcale nie jest łatwo to sobie powiedzieć. Przyznanie się do bycia ofiarą nadużycia nie jest przyjemne.

 

To jest też akt przeciwstawienia się autorytetowi lidera.

M.W. Tak, bo to zaprzecza jego narzuconej „oficjalnej” narracji.

Potem potrzebna jest wielka odwaga przeżycia wszystkich trudnych uczuć, których się w tej sytuacji doświadcza. Przeżywa się ogromne poczucie wstydu, możliwe jest poczucie winy. Pojawia się jednocześnie uczucie gniewu – w stosunku do grupy czy lidera (do tej pory tak bardzo idealizowanego) i do siebie – „bo dałem się tak wykorzystać”. Cały czas jest ból krzywdy i ból zawiedzionych marzeń. Także poczucie bycia ofiarą i żal do siebie – że się nie zorientowałem, że nie zareagowałem wcześniej, że brakowało mi zdrowego rozsądku lub odwagi, że taki jestem słaby, głupi, niedojrzały. Przeżycie i nazwanie tego wszystkiego naprawdę jest szalenie trudne. Myślę, że bardzo potrzebujemy wtedy drugiego człowieka, przyjaciela, ewentualnie terapeuty.

Wówczas pojawiają się pytania: „Co takiego jest we mnie, że mnie tam ciągnęło?”, „Co to we mnie zaspokajało?”, „Czego mi brakuje, jakie rany mam w sobie, że ta obietnica była dla mnie tak wielkim światłem, że się na ten haczyk dałem złapać?”. Dzięki temu bardzo dużo można się o sobie dowiedzieć i – co niezwykle ważne – zastanowić się nad innymi, niedestrukcyjnymi sposobami osiągnięcia dobra, do którego dążyłem.

E.S. Myślę, że równie ważną sprawą jest zadbanie o siebie. Ja muszę się z tej destrukcyjnej rzeczywistości wycofać.

M.W. Przerwać krzywdę.

E.S. Tak, najpierw przerwać krzywdę. To jest ważne, tak jak mówiłaś, Marysiu. Jakoś to poukładać w sobie, do pewnych rzeczy się przyznać, odpowiedzieć na trudne pytania, które sobie postawię. Są różne osoby: jedna potrzebuje na to wielu lat, inni stają na nogi dość szybko. Kolejnym krokiem, gdy już sobie to poukładałem, jest interwencja. Także i na tym etapie potrzebna jest pomoc i wsparcie innych osób czy instytucji. Nie należy osobiście wchodzić w konfrontację z tym, kto mnie skrzywdził.

W naszym Dominikańskim Centrum Informacji, przyjmując zgłoszenia nadużyć w grupach katolickich, staramy się interweniować, stając się pośrednikami pomiędzy poszkodowanymi i osobami odpowiedzialnymi za dane grupy i wspólnoty.

 

Jak, będąc we wspólnocie, stawiać granice wobec osób, które chcą nas wykorzystać?

M.W. Wydawałoby się, że dość łatwo jest odpowiedzieć na to pytanie. Trzeba zauważyć i poczuć nadużycie, nazwać je, zaprotestować, nie zgodzić się na nie. Powiedzieć: „Może zrobimy to inaczej”, „Nie powinno tak być między nami”, „Nie zrobię tego” itp. Nazywanie nadużycia jest bardzo silnym narzędziem, bo przecież wszelka manipulacja jest skuteczna pod warunkiem, że jest ukryta. Niejawność należy do definicji manipulacji!

Trzeba jednak pamiętać, że już nie tak łatwo jest to zrealizować. Wymaga to posiadania jakiejś wizji tego, jakie powinny być zdrowe relacje między ludźmi. Świadomości siebie i swoich praw, pewności siebie i umiejętności znoszenia dyskomfortu związanego ze sprzeciwem i niespełnianiem oczekiwań.

Przydaje się także wiedza o sile presji grupy czy autorytetu, opisywana wyczerpująco przez psychologię społeczną. W końcu potrzebna jest świadomość ryzyka, pewien rachunek strat i zysków – może grupa się pozytywnie zreformuje, a może mi podziękują lub uznam, że muszę odejść. To stawia mnie przed pytaniem o to, jak ważna jest dla mnie ta grupa i czy mógłbym iść inną drogą. Czyli wszystko, co do tej pory zdarzyło się w moim rozwoju, ma ogromne znaczenie; może budować moją siłę i odporność, czynić mnie otwartym na ludzi, ale nie bezbronnym wobec prób wykorzystania.

 

W jaki sposób deficyty liderów takiej grupy wpływają na kształt formacji?

M.W. Wydaje się, że przede wszystkim przez kształtowanie określonego obrazu Boga i wpajanie odpowiednich postaw wobec Niego. Opowiadano mi na przykład o ogromnym lęku i podejrzliwości wobec Boga, który każde uchybienie (nie wobec Dekalogu, a wobec programu wspólnoty) mściwie i niezawodnie ukarze. Z ust lidera padały następujące słowa: „Oczywiście, możecie – zamiast jechać na rekolekcje grupowe – wywieźć dzieci nad morze, ale nie dziwcie się, jeżeli któreś z nich się utopi”. Formacja w grupie nie opiera się wtedy na zdrowej nauce Kościoła, tylko na wypaczeniach, przerysowaniach, gdy coś jest podkreślone wężykiem.

E.S. W niektórych grupach katolickich ogranicza się nauczanie tylko do materiałów proponowanych przez daną grupę. Mówi się: „Możesz uczyć się tylko z naszych skryptów i nic poza tym”. Jest to kolejny sposób, aby łatwiej manipulować ludźmi.

Trzeba pamiętać, że jako katolik mam nie tylko prawo, ale i obowiązek sięgać do różnych opracowań i materiałów. Powinienem opierać się na całym nauczaniu Kościoła, sięgać do różnych źródeł.

M.W. Innym przykładem takiej manipulacji jest zjawisko tzw. protestantyzacji w grupie nominalnie katolickiej. Jest w porządku, jeżeli założy się grupę, która od początku ma być protestancka, natomiast jest oszustwem założenie grupy katolickiej i prowadzenie jej w taki sposób, żeby członkowie formowali się nieświadomie na sposób protestancki.

 

Protestancki? Czy możecie powiedzieć coś więcej?

E.S. Chodzi tu np. o treść teologiczną. Niekiedy, krok po kroku, wprowadza się ludzi w różne nauczania protestanckie. Z przerażeniem patrzę na pewne grupy w Kościele, których formacja opiera się wyłącznie na skryptach protestanckich, niezgodnych z doktryną katolicką. Tu rodzą się pytania o autorytet – kto jest nim dla mnie, na kim się opieram, dlaczego nie ufam Kościołowi? W człowieku jest taki dziwny mechanizm, że nie ufa temu, co jest najbliższe, ale gdy pojawi się ktoś z daleka, z innym akcentem i turbanem na głowie, to wszystkie prawdy przez niego wypowiedziane brane są za pewnik, bez żadnej weryfikacji.

M.W. Ja pamiętam taką grupę na warszawskim Ursynowie. Kwestionowano tam potrzebę sakramentu spowiedzi i podważano kult Matki Bożej. Ponadto w grupach protestantyzujących występuje często nadużywanie formuły: „Pan Bóg mi powiedział”, „Pan Bóg mi objawił”. Jest to więc prowadzenie ludzi w kierunku subiektywizacji teologicznej czy religijnej. To takie żmudne i nudne, czytać ten cały katechizm, gdy można mieć przecież bardziej „bezpośredni” dostęp do prawd wiary i objawienia. To jest rozstrzygające, tego szukamy.

 

Czy dlatego, że żyjemy w zdrowej wspólnocie Kościoła, możemy mówić o nadużyciach?

M.W. Przez długi czas nie przychodziło nam na ogół do głowy, że w Kościele katolickim też coś może być „sektą” albo jakaś grupa może działać jak sekta. Już dopuszczenie takiej myśli jest narzędziem pomocy dla wielu osób. Nie ma obszaru wolnego od zagrożenia. Rzeczywistość Kościoła jest rzeczywistością także ludzką, o czym nie można zapominać.

E.S. Są takie grupy w Kościele, w których utwierdza się jej członków w patologicznym sposobie bycia. Na przykład wmawiając komuś, że nie powinien dbać o siebie, walczyć o swoje życie. Mówi się np., że kobieta powinna akceptować bicie przez swojego agresywnego męża czy alkoholika, bo to jest dźwiganie krzyża. Podkreśla się bycie poddanym mężczyźnie, o czym mówi Pismo, zapominając o kolejnym zdaniu, które mówi, że mężowie mają kochać żony, jak Chrystus umiłował Kościół. Jezus oddał za nas życie. W tego rodzaju przypadkach należy jasno przeciwstawić się złu. Dzwonić po policję i szukać pomocy na zewnątrz.

Także wszystkie inne niepokojące rzeczy w grupie mogą być nazywane dźwiganiem krzyża. Mówi się wtedy: „Nie można tego naprawiać ani od tego uciekać, bo przecież Pan Bóg tego chce”.

W niektórych grupach osoba próbująca zmienić swoje życie, zawalczyć o siebie, poukładać sobie pewne rzeczy, pójść do psychologa czy na terapię, jest piętnowana. Trzeba być świadomym, że to jest patologia, a bycie np. ofiarą przemocy domowej nie jest „dźwiganiem krzyża”, uległość takiej grupie nie jest żadnym zdrowym posłuszeństwem, tylko byciem wykorzystywanym przez innych. Jeżeli ktoś mnie wykorzystuje do swoich celów, to ja mam prawo, a nawet obowiązek, przeciwstawić się temu.

Bierne trwanie w chorej sytuacji nie jest posłuszeństwem Bogu, On chce przecież naszego dobra. Dźwiganie własnego krzyża nie jest jednoznaczne z przyjęciem i akceptacją wszelkiego zła bez przeciwstawienia się mu.

 

Sytuacja zdrowa wygląda więc tak, że mogę być w danej wspólnocie, ale nie jest to związane z przymusem

E.S. Dokładnie. Na przykład rodzina jest moją pierwszą wspólnotą, Kościołem. Raz w tygodniu chodzę ma mszę świętą i to jest ok. Mogę się w tej wspólnocie modlić, z żoną czy mężem mówić pacierz. Nie chodzi o to, że ktoś mi mówi, że „abym mógł być zbawiony muszę koniecznie być członkiem tej czy innej grupy”. Mało tego, ten ktoś dodatkowo neguje całe moje dotychczasowe życie, sposób przeżywania wiary i praktyk religijnych. W jednej z grup katolickich pojawia się bardzo często stwierdzenie, że „przed pobytem w tej grupie, człowiek był poganinem”. Mało znaczące jest to, że modlił się codziennie, czytał Pismo i uczestniczył każdego poranka w Eucharystii.

 

Co można zrobić, aby ograniczyć liczbę nadużyć w grupach katolickich?

E.S. Zadbać o formację liderów. Księża przechodzą formację, kończą studia teologiczne, mają posłanie biskupa, misję kanoniczną, która uprawnia ich do głoszenia Ewangelii. W niektórych grupach liderami zostają ludzie bez podstawowej wiedzy teologicznej i przygotowania potrzebnego do prowadzenia grupy. Ktoś coś poczuł, miał dobre chęci, może zaznajomił się z trzema skryptami. Potrzeba szkół i pomysłu na formację liderów, opartą na zdrowym doktrynalnym nauczaniu oraz na naukach pomocniczych.

M.W. Często ludzie, którzy byli w destrukcyjnych grupach, mają poczucie, że Kościół dawał przyzwolenie na działanie czy istnienie tych grup. I to jest dla nich częścią krzywdy – brak opieki duszpasterskiej. Myślą: Kościół, jako sieć parafii i hierarchia, w porę się nie zorientował i nie zareagował odpowiednio.

 

Czy w sytuacji nadużycia łatwo jest znaleźć pomoc w Kościele?

E.S. Jeżeli chodzi o instytucje świadczące pomoc, to jest ich mało. Ich jakość też pozostawia wiele do życzenia. Pamiętam osobę, która trafiła do naszego Dominikańskiego Centrum Informacji. Wcześniej była w jednym z ośrodków pomocy zajmujących się sektami. Ksiądz rozłożył bezradnie ręce i obiecał modlitwę. Modlitwa jest potrzebna, ale można ją obiecać, nie zakładając ośrodka pomocy.

Potrzebujemy ośrodków specjalistycznych, działających kompleksowo, które pokierują taką osobą, dadzą jej niezbędne wsparcie, pomogą stanąć na własne nogi. W naszym Dominikańskim Centrum Informacji pracujemy w zespołach interdyscyplinarnych z udziałem psychologów, religioznawców, socjologów i teologów. Naszą misją jest to, aby osoby, które zostały skrzywdzone przez działanie konkretnych grup, mogły znaleźć właściwą i specjalistyczną pomoc. Wiadomo, że jest mnóstwo mądrych księży, którzy pomagają na własną rękę, wielu biskupów reaguje w odpowiedni sposób na nadużycia. Pomoc strukturalna ma jednak swoją wartość. Jeśli w dodatku będą zebrane i dostępne informacje o miejscach, w których tę pomoc można uzyskać, osoby pokrzywdzone nie będą musiały odbijać się od drzwi do drzwi. Wystarczy wówczas np. wejść na stronę kurii diecezjalnej i tam w sekcji „kontakt” byłaby informacja o ośrodku pomocy. W niektórych diecezjach już tak jest.

M.W. Przy tym fakt, że osoby, które doświadczyły nadużyć w grupach katolickich, znajdują w Kościele pomoc, jest dla nich bardzo leczący.

 

Odbudowuje zaufanie.

E.S. Pokazuje, że to nie jest wina Pana Boga, tylko ludzi, którzy nie do końca z Nim współpracują. Kościół, choć jest święty, składa się z grzeszników, i tak będzie do końca świata. My, idąc za Jezusem, mamy się grzechowi przeciwstawiać, walczyć o świętość. To jest nasze zadanie.

 

Mówiąc o nadużyciach w Kościele, nie zniechęcamy do angażowania się w konkretne wspólnoty, w których jest dużo dobra, ale zalecamy zdrowy krytycyzm.

E.S. Wszystko, co robimy, to właśnie walka o dobro. W naszym Dominikańskim Centrum Informacji nie tylko pomagamy ofiarom grup destrukcyjnych, ale zajmujemy się też szeroko rozumianą profilaktyką. Pokazując negatywne mechanizmy, które mogą pojawić się w grupach, walczymy o zdrowe wspólnoty. Budowanie wspólnoty to zadanie długofalowe: tworzenie relacji, przepracowywanie kryzysów, które pojawiają się na drodze wzrostu wspólnoty, dążenie do dobra. Warto też wiedzieć o zagrożeniach. Niektórzy mogą zarzucić, że koncentrujemy się na tym, co negatywne. Ale to nieprawda.

Znajomość zagrożeń jest potrzebna nie po to, żeby się na nich skupiać, lecz reagować na pojawiające się zło. To trochę tak, jak ze znakami na drodze. Znaki nie są po to, aby nas straszyć, ale ułatwiać nam jazdę samochodem, sprawić, aby nasza droga była bezpieczna, abyśmy nie skończyli w przydrożnym rowie. Wszystko po to, by bezpiecznie dotrzeć do celu. Dla nas, katolików, tym celem jest sam Pan Bóg.

 


Rozmawiali: Paweł Bielecki OP, Tobiasz Cieślak OP

Emil Smolana OP
Prowincjalny koordynator ośrodków informacji o sektach i nowych ruchach religijnych w latach 2014–2018, dyrektor Dominikańskiego Centrum Informacji o Sektach w Warszawie, duszpasterz duszpasterstwa Absolwentów, wstąpił do Zakonu w 2001 roku.

Maria Wasiak
Psycholog, pracownik Dominikańskiego Centrum Informacji o Sektach i Nowych Ruchach Religijnych w Warszawie.

Artykuł jest w numerze:



Fałszywe obietnice

Zobacz numer »

KUP NUMER

Spis Treści

Dodatek teofila

    Philospohia viva teofila

      Spory, dyskusje, polemiki teofila

        Rozmowa teofila

        • Supermarket duchowości
          Radosław Broniek OP

        Ankieta teofila

        • Zjawisko sekt widziane z perspektywy psychologicznej i teologicznej
          Tomasz Franc OP
        • Sekty w prawie polskim
          Danuta Wieczorkiewicz, Małgorzata Serafin-Nasewicz
        • Religia w ruchu. Socjologiczne spojrzenie na nowe ruchy religijne
          ks. Wojciech Sadłoń SAC

        Artykuły teofila

        • W przygotowaniu wielkiego spotkania – Thomas Merton
          Jan Andrzej Kłoczowski OP
        • New Age czy chrześcijaństwo – do czego nam bliżej z wiarą?
          Tobiasz Cieślak OP
        • Manipulacja a komunikacja
          Małgorzata Majewska
        • Jezus Chrystus – nie ma w innym zbawienia
          Cyprian Klahs OP
        • Praktykowanie jogi za Zachodzie – obawy i nadzieje
          Marzenna Jakubczak
        • Chrześcijaństwo a joga. Kilka słów komentarza teologiczno-duszpasterskiego
          Radosław Broniek OP
        • Pomaganie osobie zagrożonej przez grupę destrukcyjną
          Paweł Bielecki OP
        • Kamienie na drodze, czyli o sektach i nadużyciach duchowych
          Emil Smolana OP, Maria Wasiak
        • Nihil novi sub sole. Nowe oblicze starych herezji
          Radosław Zieliński OP
        • Nastolatki w sektach. W czym objawia się atrakcyjność sekt dla ludzi młodych?
          Marcin Zmuda

        Horyzonty teofila

        • Czy istota czasu i przestrzeni jest absolutna czy relatywna?
          Karol Babis OP
        • „Pewien człowiek schodził z Jeruzalem do Jerycha…”. Rozważania wokół obrazu Rembrandta
          bp Michał Janocha
        • Homilia VII dotycząca Listu do Filipian (fragmenty)
          Jan Chryzostom

        Dominikalia teofila

        • Nawrócenie do głoszenia
          Mariusz Skowroński OP, Tomasz Mochoń OP

        Wykład teofila

        • Wschód i Zachód w dialogu. Dionizy Areopagita i Tomasz z Akwinu o niepoznawalności Boga
          Michał Paluch OP

        Poezja teofila

          inne