Moda na ateizm


David B. Hart

W

 ydaje mi się, sale cialis że jestem bliski stwierdzenia, że cały ruch Nowego Ateizmu jest tylko chwilową modą ? nie punktem zwrotnym w kulturze, jak się wydaje jego zwolennikom, ale wyłącznie jednym spośród okazjonalnych i niewytłumaczalnych rynkowych trendów, które w nieunikniony sposób skończą tak samo jak disco, opery mydlane czy The Bridges of Madison County.

 

Bynajmniej nie dzieje się tak, dlatego że dzisiejszy ?rynek idei? jest szczególnie wyspecjalizowany w oddzielaniu mądrych argumentów od głupich. Ale ostatni trend w kierunku pewnego typu bezbożności, jak mi się wydaje, do tej pory okazał się tak banalny, moralnie i intelektualnie, że może być zakwalifikowany jako forma lekkiej rozrywki, a kultura masowa prędzej czy później zawsze męczy się swoją ofertą i przejdzie do innych, równie ulotnych, zabawek.

 

Przyjrzyjmy się chociażby wydanej ostatnio książce: 50 Voices of Disbelief: Why we are Atheists [50 głosów niewiary: Dlaczego jesteśmy ateistami]. Należałoby założyć, że kolekcja esejów napisanych przez pięćdziesięciu inteligentnych ludzi, a zarazem gorliwych ateistów będzie zawierać chociażby jeden przekonujący, dobrze zorientowany, moralnie głęboki albo konceptualnie chwytliwy argument za niewiarą w Boga.

 

Oczywiście z taką nadzieja po nią sięgałem. Zamiast tego odszedłem z całkowicie bezbarwnym nagromadzeniem gadaniny i napuszenia, czując raczej, jak gdybym opuścił wielkie przyjęcie, na którym poczęstowano mnie wyłącznie kruszonym lodem i parą wodną.

 

Szczerze mówiąc, płytkość nie jest równomiernie niezmącona. Niektórzy z pisarzy prezentują taki stopień niepewności, nieporadności w przedstawianiu swoich przypadków, że zasadniczo jakość esejów jest odwrotnie proporcjonalna do aury autorytetu, jaką zdają się roztaczać wokół siebie. Z tego powodu filozofowie ? którzy w niczym nie prześcigają swoich kolegów pod względem rozumowania, ale którzy są o wiele lepiej przygotowani do nadania sofistycznym argumentom jakiejś systematycznej formy ? wydają się w nieznośny sposób przyczyniać się do tego ogólnego wrażenia.

 

Nicholas Everitt i Stephen Law odkurzają stary (i niepoprawnie impresjonistyczny) argument o tym, że Boża wszechmoc wydaje się nie do pogodzenia z Jego dobrocią. Michael Tooley nie lubi obrazu Jezusa, który wyłania się z Ewangelii, przynajmniej w jego interpretacji. Christine Overall wskazuje, że żadna z jej dziecięcych modlitw nie została wysłuchana ? ergo Boga nie ma. A.C. Grayling rzuca kilka spośród swoich ulubionych papierowych karykatur. Laura Purdy myli histeryczny strach wobec religijnej prawdy z racjonalnym argumentem.

 

Graham Oppy precyzuje swoje osobiste credo, które, jak rozumiem, powinno być nie do odparcia, ponieważ ma ponumerowane paragrafy. J.J.C. Smart uważa cuda za nieprawdopodobne z naukowego punktu widzenia (kto by na to wpadł?). I tak dalej. Adele Mercier zbliża się najbardziej do podania interesującego argumentu ? wierzący tak naprawdę nie wierzą w to, w co im się wydaje, że wierzą ? ale jej rozumowanie lega w gruzach pod ciężarem nieudowodnionych założeń.

Naukowcy prezentują się również dość marnie. Między nimi Victor Stenger jest najbardziej lekkomyślnie pewny siebie, ale jego niemożność rozróżnienia opozycji pomiędzy fizycznym czymś a niczym (w sensie ?nic jako takie?) a logiczną różnicą istnienia i nieistnienia czyni jego argument próżnym. Pisarze z innych dziedzin nie oferują nic więcej. Cudowny Randi, magik, wie, że w świecie jest dużo łatwowierności.

 

Historyk nauki Michael Shermer zauważa, że jest bardzo wiele sprzecznych ze sobą systemów religijnych. Dziennikarka Emma Tom miała niezrównoważonego katechetę, kiedy była dzieckiem itd. Prawdopodobnie cały projekt osiąga swoje reductio ad absurdum w momencie, kiedy pisarz science-fiction Sean Williams wyjaśnia, że nauczył się odrzucać wszystko, co nadprzyrodzone pod wpływem oglądania serialu Doktora Who.

 

Ostatecznie książka jako całość nie wnosi absolutnie nic ? jak, szczerze mówiąc, wszystkie książki tego typu ? i muszę przyznać, że jest to cokolwiek przygnębiające. Wydaje się oczywiste, że niezwykła mdłość literatury Nowego Ateizmu jest po prostu odbiciem mdłości całej publicznej debaty religijnej naszych czasów, po stronie zarówno wierzących, jak i niewierzących.

 

Po części, rzecz jasna, przyczyną są nowoczesne media, które promują tylko fragmentaryczne, pełne sloganów i emocjonalności debaty, ale również dlatego, że całe stulecia narastającej sekularyzacji społeczeństwa pozostawiły nas ze wspólną gramatyką, która być może nie jest już dłużej adekwatna do twierdzeń, jakie stawia refleksyjna wiara i refleksyjna niewiara.

winterset

Głównym powodem mojej melancholii jest jednakże moje niewzruszone przekonanie, że najbardziej krzykliwym spośród dzisiejszych niewierzących brakuje odwagi, zmysłu moralnego i głębi intelektualnej właściwych im poprzednikom w niewierze.

 

Moim największym zarzutem wobec nich nie jest ich sceptycyzm czy ateizm; raczej fakt, że w ogóle nie są sceptyczni i kupili tanio swój ateizm, z pewnego rodzaju grubiańską arogancją, która pozwala człowiekowi uważać się za wybitnego stratega, ponieważ jego czołgi zajęły miasteczko zamieszkane przez nieuzbrojonych wieśniaków, albo za wielkiego kochanka z powodu posiadania wystarczającej sumy pieniędzy na skorzystanie z usług domu publicznego. Jak długo ktoś może z wyprzedzeniem planować kolejne podboje, wybierając miejsca najsłabszego oporu, tak długo może uważać się za Casanovę lub Napoleona (albo nawet lepiej: pierwszego bez rzeżączki, drugiego bez Waterloo).

Ale jak długo duch może się delektować tego typu zwycięstwami? I jak długo powinniśmy marnować nasz czas na najzwyklejszą banalność Nowych Ateistów ? z ich dziecinnie manichejską wizją historii, brakiem poczucia tragizmu, ich obojętnością na kulturową złożoność moralnych ?prawd?, nieusprawiedliwionym brakiem ciekawości, ogólnikowym bełkotem o abstrakcyjnej ?religii? i absurdalnym optymizmem dotyczącym przyszłości, której oczekują?

 

Szczerze mówiąc, nie jestem po prostu obojętny. Totalna niezdolność współczesnego ateizmu do wyciągania wniosków jest społeczną i duchową katastrofą. Coś olśniewającego i niezastępowalnego odeszło z naszej kultury ? jakaś ogromna moralna i intelektualna zdolność, która kiedyś inspirowała bardziej heroiczne akty zarówno wiary, jak  i niewiary.

 

Sceptycyzm i ateizm są, przynajmniej w swoich najlepszych przejawach, pełnymi godności, wartościowymi, a nawet koniecznymi tradycjami i nawet najbardziej żarliwi wierzący powinni przyznać, że są one często powodowane moralnym sprzeciwem wobec zła i cierpienia, zepsucia religijnych doktryn, suchych dogmatyzmów i bezmyślnych fideizmów, światowej potęgi wykorzystywanej w imię nadprzyrodzonych dóbr. W najlepszych przejawach niewiary jest coś z moralnej wielkości proroków ? głęboki i godny podziwu sprzeciw wobec podstępnych form idolatrii, które zniewalają umysły i usprawiedliwiają nasze najgorsze okrucieństwa.

 

Prawdziwy sceptyk jest również kimś, kto rozumie, że droga krytycznej podejrzliwości jest czymś innym niż łatwe porzucenie jednej wizji absolutnej prawdy i jej zamiana na inną ? powiedzmy, fundamentalistycznego chrześcijaństwa na fundamentalistyczny materializm albo coś mgliście i niewłaściwie nazywanego humanizmem.

 

Hume, na przykład, nigdy nie zamienił jednego dogmatyzmu na inny ani jednej łatwej pewności na inną. Rozumiał, jak radykalne są konsekwencje sceptycyzmu, który promował, i jak godzą one w podstawy nie tylko bezmyślnej wiary, ale i dumnej racjonalności.

 

Prawdziwie głęboki ateista to taki, który zmierzył się z próbą zrozumienia odrzucanych poglądów w ich najbardziej wyrafinowanej formie i zrozumienia konsekwencji, jakie wypływają z tego odrzucenia. Wśród Nowych Ateistów nie ma ani jednego, o którym można by to powiedzieć, i cały ruch musi jeszcze wciąż podejmować próby stworzenia choć jednej książki lub eseju, które byłyby czymś więcej niż tylko niesmacznie doktrynalną i zdumiewającą ignorancją diatrybą.

 

Jeśli ten osąd wydaje się komuś zbyt szorstki, mogę tylko powiedzieć, że doszedłem do niego na drodze szczerych poszukiwań. Podczas przygotowywania książki, którą opublikowałem w zeszłym roku (…- przypis redakcji[a1] [MP2] ), zapoznałem się nie tylko z ostatnio wydanymi bestsellerami Nowych Ateistów, ale również z całą kolekcją innych tego typu tekstów. Zrobiłem to, jak mi się wydaje, bez uprzedzeń. Nieważne, jak cierpliwie czytałem, niezależnie od iście Herkulesowych wysiłków na rzecz wzbudzenia w sobie sympatii, po prostu nie mogłem znaleźć wielu intelektualnie poważnych argumentów i ostatecznie doszedłem do wniosku, że ich autorzy nie interesowali się zbytnio ich konstruowaniem.

 

Tym, co wyniosłem z tego doświadczenia, było całkiem dobre poznanie spektrum i ambicji projektu Nowych Ateistów. Uświadomiłem sobie, że całe to przedsięwzięcie, jeśli oczyścić je z przeważającego stopu nabożnego napuszenia, da się sprowadzić do garści argumentów, z których większość zawiera błędy kategorialne lub historyczne uproszczenia ? albo łatwe do obalenia, albo nieistotnie. Argumenty tego typu można bez trudu odeprzeć, jeśli ktoś jest na tyle wytrwały, żeby wypunktować wszystkie oczywistości.

 

Jedynymi spośród proponowanych przez Nowych Ateistów punktów, co do których możliwe jest poważne intelektualne zaangażowanie, są te, w których starają się udowodnić, że wszystkie tradycyjne metafizyczne dowody na istnienie Boga zawodzą. Rzeczywiście, to powinna być ich najostrzejsza linia krytyki i byłaby, gdyby którykolwiek z nich mógłby się pochwalić godnym uwagi zrozumieniem tradycyjnych argumentów metafizycznych, jak również zdolnością do ich obalenia.

 

Jest dość ciekawe, że nawet biegli filozofowie wydają się do tego niezdolni. A to, jak mi się wydaje, rezultat zarówno lenistwa, jak i braku filozoficznego obycia. Stoicki spokój, z jakim np. Daniel Dennett stara się podejść do tych problemów jest tak anemiczny, jak jazda na żółwiu. Niewiele przejmuje się nawet tym, żeby dobrze zrozumieć ?tradycyjne teistyczne? argumenty i nieliczne odpowiedzi, na które się zdobywa, są banalnie proste do zdyskredytowania.

morningwalk

Jako zasadę Nowi Ateiści przyjmują pojęcie Boga jako jakieś ogromnej i potężnej istoty pośród innych, która jest pierwszą przyczyną wszystkich rzeczy, rozumianą wyłącznie jako mająca pierwszeństwo i będąca większą niż inne przyczyny. Znaczy to, że Nowi Ateiści zajmują się Bogiem wyznawanym przez siedemnasto- i osiemnastowiecznych deistów.

 

Dawkins na przykład cytuje z przyzwoleniem krytykę starego wiejskiego ateisty, o tym, że wszechwiedza i wszechmoc są niemożliwe do pogodzenia, ponieważ Bóg, który nieomylnie przewidziałby przyszłość, nie mógłby jej zmienić ? jak gdyby chrześcijanie, żydzi, muzułmanie, hindusi, sikhowie itd. rozumieli Boga wyłącznie jako czasową istotę o nieskończonym trwaniu, która zna rzeczy w taki sam sposób jak my, jako przedmioty zewnętrznego poznania zapośredniczonego przez czas i przestrzeń.

 

Tak więc ulubiony argument Nowych Ateistów okazuje się tylko jeszcze jedną z wersji starego argumentu z nieskończonego regresu: jeśli próbujesz wyjaśnić istnienie świata przez potwierdzenie, że został stworzony przez Boga, niczego nie rozwiązałeś, ponieważ wtedy musisz powiedzieć, skąd wziął się Bóg i tak dalej w nieskończoność.

 

Tego typu atak ma bez wątpienia długą tradycję. John Stuart Mill nauczył się go, siedząc u ojca na kolanach. Bertrand Russell uważał go za więcej niż wystarczający, żeby załatwić sprawę Boga raz na zawsze. Dennett uważa go za nierozwiązywalny dzisiaj tak samo jak wtedy, kiedy Hume po raz pierwszy go postawił ? jednakże, jako zdeklarowany wielbiciel Hume?a, mógłby zauważyć, że Hume otwarcie uważa go za wspaniały argument przeciw Bogu deistów, a nie przeciwko Bogu tradycyjnej metafizyki. Prawdę mówiąc, trudno o słabszy argument. Używanie kiepskiej analogii jest jak przyznanie, że uważa się światło za przyczynę oświetlenia, ponieważ wtedy należałoby wskazać co oświetla światło i tak dalej ad infinitum.

 

Najszacowniejsze metafizyczne twierdzenia dotyczące Boga nie ograniczają się do przesunięcia pierwszeństwa jednej rzeczy (szklanka czy wszechświat) na drugą, która akurat jest większa albo pojawiła się wcześniej (jakiś cichy, ogromny pan, który istniał przed szklankami i wszechświatem). Tego typu twierdzenia za punkt wyjścia biorą prostą obserwację, że nic przygodnego, złożonego, skończonego, czasowego i zmiennego nie może odpowiadać za swoje istnienie i nawet nieskończona seria tego typu rzeczy nie może być źródłem albo fundamentem własnego istnienia, ale musi być zależna od jakiegoś źródła aktualizacji ponad sobą.

 

Stąd, abstrahując od powszechnych warunków przygodności, można (a może nawet trzeba) wyciągnąć wniosek, że wszystkie rzeczy są podtrzymywane w istnieniu przez absolutną pełnię aktualności, której istotą jest istnienie jako takie: nie jakaś najwyższa istota ani inna rzecz pośród innych elementów kosmosu, ale nieskończony akt istnienia, wieczne i transcendentne źródło wszelkiego istnienia i wiedzy, w którym uczestniczą wszystkie skończone byty.

 

Nie jest istotne, czy ktoś jest całkowicie przekonany przez takie rozumowanie. Nawet najbardziej zagorzali zwolennicy muszą przyznać, że jest to prawie wyłącznie negatywne wnioskowanie, które podpada pod bliską Sherlockowi Holmesowi maksymę: ?jeśli wyeliminowałeś wszystko, co niemożliwe, cokolwiek pozostanie, chociaż nieprawdopodobne, musi być prawdziwe?. Z pewnością nie mówimy tu o niczym, czym Bóg jest.

Ale tego typu rozumowanie nie jest z pewnością podatne na zarzut z regresu w nieskończoność. Nie każdy, kto stwierdza, że przygodna rzeczywistość musi zależeć od rzeczywistości absolutnej, uważa za konieczne dociekanie, od czego zależny jest absolut, albo wnikanie w ciąg uczestwnictwa skończonych bytów w nieskończonym w poszukiwaniu przyczyny istnienia rzeczy. [a3]

 

Potrzeba innych argumentów i Hume o tym wiedział. Tylko całkowite niezrozumienie najbardziej fundamentalnych terminów dyskursu mogło doprowadzić do dziwnego odwrócenia logiki, przez które argument z regresu w nieskończoność ? tradycyjnie i słusznie uważanego za najmocniejszy zarzut wobec czystego materializmu ? jest teraz traktowany jako niepodważalny argument przeciw wierze w Boga.

 

U podstaw specjalnej wersji argumentu z regresu w nieskończoność, którą przyjmuje Dawkins ? z którą obnosi się z niemalże matczyną zawziętością ? leży jednak coś więcej niż zwykłe nieporozumienie. Każda istota, jak przyznaje, która byłaby zdolna sprawować całkowitą kontrolę nad światem, musiałaby być niesłychanie złożoną istotą, a ponieważ wiemy, że złożone istoty muszą wyewoluować z prostszych i że prawdopodobieństwo bycia aż tak złożonym jest niemalże równe zeru, jest prawie pewne, że Bóg nie istnieje.

 

Oczywiście, dalekie jest to od nonsensu. Możemy spokojnie przyznać, że nie istnieje wszechobecna, wszechwiedząca i wszechmocna superistota, zamieszkująca fizyczny kosmos i podległa prawom ewolucji. Ale czy ktokolwiek dowodził kiedyś przeciwnej tezy?

 

Szczerze mówiąc, wielokrotnie starano się uświadomić Dawkinsowi, jakie konsekwencje pociąga za sobą przyjęcie klasycznej definicji Bożej prostoty i jak wynika ona z samej idei transcendencji oraz wyjaśnić mu, co to znaczy mówić o Bogu jako o transcendentnej pełni aktywności i jak to różni się jakościowo od mówienia o policzalnych stopniach złożonej całości.

 

Ale wszystko wskazuje na to, że Dawkins nigdy tego nie zrozumiał i, jak ma to w zwyczaju, pogardliwie odrzucił jako bezsensowne pojęcia, których znaczenia mu się wymykają. Szczerze mówiąc, po przejrzeniu jego dorobku, nierozsądne byłoby założenie, że Dawkins kiedykolwiek nauczył się, jak doprowadzić swoje rozumowanie do końca za pomocą zwykłego sylogizmu.

 

Jednakże, aby docenić prawdziwego ducha Nowego Ateizmu i właściwie ocenić jego intelektualną głębię, trzeba się zwrócić do Christophera Hitchensa. Bez wątpienia jest najbardziej krzykliwym wykwitem lekkomyślności Nowego Ateizmu, jak również (nieprzypadkowo) najzabawniejszym, ale uważam to za dowód, że w najmniejszym stopniu ze wszystkich ulega samooszukiwaniu.

 

Jego ?God is not great? nie pozostawia najmniejszego cienia wątpliwości, że kiedykolwiek zamierzał stworzyć cokolwiek innego niż tylko luźną parodię bez pretensji do logicznego porządku ani naukowego rygoru. Jego sporadyczne uciekanie się do filozoficznych argumentów świadczy o tym, że nie tylko wypływa na nieznane sobie wody, ale najzwyczajniej nie jest nimi specjalnie zainteresowany.

 

Jego okazjonalne nawiązania do Hume?a i Kanta dowodzą, że żadnego z nich nie czytał zbyt uważnie. Najwyraźniej wierzy, że Nietzsche, ogłaszając śmierć Boga, miał zamiar dosłownie stwierdzić, że najwyższa istota zwana Bogiem spotkała swój koniec. Tytuł jednego z rozdziałów jego książki brzmi ?Metafizyczne postulaty religii są fałszywe?, ale nigdzie w tym rozdziale Hitchens nie wspomina, jakie są to postulaty ani jakie są ich wady.

 

Co więcej, w warstwie czysto historycznej i tekstowej książka Hitchensa jest tak nieprzeciętnie naszpikowana błędami, że nawet nie chce się ich liczyć. Wydobądźmy kilka na powierzchnię: mówi o etosie Dietricha Bonhoeffera jako o ?godnym podziwu, ale mętnym humanizmie?, co mniej więcej równa się stwierdzeniu, że Ghandi był apostołem bezlitosnego podboju i wyzysku słabszych.

 

Miesza fakty z pierwszej i czwartej wyprawy krzyżowej. Przytacza jako fakt dawno obalony mit o tym, że chrześcijanie zniszczyli dzieła Arystotelesa i Lukrecjusza albo że systematycznie palili księgi pogańskiej starożytności, co rzecz jasna jest dokładnym zaprzeczeniem rzeczywistości. Mówi o tradycyjnej wrogości ?religii? (cokolwiek by to miało znaczyć) wobec medycyny, mimo iż współczesne szpitale biorą swój początek z monastycyzmu i zaangażowania chrześcijańskich misji w badania medyczne i opiekę nad chorymi, począwszy od IV w. aż po czasy współczesne.

 

Powiada, że niezliczona liczba osób padła ofiarą sporów wczesnego Kościoła wokół uznania, które ewangelie są prawowierne (de facto nikt z tego powodu nie zginął). Twierdzi, że Myles Coverdale i John Wycliffe zostali spaleni żywcem na stosie, mimo iż obaj umarli z przyczyn naturalnych. Zdaje sobie sprawę, że ostatnie dwanaście wersów szesnastego rozdziału Ewangelii według św. Marka to późniejszy dodatek, ale wyobraża sobie, że znaczy to tyle, że cały opis zmartwychwstania również. Informuje nas, że wiadomo powszechnie, iż Augustyn jest autorem mitu Wędrującego Żyda, mimo iż św. Augustyn umarł osiem stuleci przed tym, jak ta legenda ujrzała światło dzienne. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej?

 

Ostatecznie moglibyśmy przymknąć oko na te nieścisłości, gdyby książka Hitchensa prezentowała cokolwiek z grubsza przypominającego argument racjonalny. Przecież to nie lada przedsięwzięcie spojrzeć z pogardą na historię religii, nawet jeśli Hitchens ekstrawagancko myli prawie wszystkie fakty.

 

Żeby jednak być absolutnie uczciwym, muszę przyznać, że nie wiem, co jest głównym argumentem Hitchensa. Nie jest nawet jasne, co rozumie on pod pojęciem ?religia?. Na przykład opowiada się przeciw obrzezaniu kobiet, co należy pochwalić, ale ? niechże mi ktoś to wytłumaczy ? co to ma wspólnego z religią? Obrzezanie kobiet jest praktyką rozpowszechnioną w kulturze Afryki Subsaharyjskiej, ale nie wiąże się z jakimś konkretnym credo. Co jeszcze dziwniejsze, oburza się na wierność młodych hindusek maltretowanych, a nawet mordowanych z powodu niewystarczających posagów. Oczywiście, wszyscy dzielimy jego oburzenie, ale o co mu właściwie w tym wszystkim chodzi?

sundayride

Stwierdzam, że argumentacja Hitchensa przeciw wierze składa się w większości z serii anegdotycznych entymematów ? to znaczy sylogizmów, w których jedna z przesłanek jest pominięta. Niestety, w większości przypadków brakuje przesłanki większej, więc trudno dociec, co łączy mniejszą przesłankę z wnioskiem. Wystarczy jedynie spróbować zapisać niektóre z jego argumentów w postaci klasycznego sylogizmu, żeby wykazać trudność:

 

Przesłanka większa: [Pominięta]

Przesłanka mniejsza: Evelyn Waugh zawsze był swego rodzaju łajdakiem, a jego katolicki szowinizm jeszcze to pogarszał.

Wniosek: Religia jest zła.

 

Przesłanka większa: [Pominięta]

Przesłanka mniejsza: Jest wielu złych buddystów.

Wniosek: Wszystkie wierzenia religijne są fałszywe.

 

Przesłanka większa: [Pominięta]

Przesłanka mniejsza: Timothy Dwight sprzeciwiał się szczepieniom przeciw ospie.

Wniosek: Nie ma Boga.

 

Wyobrażam sobie, że można by odpowiedzieć serią przeciwnych entymematów. Może:

 

Przesłanka większa: [Pominięta]

Przesłanka mniejsza: Starożytni chrześcijanie budowali szpitale.

Wniosek: Religia jest dobra.

 

Przesłanka większa: [Pominięta]

Przesłanka mniejsza: Średniowieczne skryptoria uchroniły znaczną część literatury starożytnej przed zniknięciem.

Wniosek: Wszystkie wierzenia są prawdziwe.

 

Przesłanka większa: [Pominięta]

Przesłanka mniejsza: George Bernard Shaw sprzeciwiał się szczepieniom przeciw ospie.

Wniosek: Bóg istnieje.

 

Ale to raczej zaprowadzi nas donikąd. I ostatecznie wątpię, czy ma jakiekolwiek znaczenie.

Wydaje mi się, że jedynym naprawdę skutecznym antidotum na znużenie czytaniem Nowych Ateistów jest relektura Nietzschego. W porównaniu z nimi, siła jego protestu przeciwko chrześcijaństwu wydaje się o wiele bardziej bezpośrednia i niepokojąca, nawet ponad sto lat po jego śmierci.

 

Być może jego intelektualna odwaga ? gotowość wyjścia naprzeciw konsekwencjom odrzucenia chrześcijańskiej opowieści o prawdzie i transcendentnym dobru bez stosowania uników ani odwrotu ? jest wielkim wymaganiem stawianym innym myślicielom, ale sprawia, że w porównaniu z nim chic[a4]  dzisiejszego ateizmu wydaje się zwykłym tchórzostwem.

 

Przede wszystkim,Nietzsche rozumiał, jak wielkie konsekwencje miały narodziny chrześcijaństwa i jak wielkie przyniesie jego upadek. Był na tyle inteligentny, żeby nie koncentrować się na miło brzmiących moralnych pewnikach, do których nie miał żadnego prawa. Tak jak rewolucja chrześcijańska stworzyła nową wrażliwość, odwracając wiele z najwyższych wartości z pogańskiej przeszłości, tak samo upadek chrześcijaństwa, jak Nietzsche wiedział, wskazuje na inny, być może równie katastrofalny zwrot w moralnej i kulturalnej świadomości.

 

Jego słynna opowiastka w Wiedzy radosnej o szaleńcu, który ogłasza śmierć Boga, nie jest hymnem ateistycznego triumfalizmu. Szaleniec rozpacza nad zwykłymi ateistami ? tymi, którzy po prostu nie wierzą ? i do nich adresuje swoją wieść. W stanie ich moralnego zadowolenia, ich spokoju sumienia widzi najczystszej postaci głupotę. Nie obawiają się śmierci Boga, ponieważ nie zdają sobie sprawy, że ten heroiczny i szalony akt odrzucenia wymazał horyzont, rozdarł niebiosa, pozostawił nas tylko z niepewnymi zasobami naszej woli, za pomocą których mamy walczyć z nieskończoną bezsensownością, która odtąd zagraża światu.

 

Ponieważ rozumiał, co się stało, kiedy chrześcijaństwo weszło w historię, ogłaszając śmierć Boga na krzyżu i wyniesienie żydowskiego wieśniaka ponad panteon innych bóstw, Nietzsche rozumiał również, że odejście chrześcijańskiej wiary nie pozwala na powrót do pogańskiej naiwności i wiedział, że potężne przewrócenie wartości ukształtowało w nas sumienie, którego poprzedni porządek nie był w stanie rozwinąć. Zrozumiał również, że śmierć Boga ponad nami jest również śmiercią człowieka jako takiego w nas samych.

 

Gdybyśmy byli wyłącznie przypadkowym efektem działania sił fizycznych, wolna wola byłaby nieograniczona niczym poza sobą samą, a kto potrafi wyobrazić sobie, jaki świat wyrósłby z takiej bezprecedensowej i przerażającej wizji?

hike

Zatem dla Nietzschego przyszłość waży się pomiędzy dwiema możliwymi drogami: ostatecznym nihilizmem, który nie rości sobie prawa do niczego ponad chwilowe pociechy na drodze materialnego zaspokojenia, albo jakimś osiągnięciem kreatywnej woli, zainspirowanej przez nowy i światowy mit, na tyle silnym, żeby zdyskredytować stary mit chrześcijańskiej rewolucji (dla niego, rzecz jasna, jest to mit Übermensch).

 

Może tak, a może nie. Nietzsche prawie na pewno miał rację, mówiąc, że wyłącznie formalny ateizm nie jest równoznaczny z prawdziwą niewiarą. Jak pisze w Wiedzy radosnej: ?Kiedy umarł Budda, ludzie przez kolejne wieki pokazywali jego cień w jaskini, ogromy i przerażający cień. Bóg umarł: ale ponieważ rodzaj ludzki jest tak skonstruowany, pewnie będą jaskinie, w których przez tysiąclecia ludzie będą pokazywać Jego cień. A my ? my musimy pokonać ten cień!?.

 

Mogłoby się wydawać, że Nietzsche odnosi się tutaj do ?ludzi wiary? ? tych biednych dusz, które pielęgnują swój spokój, owczy pęd w kierunku kościoła w każdą niedzielę, aby czcić Boga, który umarł ? ale nie o to mu chodzi.

 

Odnosi się przede wszystkim do tych, którym się wydaje, że pozbyli się Boga, po prostu przestając wierzyć w Jego istnienie. Dla Nietzschego scjentyzm ? wiara, że nowoczesna metoda naukowa jest jedyną drogą do poznania prawdy, zdolną również zapewnić moralną prawdę i moralny sens ? jest najgorszym z możliwych dogmatyzmów i najbardziej patetyczną spośród metafizycznych tęsknot.

 

Jego zdaniem, jest to tego typu postawa jaką prezentują właśnie tacy ludzie jak Nowi Ateiści, trzymając się ulotnych śladów chrześcijańskiej moralności, którą absurdalnie nazwali humanizmem, która każe im chować się w jaskiniach i czcić cienie. Ponieważ nie rozumieją przeszłości ani natury duchowej rewolucji, która była ich udziałem, a teraz zniknęła z zachodniego społeczeństwa, nie są w stanie zrozumieć zagrożeń przyszłości.

 

Gdybym miał wybrać spośród Nowych Ateistów jedną osobę, która prezentuje tę duchową przepaść, oddzielającą niewiarę Nietzschego od ich własnej, wybrałbym filozofa i eseistę A.C. Graylinga. Przez krótki czas żywiłem nieopatrznie nadzieję, że może on stworzyć ateistyczny manifest nieco bogatszy od tych, które prezentują inni. Niestety, wszystkie jego wysiłki w tym kierunku są obarczone tymi samymi defektami, jak te prezentowane przez jego kolegów: historyczne błędy, moralizm, płytka sofistyka.

 

Jednak ich wielką zaletą jest to, że są miłosiernie krótkie. Zwłaszcza jeden z jego esejów, Religia i rozum, może być przeczytany w ciągu zaledwie kilku minut i zapewnia prawie doskonale wydestylowany projekt Nowego Ateisty.

 

Esej jest nawet, przynajmniej chwilowo, interesujący. Pomiędzy różne argumenty (które są raczej słabe) jest tam wciśnięte coś, co przypomina przekonujący punkt. Wśród argumentów na rzecz chrześcijaństwa, jakie apologeta może wysunąć, jak twierdzi Grayling, może znaleźć się argument czysto estetyczno-kulturalny: gdyby nie chrześcijaństwo z jego renesansową wersją sztuki ? ?Zwiastowaniami? i ?Madonnami? ? czy nie bylibyśmy wiele ubożsi?

 

Ale, zdaniem Graylinga, nie: moglibyśmy skorzystać z większej liczby płócien poświęconych uroczym mitologicznym scenom ze starożytności i tylko makabryczna wrażliwość nie dostrzeże, że ?Afrodyta wynurzająca się z morskiej piany jest nieskończenie bardziej uatrakcyjniającym życie obrazem niż Zdjęcie z Krzyża?. Tutaj Grayling niemalże osiąga moment nietzscheańskiej moralnej jasności.

 

Pomijając tę ołowianą i prawie idealnie plastyczną frazę ?uatrakcyjniającym życie?, ja również, muszę przyznać, wolę oglądać kobiece piękno niż pocięte ciało zamordowanego mężczyzny. Pytanie o to, czy Graylinga można oskarżyć o niedostatek zmysłu tragicznego, odłóżmy na inną okazję.

 

Ale być może postąpiłby właściwie, wybierając takie porównanie, gdyby przyjrzał się samej tylko niezwykłości i znaczeniu historycznych i kulturowych przemian, które umożliwiły przede wszystkim to, że śmierć zwykłego człowieka z rąk wybranej zgodnie z prawem władzy stała się przyciągającym uwagę centrum moralnej i estetycznej kontemplacji dla całej cywilizacji ? i że śmierci wszystkich zwykłych kobiet i mężczyzn nabrały takiego znaczenia, że nie byłoby możliwe uzgodnienie tego ze starym porządkiem.

 

W tym miejscu, poprzez zwykłe przeciwstawienie, ukazane z pełnym elegancji niezrozumieniem, narodzonej z morza bogini i ukrzyżowanego Boga (który jest ukrzyżowanym człowiekiem), można w skrócie zobaczyć zagadkę chrześcijańskiego wydarzenia, które Nietzsche w odróżnieniu od Graylinga zrozumiał: nagły błysk, który pojawił się na bezchmurnym niebie pogańskiej starożytności, długa rewolucja, która odwróciła hierarchię na niebie i ziemi.

 

Oczywiście nie trzeba w to wierzyć ? ani w chrześcijańską opowieść,  jego moralne twierdzenia, metafizyczne systemy itd. Ale każdy, kto chce ubolewać nad tym wydarzeniem, powinien również chcieć wpierw zobaczyć obraz Boga-człowieka zniszczonego u stóp krzyża, takiego, jaki jest, z całą tajemnicą jego historycznej złożoności, duchowego patosu, moralnej nowości ? tę czułą agonię duszy, która znajduje chwałę Boga w najbardziej skrajnych i przegranych ludzkich formach. Tylko w chwili, kiedy się to pojmie, decyzja o odejściu może mieć jakiekolwiek znaczenie.

Artykuł jest w numerze:



Dziedziniec pogan

Zobacz numer »

KUP NUMER

Spis Treści

Dodatek teofila

    Philospohia viva teofila

      Spory, dyskusje, polemiki teofila

        Rozmowa teofila

        • Głosiciel ukrytego Boga
          ks. Tomáš Halík

        Ankieta teofila

        • Moda na ateizm
          David B. Hart
        • Bóg, którego nie znam
          Agnieszka Kołakowska
        • Tęsknota za sensem
          Krzysztof Dorosz
        • Nie boję się ateistów
          Maciej Zięba OP
        • Restauracja Agape
          Alain de Botton

        Artykuły teofila

        • Dialektyka sekularyzacji (Przedmowa)
          Florian Schuller
        • Przedpolityczne podstawy demokratycznego państwa prawa?
          Jürgen Habermas
        • Spoiwo świata
          Benedykt XVI (Joseph Ratzinger)
        • Zbyteczny Bóg
          Richard Dawkins, George V. Coyne SJ
        • Czy istnieje postęp w kulturze?
          Jan Andrzej Kłoczowski OP
        • „Nic, co by miało znaczenie”
          Antoni Libera
        • Czy nie-wierzący może wierzyć? Koncepcja „ateizmu zasmuconego” Tomasa Halika
          Szymon Popławski OP

        Horyzonty teofila

        • Bóg a Boeing 747
          Jacek Wojtysiak

        Dominikalia teofila

        • Pomysłowość św. Dominika
          Tomasz Mochoń OP

        Wykład teofila

        • Nauki empiryczne, język i Bóg życia
          Michael Dodds OP

        Poezja teofila

          inne