Nikomu miejsca nie zabraknie


ks. Andrzej Czaja

K

sięże Profesorze rozpoczynając naszą rozmowę, sovaldi sale postawmy sobie pytanie bardzo podstawowe: czym jest Kościół?

Niewątpliwie jest rzeczywistością bardzo złożoną, tadalafil jak mówi Sobór: una realitas complexa. Rzeczywistością złożoną z pierwiastka Boskiego i ludzkiego, pharm a więc z tego, co grzeszne i święte, z tego, co instytucjonalne i charyzmatyczne, z tego, co widzialne i niewidzialne. Równocześnie można na tę rzeczywistość spojrzeć z innej strony, jak powiedzieli Ojcowie Soboru w dziewiątym numerze Lumen Gentium: Kościół to zgromadzenie ludzi, którzy z wiarą spoglądają na Jezusa Chrystusa. Sobór odszedł od definiowania Kościoła, niemniej przypomniał pewne definicje. Są one wplecione w tekst. Wyróżnić można definicję trynitarną św. Cypriana z Kartaginy, mówiącą, że Kościół to lud zjednoczony jednością Ojca, Syna i Ducha Świętego (4 numer Lumen Gentium). Występuje też tzw. definicja teandryczna, inaczej inkarnacyjna, Johanna Adama Möhlera. Jest to właściwie korekta tej definicji, gdyż Möhler mówi, że Kościół jest kontynuacją Wcielenia, dalej żyjącym Chrystusem. Natomiast Sobór zaznacza, iż nie można mówić o kontynuacji Wcielenia, lecz o analogii między Wcieleniem i Kościołem. Teandryczność Bytu Chrystusowego i Kościoła (Boskie i ludzkie w Nim) jest podstawą mówienia o tej analogii. Jest też przypomniana, w ramach mówienia o kręgach przynależności do Kościoła, i sformułowana w dobie kontrreformacji przez Roberta Belarmina, definicja potrójnego węzła: wiary, sakramentów i zwierzchnictwa. Wynika z niej, że Kościół to zgromadzenie ludzi, którzy wyznają tę samą wiarę, przyjmują te same sakramenty i uznają zwierzchnictwo biskupa Rzymu. Tak więc Sobór przypomniał definicje. Świadomy jednak tego, że nie da się wyrazić tajemnicy Kościoła jednym tchem (jak mówił arcybiskup Nossol: monosylabowo), zdecydował się na określenie go w sposób znaleziony w Biblii, poprzez interpretację wielości obrazów i metafor. Ks. prof. Szymik sposób ten nazwał zasadą wielokrotnego ?i?, ponieważ okazuje się, że Kościół to: Ciało Chrystusa i Lud Boży, i Sakrament Zbawienia, i Owczarnia, i Trzoda, i Rola uprawna. i Oblubienica Chrystusa, zalążek i zaczątek Królestwa Bożego, i…

I określenia Kościoła można mnożyć, mnożyć i mnożyć…

Lepiej powiedzieć: określenia te trzeba ujmować komplementarnie. Akcentowanie tylko wybranej metafory, jednej lub nawet kilku, zubaża, a może nawet zafałszować wykładnię złożonej rzeczywistości Kościoła.

Kościół miał swój początek, lecz wskazanie punktu, od którego możemy mówić o Kościele, wydaje się problematyczne. Czy początkiem Kościoła było zesłanie Ducha Świętego? Czy może było to ustanowienie Eucharystii, a może powołanie uczniów? Wiemy też przecież, że Kościół był zapowiedziany już w Starym Testamencie. Może więc o czasach starotestamentalnych również możemy już mówić jako o Kościele?

Eklezjologia Soboru zdecydowanie odchodzi od punktowego ujęcia genezy Kościoła, oczywiście bez rezygnacji z podstawowego twierdzenia, że Chrystus jest jego Założycielem. Równocześnie wskazuje się na Ducha Świętego jako współtwórcę Kościoła. Nie ma już więc chrystomonizmu. Rozwija się wyraźnie trynitarną interpretację genezy Kościoła. Mówiąc bardzo po ludzku i w wielkim cudzysłowie: wszystkie trzy Osoby Boże ?maczały palce? w zaistnieniu Kościoła. Podkreśla się także wydarzeniowy charakter jego genezy, tzn. jeżeli mówi się o Chrystusie jako Założycielu Kościoła, trzeba widzieć całe wydarzenie Chrystusa, a nie tylko jakiś szczególny akt z Jego życia. Owszem, Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina wyraźnie sześć tzw. aktów fundacyjnych Kościoła, czyli wydarzeń z życia Chrystusa, które mają wymiar eklezjotwórczy. Są nimi: Wcielenie, głoszenie Ewangelii, wybór i ustanowienie Dwunastu, Ostatnia Wieczerza, Misterium Paschalne i zesłanie Ducha Świętego. Ale nie znaczy to wcale, że całą genezę sprowadza się do tych sześciu wydarzeń. Po pierwsze, całe wydarzenie Chrystusa jest u podstaw genezy, a po drugie, genezę Kościoła wpisuje się w ekonomię Zbawienia. Sobór nie rozpoczyna nauki o genezie Kościoła od Jerozolimy i Galilei, lecz wskazuje na odwieczny zamysł Boga, powraca więc do myśli wczesnopatrystycznej. Ojcowie Kościoła ? między innymi Hermas w Pasterzu ? mówili, że Bóg dokonał dzieła stworzenia ze względu na Kościół, czyli to Kościół był pierwszy w Bożym zamyśle. Bóg posiadł ideę Kościoła już u początku stworzenia świata. Ładnie wyraził to Klemens Aleksandryjski: o ile czynem Boga ? parafrazuję teraz jego słowa ? jest świat, o tyle intencją Boga jest Kościół. Bóg z myślą o Kościele stworzył człowieka. Dlatego wyodrębnia się, nie rozdzielając, lecz ujmując komplementarnie, tzw. teologiczną genezę Kościoła i historyczną genezę Kościoła.

Na czym one polegają?

Teologiczna geneza Kościoła obejmuje wspomniany praetap, preegzystencję Kościoła w Bożym zamyśle. Dodam tylko, że preegzystencja Kościoła ma to do siebie, że nie może być do końca zestawiana z preegzystencją Chrystusa, bo preegzystencja Chrystusa była bytowa, a preegzystencja Kościoła jest myślna. Kościół nie istniał w Bogu, lecz zamysł Kościoła zaistniał w Bogu. Poza tym preegzystencja Kościoła nie jest taka, jak w przypadku Chrystusa, nie jest zrodzeniem od wieków. Kiedy zatem nastąpiła? Tego też nie wiemy, ale zakładamy, że był pewien akt, pewien punkt, gdy zaistniała ta myśl w Bogu. Następnie mówi się o tzw. Kościele stworzenia, czyli wskazuje się na to, że u samego początku zostały stworzone proeklezjalne struktury w ludzkim bycie. Człowiek tak został stworzony, że jest głodny Boga i drugiego człowieka.

Więc jest głodny Kościoła…

Tak, jak najbardziej ? głodny Kościoła. W stworzeniu widzi się pierwszy etap przygotowania Kościoła przez Boga Ojca. Potrzebujemy więc Boga i drugiego człowieka, żeby być na drodze spełniania się i realizacji. Niestety, wszystko prysnęło wraz z chwilą, w której Adam i Ewa dali się zwieść. Był to moment, kiedy nastąpił pewien chaos w Bożej ekonomii. Reakcją na ten chaos było podjęcie dalszych kroków przygotowywania Kościoła. Mówimy tu o Kościele przed Prawem. Jest to etap gromadzenia rozproszonego ludu, gdyż Adam i Ewa odwrócili się od Boga, odeszli, rozproszyli się. Jakże jest to dalekie od tego, co dziś mówimy, iż Kościół to zgromadzenie tych, którzy z wiarą spoglądają na Chrystusa. Właśnie Adam i Ewa nie spoglądali na Boga. Dlatego Bóg zrobił wszystko, by rodzaj ludzki przyprowadzić na powrót do siebie. Najpierw otwiera im oczy na siebie poprzez pobudzanie ich umysłów i woli oraz poprzez objawianie się w kosmosie. Potem następuje etap bezpośredniego przygotowania, w którym występują dwie fazy: najpierw Bóg zawiera przymierze z Abrahamem, wokół którego gromadzi się lud, następnie lud wraz z Mojżeszem zawiera przymierze pod Synajem. W końcu nadchodzi etap zawarcia przymierza nowego i wiecznego ? przymierza na Kalwarii, i można powiedzieć, że w tym momencie Kościół zaistniał historycznie. Tak więc wówczas na genezę teologiczną nałożyła się geneza historyczna, czyli zaistnienie Kościoła w ramach wydarzenia Jezusa Chrystusa. W owej historycznej genezie także wskazuje się pewne etapy. Wielu teologów zaznacza, że we Wcieleniu Bożego Syna, w samym akcie Wcielenia, możemy widzieć pewien rodzaj poczęcia Kościoła. Ten prenatalny okres życia Kościoła to wspólnota uczniów przed Paschą Chrystusa. Pascha Chrystusa to z kolei narodziny Kościoła, natomiast objawieniem Kościoła jest Pięćdziesiątnica. Tak więc mamy daleko idącą analogię do Narodzenia i Objawienia Pańskiego w Betlejem. Najpierw Kościół narodził się z przebitego boku Chrystusa, potem objawił się w dniu Pięćdziesiątnicy. Mówiąc, że Założycielem Kościoła jest Jezus Chrystus, a Współtwórcą Duch Święty, nie twierdzimy wcale, że człowiek nie ma żadnego udziału w owym zaistnieniu Kościoła. Historyczna geneza zakłada współpracę człowieka z Bogiem, a zasadniczym wkładem człowieka jest akt wiary. Owszem, akt ten jest pobudzony przez Bożego Ducha, lecz aby człowiek trwał w tym akcie wiary, musi wnieść swój własny wysiłek. Ten wysiłek wiary to zasadniczy wkład Apostołów w powstawanie Kościoła. Ta współpraca z Bożą łaską leży u podstaw ustanowienia kanonu ksiąg, rytów, liturgii, ustalenia liczby siedmiu sakramentów, a także struktur kościelnych. Natomiast dzisiaj żyjemy na etapie Kościoła, który zmierza do ostatecznego spełnienia w Niebieskim Jeruzalem. Wspomnieć więc trzeba o roli Ducha Świętego. Pierwszym, który nie bał się tego powiedzieć, był Ives Congar, który nazwał Ducha Świętego współtwórcą Kościoła. Dziś mówi się przede wszystkim o tym, że Duch Święty jest Ożywicielem. Nieustannie i na różne sposoby daje On życie Kościołowi: budzi akt wiary, karmi Bożą łaską i prawdą, przez Niego kształtuje się communio sanctorum, czyli wspólnota mająca udział w Życiu Bożym. On także obdarowuje charyzmatami, Boskimi cnotami, i dzięki nim Kościół się rozrasta. Współcześni teologowie mówią, że Duch Święty jest u początku tzw. eklezjogenezy permanentnej.

n27_i1

Czym jest zatem eklezjogeneza permanentna, nieustanne ? jak rozumiemy ? powstawanie Kościoła?

Ciągła geneza Kościoła to przyjmowanie kolejnych sakramentów, zwłaszcza chrztu i dalszych sakramentów inicjacji chrześcijańskiej. A więc oprócz jednorazowego aktu zaistnienia Kościoła w określonym punkcie historii istnieje także permanentna, ciągła geneza, ciągłe powstawanie i urzeczywistnianie Kościoła. Można by mówić jeszcze bardzo długo o genezie Kościoła. Jest to szalenie pasjonujące.

Pomówmy jeszcze o ?młodym Kościele?. Pierwsze pokolenia wyznawców, pierwsi chrześcijanie, Apostołowie, uczniowie, byli w jakiś sposób wyjątkowi. Oni dali podwaliny pod tworzący się Kościół, byli jego fundamentem. Myśląc o nich, wyobrażamy sobie często pierwszych chrześcijan w sposób dość idealistyczny. Rodzi się więc pytanie, czym charakteryzowało się życie młodego Kościoła? Czy rzeczywiście było ono takie święte?

Można powiedzieć: i tak i nie! Z jednej strony jest w nas trochę spojrzenia zbyt idealistycznego. Występuje jednak ono także w listach Pawłowych i nawet w Dziejach Apostolskich. Znajdziemy tam piękne formuły, mówiące o tym, że Apostołowie wszystko mieli wspólne, gromadzili się na łamaniu chleba, rozdzielali między siebie dobra (Dz 2, 42).

Chciałoby się powiedzieć: zbyt piękne, by było prawdziwe…

Coś w tym jest. Myślę jednak, że słowa te były ważne ku pokrzepieniu i pobudzeniu, bo w trakcie pisania Dziejów Apostolskich zaczął już znikać entuzjazm i euforia pierwszego Kościoła. A jeśli nawet jeszcze nie minęły, to pojawiały się pierwsze problemy w życiu Kościoła. Trzeba było go pokrzepić i umocnić. Znajdziemy więc formuły lansujące pewien ideał, lecz są też świadectwa, nawet w Dziejach Apostolskich, że tu i tam nie było całkiem dobrze. Trzeba sobie przypomnieć chociażby Ananiasza i Safirę, także wystąpienia św. Pawła, m.in. jak grzmi w Koryncie: Nie wstyd Wam? Przecież wszyscy jesteście Chrystusa, a tu jeden Apollosa, jeden Pawła, jeden jeszcze nie wiadomo kogo. A więc nawet w najstarszych listach Pawłowych są ślady tego, że w Kościele od samego początku był grzech. Bo Kościół jest rzeczywistością powołaną przez Boga dla grzeszników, dla ich podźwignięcia z grzechu. Tak więc wykluczenie grzechu z Kościoła jest jakimś nieporozumieniem. Kościół z natury swej jest powołany do istnienia dla grzeszników. Lecz powróćmy do zasadniczej myśli. Wspomniany idealizm ma z drugiej strony bardzo ważne znaczenie dla naszej świadomości. Otóż dzisiaj boimy się mówić o tym, że jesteśmy wspólnotą świętych. Pierwsi chrześcijanie się nie bali. Była wśród nich świadomość grzechu, jednak nie rugowała ona świadomości, że są świętymi. Nawet jeśli ciągle grzeszymy, mamy prawo nazywać się świętymi na tyle, na ile żyjemy w zażyłości z Jezusem Chrystusem. Jeśli jesteśmy z nim w więzi, to jesteśmy święci Jego świętością. Nie trzeba się bać tego, że jestem święty. Dziś jednak dokonały się pewne przesunięcia w użyciu tego słowa. Gdy mówimy ?święty?, myślimy o świętości moralnej, czyli życiu zgodnym z normami Bożego prawa. Jednak jest to tylko forma odpowiedzi na przyjętą świętość ? świętość Bożą. Trzeba więc odróżnić świętość bytową, ontyczną, którą mamy od Boga, i świętość moralną, która jest formą przyjęcia tego, co Boże, i odpowiedzią na to, co Boże.

Czym jeszcze może nam zaimponować pierwszy Kościół?

Imponuje nam przede wszystkim męstwem w wyznawaniu wiary w Jezusa Chrystusa. Jest ono wręcz porażające. Wiemy, że opisy męczeństwa są stylizowane na męce Chrystusa Pana, ale nawet jeśli są stylizowane, to ogromna była odwaga oddania życia. Mało tego, odwaga, męstwo, ale i radość z tego powodu, że mogę oddać życie za wiarę, za Jezusa. Niezwykłe jest to świadectwo: za chwilę będę żył na wieki z Bogiem, poprzez oddanie życia ziemskiego, moją śmierć, rozpocznę zupełnie nową, wspanialszą egzystencję. Zagubiliśmy gdzieś tę perspektywę. U podstaw męstwa w wyznawaniu wiary wyczuwam jeszcze jeden bardzo ważny element. Jest nim pokój. Zagrożenie świata było wówczas ogromne, zwłaszcza gdy przyszły prześladowania. Pierwsi chrześcijanie nosili jednak w sobie niezwykły pokój, męczeństwo ich nie przerażało. I tu dochodzimy do tego, co leżało u jego podstaw. Mianowicie, wiara podmiotowa. Na początku egzystencja chrześcijańska zbudowana była na wierze podmiotowej, czyli osobistej więzi, a nie na znajomości i wyznawaniu określonych artykułów wiary. To drugie przyszło z czasem, kiedy wspólnota się rozrastała i trzeba było uregulować określone formy życia i rozwoju, i określić swoją tożsamość wobec pojawiających się herezji. Pierwszy Kościół potrafił przetrwać największe katusze i wytrwać przy Jezusie, ponieważ miał świadomość, że tak naprawdę od dnia chrztu żyję ja i już nie-ja, żyje we mnie Chrystus. Mocą tego Kościoła było doświadczenie bliskości Jezusa, doświadczenie Jezusa w sobie. Na tym opierała się podmiotowa wiara w Jezusa jako Emmanuela. Pierwsi chrześcijanie przeżywali Jezusa jako kogoś bardzo realnego, kogo mieli nie tylko na wyciągnięcie ręki, ale kogo nosili w sobie. To był Ktoś, jak to wyznał Augustyn po swoim nawróceniu, kto jest bliższy niż człowiek sam sobie, kto bardziej jest z człowiekiem niż on sam ze sobą. Odkrycie tej prawdy było dla Augustyna początkiem zupełnie nowego życia. I tę prawdę, chcąc dziś obudzić życie Kościoła, powinniśmy sobie nawzajem komunikować.

Sobór Watykański II za główny przedmiot refleksji podjął temat Kościoła. Czy nie stanowi to zarzutu wobec Soboru, że Kościół, zamiast o Bogu, zaczął mówić o sobie samym?

Gdyby ktoś poczytał niektóre komentarze do tekstów Soboru, to mógłby odnieść wrażenie, że Sobór skoncentrował się tylko na Kościele. Zazwyczaj, kiedy mówi się o eklezjologii Soboru, zaznacza się, że zasadniczym problemem, jaki Sobór podjął, była odpowiedź na pytanie: Ecclesia, quid dicis de te ipsa? ??Kościele, co mówisz o sobie samym??. Jednak w Lumen Gentium, gdzie znajduje się wykład o Kościele i chrześcijaństwie, wszystko zaczyna się od Boga, wszystko koncentruje się wokół Boga i wszystko się kończy Bogiem. Trzeba powiedzieć, że ten Sobór wcale nie jest mniej teologiczny aniżeli wszystkie wcześniejsze, poczynając od pierwszych soborów starożytności. Jest w nim wykład o dialogu Boga z człowiekiem w ciągu całej historii zbawienia. Sobór mówi o udzielaniu się Boga człowiekowi kiedyś i dzisiaj po to, by ostatecznie spełnił się zamysł Boży, ale również po to, by wypełniło się każde ludzkie życie.

Wspomnieliśmy już trochę o Soborze Watykańskim II. Temat wydaje się bardzo obszerny, więc chcielibyśmy pozostać przy nim jeszcze przez chwilę. Co wówczas zmieniło się w myśleniu o Kościele i jakie znaczenie dla Kościoła ma dzisiaj ten Sobór?

Zmieniło się bardzo wiele, zmiana nie oznacza jednak braku ciągłości. Niekiedy słyszę niepokojące mnie komentarze, które mówią, że najpierw byli Ojcowie Kościoła, potem przyszły czasy, których trzeba się wstydzić, aż wreszcie nadeszła Pięćdziesiątnica Soboru. Nie jest to do końca prawdą. Nawet na poziomie analizy myśli teologicznej, która jest zawarta w dokumentach soborowych, zwłaszcza w Lumen Gentium, widać wyraźnie, że większość tzw. świeżych myśli to kwestie, które w Kościele już znano. Teologia ponownie odkryła myśli, które istniały już w chrześcijaństwie, a które może zostały trochę zapomniane czy przeakcentowane. Niektóre kwestie już wspomniałem, chociażby podmiotowy charakter świeckich, inną wizję genezy Kościoła czy odejście od definiowania Kościoła. Warto jeszcze wskazać na to, iż zrezygnowano z postrzegania Kościoła jako societas perfecta, czyli doskonałej społeczności w świecie. Wizja ta sprawiała, że na świat patrzono pogardliwie, z wyższością. Sobór tymczasem oczyścił relacje Kościół ? świat. Nie znaczy to jednak, że wprowadzono w chrześcijaństwie coś zupełnie nowego. Przeciwnie, wydobyto to, co było u początku, ale później zostało zapomniane. Uświadomiono sobie, że świat jest Kościołowi zadany. Nie należy więc postrzegać świata jako zagrożenie, lecz jako zadanie. Otwartość na świat określono w ten sposób, że jest zadaniem, że mamy iść do świata, i że w tym świecie mamy być znakiem sprzeciwu. Tam, gdzie są treści nie do pogodzenia z Ewangelią, tam trzeba być znakiem sprzeciwu. Na Soborze zreinterpretowano wadliwą wizję Kościoła jako arki. Nie postrzega się odtąd Kościoła jako fortecy broniącej się przed światem, lecz jako łódź, która płynąc po wodach świata rozdziela zbawienie rodzajowi ludzkiemu.
n27_i2

Jakie problemy zauważa Ksiądz Profesor w dzisiejszym duszpasterstwie?

Jak już wspomniałem, brak nam świadomości, że z nami jest Bóg. Współczesny chrześcijanin, jak mawia kardynał Kasper, jest zbytnim deistą. Deista to ten, kto uważa, że Bóg kiedyś stworzył świat, ale teraz wkracza najwyżej w sytuacjach dramatycznych, jak zegarmistrz, żeby coś podreperować, podkręcić. Odnoszę wrażenie, że opis ten przekłada się zwłaszcza na styl duszpasterzowania w Kościele w Polsce. Prowadzi on do tego, że my, pasterze, mamy Pana Boga na wysokim niebie. Jeśli sytuacja jest już tragiczna, to trzeba tam zawołać, do tego wysokiego nieba, ale generalnie sami musimy się wszystkim zająć. Nawet jeśli jest w nas mocna świadomość zbawczej misji Kościoła, wydaje się nam, że to właśnie my musimy się tym zająć. Proszę zauważyć, że w tym momencie stawiamy się na poziomie, który jest poziomem Chrystusowym. Wchodzimy jakby w rolę Chrystusa. Uważam, iż jako pasterze za bardzo chcemy być lekarzami dla człowieka. Tymczasem jeden jest Lekarz, jeden Nauczyciel, jeden Pan. To jest Jezus Chrystus. Nasza rola nie polega w zasadzie na leczeniu, bo czy jesteśmy w stanie uleczyć? Powinniśmy raczej pełnić funkcję pielęgniarki, która przyprowadza do Boskiego Lekarza. Nie możemy być takimi deistami, gdyż przekłada się to na naszą posługę duszpasterską. Często jesteśmy najbardziej skoncentrowani na organizowaniu: czy to życia parafialnego, czy katechetycznego. Ciągle jesteśmy przede wszystkim organizatorami. W związku z tym, jako główny organizator, muszę być zawsze na pierwszym miejscu. Popatrzcie, boimy się wpuścić na pewne podwórka ludzi świeckich, bo wszystko zniszczą, wszystko się zawali. Właśnie, proszę zwrócić uwagę na to założenie. W takim myśleniu nie ma Chrystusa, nie ma Bożego Ducha. Dostrzegam naprawdę małe zaufanie do człowieka, małe zaufanie do wiernego. Za mało bierze się pod uwagę to, że w nim też może zadziałać Boży Duch. Zawsze mówię, że jeśli Pan Bóg przemówił przez oślicę Baalama, to dlaczego nie może przez wiernego świeckiego? W tej optyce widzimy, na czym polega bycie pasterzem. Pasterz to nie jest ten, który idzie na przedzie. Pasterz idzie z tyłu, gdyż musi zabezpieczać najsłabsze owieczki. Trzeba się więc umieć znaleźć w Kościele. Nikomu miejsca nie zabraknie. Ale znaleźć się można tylko w świetle Prawdy Chrystusowej. Nie szukajmy po swojemu.

Mówiąc o duszpasterstwie, dotykamy kwestii parafii i relacji między księżmi a wiernymi. Czy nie jest często tak, że proboszcz przygotowuje niedzielną ofertę, a przysłowiowa owieczka przychodzi i biernie kiwa główką. Wiem, że trudno o idealny model, może jednak Ksiądz Profesor spróbuje nakreślić, jak powinna funkcjonować parafia.

Na pewno nie zdołamy ?przegadać? tego zagadnienia. Zasygnalizuję jednak kilka moich spostrzeżeń. Nie jest tak, że wszędzie jest winny pasterz. Tak to może wygląda, że pasterz jest nieraz zagubiony w wizji pasterzowania. Bywa nieraz tak, że proboszcz robi wszystko, by pobudzić pewną elementarną aktywność, elementarne otwarcie i zaangażowanie wiernego. I nie może się tego doczekać. Niewątpliwie trzeba dziś w polskim Kościele budzić żywą, podmiotową wiarę i tę świadomość, że jest się Kościołem, że bycie wiernego w Kościele jest podmiotowe. Zbieramy dzisiaj gorzkie owoce tego, co, mówiąc z dużym uogólnieniem, było siane przez drugie tysiąclecie chrześcijaństwa. Mianowicie tego, że duchowny jest pneumatikos ? wypełniony Duchem, więc ma pouczać, natomiast lud wierny jest w Kościele tylko i wyłącznie przedmiotem duszpasterskiej troski. Czym zaowocowało to podejście? Tym, że z jednej strony księża są w pewien sposób nadopiekuńczy, co dusi wszelką chęć zaangażowania się wiernych. Ale jest też druga strona medalu. Skoro przez tyle wieków wierny świecki był traktowany jako przedmiot duszpasterskiej troski, to nie dziwmy się, że jest mu trudno się obudzić. Najpierw musi być otwarty na to, że jest podmiotem w Kościele, że może coś w Kościele zrobić, że jest za ten Kościół odpowiedzialny. Duchowni więc muszą bardziej się otworzyć na wiernych świeckich, a wierni muszą się bardziej poczuć odpowiedzialni za Kościół. Jest więc wiele do zrobienia na poziomie świadomości, lecz także na poziomie współdziałania. Powiem więcej: na poziomie braterstwa i współpracy. Istnieje wciąż duży wyłom na linii wierny świecki ? duchowny. Dziwi mnie jeszcze inna sprawa. Mianowicie istnieje też wyłom na linii duchowny ? osoba zakonna. Dotyczy to zwłaszcza kobiet. Jestem czasem porażony tym, jak niektórzy księża odnoszą się do sióstr zakonnych. Są one często traktowane, jakby były w Kościele przeznaczone tylko do pewnych posług, na zasadzie ?przynieś, podaj, pozamiataj?. To jest jakiś głęboki dramat tych sióstr. Są one później przywalone, przygniecione: tu dostało im się od księdza w zakrystii, tam zrugała je przełożona… Trzeba zadbać i o lepszą świadomość, i o lepszą współpracę, lecz nie dokona się tego bez udrożnienia komunikacji. Nie umiemy ze sobą rozmawiać i ze sobą być. I jest to problem tak poważny dzisiaj w Kościele, że nie dotyka on tylko poziomu: wierny świecki ? duchowny, lecz także stosunku duchowieństwo niższe ? duchowieństwo wyższe. Gdy rozmawiam z proboszczami, są nieraz sfrustrowani tym, jak są traktowani w kurii przez biskupa. Niejednokrotnie mają wrażenie, że gdy przychodzą do kurii, to problemem nie jest ich problem, lecz sami są problemem, bo przyszli z problemem. Niestety, niektórzy przedstawiciele naszego Episkopatu żyją jak książęta, którzy mają czasem priorytety tak dziwnie porozkładane, że jest dla nich wiele spraw drugorzędnych ważniejszych aniżeli posłuchanie prezbitera. Tak więc komunikacja i jej udrożnienie jest bardzo ważną rzeczą. W tej dziedzinie mamy jeszcze wiele do zrobienia. Musimy przede wszystkim odczytać swoją tożsamość, odpowiedzieć na pytanie: ?kim my jesteśmy??. Gdyby zapytać studenta teologii na egzaminie z eklezjologii: ?kim jesteś jako wierny??, to w wielu przypadkach byłoby to pytanie najbardziej pogrążające. Sobór dał przecież tak jednoznaczną odpowiedź ? wierny to ten, który przez chrzest zostaje wszczepiony w Chrystusa, jest ukonstytuowany Ludem Bożym i ma udział w potrójnej misji Chrystusa: kapłańskiej, królewskiej i prorockiej. Dotyczy to nas wszystkich. Najpierw trzeba więc zrozumieć, że każdy z nas jest wiernym. To jest ten poziom, gdzie jesteśmy sobie równi i godnościowo tak samo obdarowani. Kiedy mówimy o komunikacji i podniesieniu świadomości, to w moim przekonaniu moment obdarowania jest szczególnie ważny. Bo jeśli ktoś przeżywa fakt, że jest niezwykle obdarowany, to będzie się z tego cieszył, będzie to go ?niosło? w chwilach trudnych, a przede wszystkim nie będzie w stanie zatrzymać tego daru w sobie. Po prostu będzie się nim dzielił.

Kościół święty ? Kościół grzeszny. Czy to nie jest największy paradoks nauki o Kościele? Na czym on polega?

Rzeczywiście, w eklezjologii funkcjonuje to adagium. Trzeba je jednak rozwinąć, a zarazem rozjaśnić. Kościół jest grzeszny grzesznością ludzi, a święty ? świętością Boga. W pytaniu tym została użyta kategoria paradoksu. I można jej używać, zwłaszcza, jeśli się patrzy bardzo po ludzku. Z jednej strony wyznajemy: ?Wierzę w jeden, święty Kościół?, z drugiej wszyscy widzimy grzech. Jan Paweł II w encyklice Ut unum sint mówi, że jesteśmy winni światu przynajmniej podjęcie wszelkimi sposobami trudu jednania się, tak żeby świat widział, że robimy, co możemy. Tymczasem na każdym kroku wychodzą nasze ludzkie słabostki. Grzech to poważna sprawa ? nie można go lekceważyć, nie można lekceważyć grzechu w Kościele! Trzeba jednak od razu dodać: kategorią trafną jest tu paradoks, ale kategorią słuszną jest również normalność. Musimy sobie uświadomić tę rzeczywistość ? Kościół to społeczność ustanowiona dla grzeszników, nie dla aniołów! I nie jest jeszcze tragedią, jeśli ktoś upadnie. Tragedią jest trwanie w grzechu. Niebezpieczne dla Kościoła, dla życia wiarą, a także dla postrzegania Kościoła przez świat, nie jest to, że w Kościele są ludzie grzeszni. Niepokojące jest właśnie to, że trwają w grzechu. Trwania w grzechu trzeba się wystrzegać. Ważne jest to w kontekście tych wszystkich dotykających nas problemów związanych z erotyką, seksem, komunizmem. Pomijam trudności związane z odczytaniem tych problemów, rozpoznaniem, nadinterpretacją. Ale trzeba powiedzieć, że reakcja wiernych, a nawet świata, jest tutaj dość wymowna. Nie gorszono się tym, że ksiądz biskup Wielgus w taki czy inny sposób ?współpracował? ze Służbą Bezpieczeństwa w tamtym czasie. Ludzie nie mieli mu tego za złe, przyjęliby to. Problemem było nieprzyznanie się do tego. To było gorszące. Normalnością jest grzech i grzeszny człowiek. Jest to zgodne z jego naturą. Niezgodna natomiast z naturą, bo niezgodna z Ewangelią, jest rzeczywistość trwania w grzechu. Tam, gdzie Kościół trwa w grzechu i nie przyznaje się do niego, tam się wynaturza. A więc, Kościół nie wynaturza się przez samo grzeszenie, tylko przez trwanie w grzechu. Zresztą po to jest właśnie sakrament pokuty, żeby człowiek mógł wychodzić z grzechu, bo w odpowiedzi na grzech Bóg ma łaskę i miłosierdzie. Trzeba tylko się przyznać do winy. Pamiętam, jak redaktor Adam Szostkiewicz z Polityki podczas dyskusji panelowej w Warszawie odpowiedział na pytanie, które mu postawiono w kontekście spraw biskupów Wielgusa i Paetza. Mówił, że oczekuje od Kościoła czegoś, co by określił jako przejrzystość, nazywanie rzeczy po imieniu. A w tym nazywaniu rzeczy po imieniu jest ważne, żeby piętnować i nazywać zło, a nie piętnować tego, który się zła dopuścił. Nazwać grzech po imieniu, a osobie, która go popełniła, pomóc wyjść z tego stanu. W podejściu Kościoła do tej kwestii niepokoją mnie pewne rzeczy. Bolały mnie niektóre reakcje duchownych, gdy odchodził Tomasz Węcławski: ?Poszedł to poszedł! Mamy wreszcie święty spokój!?. Jak to: mamy święty spokój? To jest ktoś od nas! To jest nasza owieczka, to jest członek Kościoła, członek naszego Ciała. Owszem, na siłę go nie zatrzymamy, ale reakcją powinna być przede wszystkim modlitwa! Kolejny przykład ? współpraca ze Służbą Bezpieczeństwa. W reakcji na grzech Kościół nie musi szukać nowych rozwiązań, wystarczy je tylko wydobyć ze skarbnicy Kościoła. Przecież podpowiedzią dla nas jest reakcja Kościoła na problem lapsi w pierwszych wiekach. Kościół nadawał pokutę i pomagał ją odbyć, tak by człowiek mógł w pełni pojednać się z Bogiem i ze wspólnotą. Dzisiaj więc rodzą się tutaj pytania: jak pomagamy wrócić biskupowi Wielgusowi? Ufam, że z Bogiem się pojednał przez sakrament pokuty, ale jak pomagamy mu pojednać się w pełni ze wspólnotą Kościoła w Polsce? Czy była nałożona jakaś pokuta? Nic o tym nie słyszałem. Może była, może już ją biskup odbywa. Ale w moim przekonaniu, jeżeli grzech był publiczny, to trzeba też publicznie powiedzieć, że Kościół w Polsce nadaje temu swojemu pasterzowi pokutę, a on ją od tego a tego dnia podejmuje. Gdy ją odprawi, to trzeba również poinformować, że ten a ten biskup pokutę odbył, wrócił w pełni do naszej wspólnoty i jego braterstwo znowu się z nami w pełni realizuje. Tak postępował Kościół w pierwszych wiekach swojego istnienia.

n27_i3

W związku z powyższym rodzi się kolejne pytanie. Czy można krytykować Kościół? W jaki sposób to robić? Jak nie popaść w krytykanctwo, lecz krytykować z miłością, w sposób twórczy?

Czy Kościół ma prawo krytykować siebie? Czy dzieci Kościoła mają prawo siebie krytykować? Właśnie. Powiedziałbym, że niedobrze by było, gdyby krytyka Kościoła polegała na wytykaniu błędów. Używam słowa ?wytykanie?, gdyż nie ma ono wiele wspólnego z upomnieniem braterskim. Bliżej mu do napiętnowania. Jest to stawianie się na pozycji arbitra i dystansowanie się od tego, że ja także jestem częścią Kościoła. Trzeba zacząć tę krytykę od siebie. Gdy krytykuję Kościół, gdy podnoszę, że dzieją się w nim rzeczy niewłaściwe, muszę pamiętać, żeby popatrzeć na siebie, czy sam sobie z tym radzę, czy nie. Upomnienie braterskie z kolei wymaga ogromnej kultury, umiejętności, pewnej mądrości. Upominając, sam powinienem być w porządku. A jeśli nawet nie jestem w porządku, to przynajmniej powinienem przyznać, że, owszem, widzę coś złego u Ciebie, ale też zaraz dodać, że sam tutaj także niedomagam. Trzeba patrzeć wtedy w kategorii: my ? Kościół. Tak, kategoria ?my? powinna tutaj wyraźniej funkcjonować. I bez pozycji arbitra! Czy więc krytykować? Jak najbardziej! Jesteśmy do tego nie tylko uprawnieni, ale wręcz zobligowani. Krytyka winna jednak być czyniona w zatroskaniu i z pozycji utożsamiania się z Kościołem. Co innego świat zewnętrzny. On ma prawo krytykować i nie możemy mu tego zabronić. I powinniśmy też umieć takie uwagi przyjmować, a nie obruszać się i odpowiadać, że to wszystko nagonka dziennikarzy, że świat nas prześladuje. Przecież zupełnie nie o to chodzi. Mam wrażenie, że świat zewnętrzny jest i tak wobec nas bardzo tolerancyjny, a media w Polsce uważam za wyjątkowo delikatne. Po prostu przesadzamy z reakcjami na krytykę, wszędzie tropimy wroga. To nie jest tak! Czytajmy spostrzeżenia świata, niby z zewnątrz, bez utożsamiania się z nami, ale czytajmy je jako wyrazy dobrej woli. To są nieraz bardzo cenne podpowiedzi. To, co widać z zewnątrz, nie zawsze jest dobrze widoczne od środka. Warto posłuchać tej krytyki świata, nawet najostrzejszej.

Od kogo zatem powinniśmy uczyć się właściwej krytyki Kościoła?

Dobra krytyka ma coś z postrzegania Kościoła przez pryzmat Ewangelii. Trzeba też umiejętnego słowa. Słowo jest bardzo ważne. Krytyki Kościoła możemy z pewnością uczyć się od Jezusa. Pan Jezus zapytał: ?Przyjacielu, czemu mnie bijesz??. Czy możemy coś zarzucić tutaj Jezusowi? Z pełną miłością to powiedział. Czasem też dobrze jest zawiesić tok rozważania. Trzy kropki… idziemy dalej. Jezus tak zrobił z Herodem. To jest przecież po rażające. Zauważmy, że w Ewangelii nie mamy takiej sytuacji spotkania, by Jezus kogoś tak radykalnie potraktował. Ani słowem… To nawet największych faryzeuszy poczęstował słowem. To było twarde słowo, ale poczęstował. Ale dlaczego nie chciał rozmawiać z Herodem? W zasadzie Herod chciał się Jezusem zabawić. Słowo Zbawiciela nie miało dla niego znaczenia, gdyż on nie oczekiwał słowa. Nie prowokował Jezusa, by poczęstował go słowem, ale potraktował Go narzędziowo. Chciał, by Jezus był na jego usługach ? ?a zrób jakiś cudzik?. A Jezus nic, kompletnie nic. I czasem jest to metoda. Przypomnijmy też sobie, w jaki sposób Jezus krytykował świat. Była taka sytuacja, gdy wziął powróz i przepędził kupców ze świątyni. Widać, że chyba wtedy było to potrzebne. Przypomina to non possumus Wyszyńskiego. Tego brakuje czasami w Kościele. Boimy się czasami krytycznych myśli o Kościele. To, że jestem w stanie duchownym, to mnie obliguje jednak jeszcze bardziej do tego, żeby być nastawionym krytycznie, zwłaszcza do nas, duchownych, jeszcze bardziej niż do wiernych świeckich. Brakuje czasem elementarnej mądrości ludzkiej i otwartości na drugiego człowieka. Czasami potrzeba tutaj pokory.

Dlaczego potrzebujemy Kościoła?

Potrzebujemy Kościoła, bo jest on sakramentem Zbawienia, a więc jego znakiem i narzędziem. Nie jest więc jedynie środowiskiem zbawienia ? środowiskiem takim jest świat, rodzaj ludzki. Kościół natomiast jest uprzywilejowanym narzędziem zbawienia w ręku Boga. Jeśli Kościół jest narzędziem zbawienia, to jak można powątpiewać, czy on jest potrzebny, czy nie? Zbawienie jest nam dane, ale Kościół jest ukształtowany po to, aby człowiekowi pomóc to zbawienie przyjąć. Potrzebujemy Kościoła, gdyż sami nie damy sobie rady. To Kościół przekazuje nam moc wiary. W Kościele, w tej wspólnocie wiary, łatwiej nam iść i to Kościół ma w sobie te bogactwa, te środki, które są nam konieczne do zbawienia. Sobór nakreślił nam taką wizję. Refleksji o Kościele nie rozpoczyna od pytania o genezę, jak to klasycznie bywało, lecz od pytania: ?po co Kościół??. My też powinniśmy o Kościele myśleć w ten sposób, zaczynając od pytania: ?po co jest Kościół i w czym przejawia się Jego wartość??. Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta: aby człowiek, rodzaj ludzki, mógł osiągnąć zbawienie, czyli więź z Bogiem. Aby mógł osiągnąć szczęście, swoje spełnienie. Dlatego też już w samej odpowiedzi na pytanie ?po co Kościół??, zawarta jest dla Kościoła dyspozycja, mówiąca o tym, co jest w Kościele najważniejsze. Chodzi o posługę jednania ludzi z Bogiem i ludzi między sobą. To jest najważniejsze w Kościele. Wszystko więc, co temu służy, rozwija Kościół Chrystusowy i go urzeczywistnia. Natomiast wszystko to, co zadaniu temu nie służy, jest karykaturą Kościoła, garbem na ciele Kościoła. Bardzo dosadnie stwierdził to w jednym z artykułów Ratzinger, mówiąc, że jeżeli są w Kościele jakieś struktury, które na pewnym etapie rozwoju życia Kościoła nie służą jednaniu człowieka z Bogiem, ale wręcz odwrotnie ? jeszcze uwodzą w złym kierunku, to Kościół jak najszybciej powinien przemyśleć te struktury i jeśli nie ma możliwości ich udrożnienia, winien je usunąć. Zadziałać radykalnie.

W czym zatem konkretnie tkwi wartość Kościoła?

Powołam się na 17. numer Lumen Gentium. Wybrzmiewa tu cała wartość Kościoła: ?Głosząc Ewangelię, Kościół zachęca słuchających do wierzenia i wyznawania wiary, przygotowuje ich do chrztu, wyrywa z niewoli błędu i wciela w Chrystusa, aby przez miłość do Niego, dorastali do pełnej doskonałości. Działalnością swoją sprawia, że wszelkie dobro, jakie zostało zasiane w sercach i umysłach ludzi, a także we własnych obrzędach i kulturach narodów, nie tylko nie ginie, lecz zostaje uleczone, wyniesione i dopełnione na chwałę Boga, na zawstydzenie szatana i dla szczęścia człowieka?. Piękny tekst. Oto, co ci człowieku daje Kościół. Oto, dlaczego Go potrzebujesz. Tego, co daje Kościół, nie da ci świat.

Dziękujemy bardzo za rozmowę.

Rozmawiali: Igor Gnius OP, Szymon Popławski OP i Łukasz Wiśniewski OP.

Artykuł jest w numerze:



Dlaczego potrzebujemy Kościoła?

Zobacz numer »

KUP NUMER

Spis Treści

Dodatek teofila

    Philospohia viva teofila

      Spory, dyskusje, polemiki teofila

        Rozmowa teofila

        Ankieta teofila

        • Dlaczego potrzebuję Kościoła?
          ks. Adam Boniecki
        • Spór o piękno Dulcynei z Toboso
          ks. Tomáš Halík

        Artykuły teofila

        • Żywy kontekst wszelkiej teologii. Obrazy Kościoła w starożytności
          Wojciech Surówka OP
        • Po co Kościołowi liturgia?
          Bernard Sawicki OP
        • Kościół węgierski a Benedykt XVI
          bp Asztirk Várszegi OSB
        • Eklezjologia communio eucharistica Josepha Ratzingera
          ks. Józef Morawa
        • Jakiej potrzebujemy parafii?
          Andrzej Potocki OP
        • Grzech w Kościele – Kościół święty
          Józef Puciłowski OP
        • Prawda żyje w braterskiej wspólnocie
          Marek Kita
        • Mistycyzm Ciała Chrystusowego w encyklice Piusa XII
          Arnold Pawlina OP

        Horyzonty teofila

          Dominikalia teofila

          • Dokąd zmierza Kościół Benedykta XVI? Papież o Vaticanum II
            Wojciech Giertych OP
          • Joseph Marie Lagrange OP – rys biograficzny
            Jarosław Kołak

          Wykład teofila

          • Czytać św. Tomasza wraz z Kajetanem
            Barbara Hallensleben

          Poezja teofila

            inne