O pobożności ludowej i nie tylko…


Aleksander Jackowski

C

hcecie rozmawiać o pobożności ludowej? To znaczy o czym? O tym co było, store czy o tym, ed co z tego pozostało dzisiaj?

 

Może zaczniemy po prostu od tego,  czym jest pobożność ludowa?

Pobożność ludowa jest pobożnością powszechną, ale płytką, po­bożnością chodzenia do kościoła, przynoszenia wieńców, kwiatów. Jest w niej dużo elementów zewnętrznych po to, żeby ludzi przycią­gnąć. Obraz bywa ważniejszy od idei, tak np. uważa się, że ?nasza? Matka Boska jest lepsza od ?ich?, bo robi więcej cudów. W takiej pobożności mało jest miejsca na głębokie życie duchowe człowieka. Dlatego bym się nie smucił, gdyby pobożność ludowa przeszła do hi­storii. Życie człowieka powinno być życiem nastawionym na wartości duchowe. I powinna być to coraz głębsza więź.

Dawniej odrzucało mnie to, co robił Prymas Wyszyński, wzmac­niając religijność ludową. Potem, gdy się okazało, że wtedy był to bardzo silny argument przeciwko komunizmowi, przyznałem, że nie miałem racji. Siła tej pobożności odróżniała nas od innych krajów podległych dominacji rosyjskiej. Religijność ludowa, te wszystkie hi­storie, które wtedy mnie denerwowały, jak na przykład wędrówki Ob­razu Matki Boskiej i tym podobne rzeczy, pozwoliły wówczas ocalić prawdziwe wartości. Ale sądzę, że dzisiaj pobożność ludowa nie ma większego uzasadnienia.

Panie profesorze, spróbujmy wyjść jednak dalej. Profesora irytuje po­bożność ludowa, która istniej obok pobożności innej – nazwijmy ją -?wysoką?, ?elitarną?. Ale przecież tak samo można powiedzieć, że mamy sztukę wysoką, tworzoną przez zawodowych artystów i któ­rą jest w stanie zrozumieć niewiele osób, oraz sztukę ludową, mniej wymagającą, dla większości. I czy, analogicznie, owa sztuka ludo­wa, taka nieprofesjonalna, naiwna, czasami zniekształcająca wartości, które chce przekazać, nie powinna irytować odbiorców sztuki wyso­kiej? A przecież wiemy, że często bywa wprost przeciwnie. Nierzadko z tej właśnie sztuki, ludowej, naiwnej, profesjonaliści czerpią (czy też czerpali) inspiracje. Tak samo może być z pobożnością ludową. Choć niedoskonale, niewątpliwie odzwierciedla ona pewne emocje człowie­ka związane z wartościami, które niesie. A my, jako ?ludzie Kościoła?, wiemy również, że nierzadko jest w niej zawarta także autentyczna pobożność, prawdziwe wartości religijne. Innym z kolei tematem jest, że te dwie rzeczy często się łączą: pobożność ludowa i sztuka ludowa.

To prawda. Ona rzeczywiście odzwierciedla, jest obrazem poboż­ności bardzo wielu ludzi. Jeżeli jednak tutaj mówię o tym, że chciał­bym większego uduchowienia, to mówię to w tym sensie, że oczekuję większego pogłębienia tych rzeczy. Gdyż widzę, jak u wielu ludzi po­bożność bywa bardzo płytka. Weźmy choćby przykład artystów lu­dowych, których znałem przecież wielu. Nierzadko obserwowałem, że niektórzy byli niesłychanie pobożni, chodzący w niedzielę na mszę z książeczką, ze wszystkim innymi akcesoriami, a jednocześnie okrut­ni dla swej rodziny, okrutni dla żony, okrutni dla dzieci. Nie łączyli jednego z drugim. Dlatego mówię o tym, że rzeczą niezmiernie ważną jest, żeby życie religijne było życiem głębokim, życiem, które czło­wieka organizuje, które stanowi dla niego jakiś podstawowy punkt wyjścia.

Wydaję mi się, że teraz rzeczą niesłychanie ważną jest zastano­wienie się nad relacją: kapłan – wierny. Pytanie, co zrobić, żeby te dwadzieścia parę tysięcy kapłanów w Polsce miało rzeczywiście kwa­lifikacje, które pozwalają im z innymi ludźmi obcować, ludzi kształto­wać? Przecież odchodzenie od religii jest związane, jak to ktoś mądrze powiedział, mniej przez ?Dzieła? Lenina i ?Kapitał? Marksa, a bar­dziej przez niedobrych proboszczów.

Czyli tak naprawdę to rysuje się nam tutaj opozycja: nie pobożność ludowa a pobożność dobrze ugruntowana teologicznie; ale: pobożność płytka, często nie mająca kontaktu z życiem, a pobożność, która prze­nika każdy aspekt codziennego życia, która…

… która powinna być, niezależnie od tego, czy jest ona ludowa czy nie. Na początku należy jednak przypomnieć, że kultura religij­na ludu, obrzędowość, zwyczaje i wszystko inne, co się z tym wiąże, zostały nałożone na istniejące przed tym tradycje pogańskie. Katoli­cyzm przejął wiele dat, jak na przykład okresy przesilenia, czy inne święta pogańskie przemienił w katolickie. Wciąż istnieje święto kupa­ły, wozi się koguta, jajka wielkanocne, te symbole płodności. Wciąż żywy jest kult świętych źródełek. Kapliczki, a nawet kościoły budo­wano na wzgórzach, w miejscach eksponowanych, tam gdzie dawniej stały pogańskie chramy. Jeszcze do niedawna czczono w Puszczy Knyszyńskiej święte drzewa, już zamarłe, a święte dla ludzi. Do te­raz na drzewach wiesza się szmatki symbolizujące prośby. Pogaństwo zapewne wywarło wpływ na tak silne umiłowanie przyrody, na świą­teczność naszej wsi. Natomiast na osobowość, tożsamość parafii duży wpływ wywarła identyfikacja z miejscem, odrębność stroju, poczucie tego, że to ?my? – a tamci to ?inni?. To przetrwało do dziś, ponieważ tak bardzo ?ludzkie?, naturalne jest hierarchizowanie tego, co lepsze i co gorsze. To widać też u kibiców piłkarskich Wisły i Cracovii czy Widzewa i Legii.

Wracając jednak do naszego tematu. Ludowość jest formą. Formą dawną, która już jest przeszłością. Z tym, że my sobie to wszyst­ko dzisiaj inaczej wyobrażamy niż to było faktycznie. My widzimy ją tylko jako ludowość kolorową, świętującą, roześmianą. Natomiast trzeba pamiętać, że ta ludowość to była ludowość nędzy. Czym był Frasobliwy? Dlaczego tak się przyjął w Polsce? Ano dlatego, że o Fra­sobliwym chłopi mówili – oczywiście to było takie chłopskie gadanie – że Chrystus zszedł na ziemię polską po to, żeby pocieszyć i wzmoc­nić los tego biednego Polaka. To był Chrystus frasobliwy, który się lituje nad biednymi ludźmi. W kapliczkach, które zdobiły rzeźby Fra­sobliwego, ludzie się modlili. Były to miejsca, w których się mówiło wszystko to, co jest najważniejsze. Człowiek mówił o Matce Boskiej tak, jak się mówi do swojej własnej matki. Wiele razy, jak rozma­wiałem z żyjącymi jeszcze artystami ludowymi czy obok tych ludo­wych, widziałem, że gdy oni myśleli o Matce Boskiej, to myśleli o Niej w ten sposób, jak myśli się o kimś najbliższym, kimś, kto jest w sta­nie zrozumieć mój los, moją dolę, moje nieszczęścia, do kogo się mogę zwrócić. W religijności ludowej olbrzymią rolę odgrywali też święci.

Każdy miał przecież swego świętego patrona, którego imię mu da­no. Było się emocjonalnie związanym z wizerunkiem Świętej Osoby. Z ?naszą? Matką Boską, naszym Krucyfiksem, na którym wisiał Je­zus ukrzyżowany za nasze grzechy. Częsta była także wiara w to, że Święta Rodzina żyła w Polsce, chodziła po naszej ziemi, że to w Polsce było Betlejem. Przecież i teraz w szopkach wśród orszaku pasterzy są Żydzi, górale, krakowiacy. Poziom wiary nie był głęboki, zresztą księża nie pozwalali czytać Pisma Świętego, zwłaszcza Sta­rego Testamentu, w obawie przed herezjami. Dla tych ludzi Kościół był wspólnotą. Bóg był wszędzie. Kwiaty miały nazwy wywodzone od świętych, święte były źródełka. Sądzę, że religia ludowa mogłaby zostać uznana przez ekologów za ich własną, ponieważ kult Boga to był też kult Jego darów, zboża, bydła. Jeszcze teraz święta zbiorów są podniosłą uroczystością; do niedawna święciło się pierwsze ziarna rzucane w ziemię. Świat Boski i ludzki jednoczyły się w modlitwie, w śpiewie, w wierze, że wszędzie czuwa nad nimi Oko Boże. Cechą ludowej religijności była jej powszedniość. Wszyscy byli w niedzie­lę w kościele, gromadzili się na nabożeństwach majowych, wszyscy stanowili wspólnotę, podkreślaną strojem, a widoczną w procesjach, w pielgrzymkach.

To była sprawa związana z tą religijnością, z tymi kapliczkami, rzeźbami, obrazami. Z wiarą związana też była świąteczna sztuka lu­dowa. W kulturze ludowej była bowiem z jednej strony bieda, ciężka praca, która trwała przez cały tydzień, praca, która też była, w ja­kimś sensie, pracą z poczuciem religijności, z poczuciem tego, że jest to powołanie, powinność człowieka. A z drugiej strony było święto, odświętność, która pozwalała na to, żeby oderwać się od trudu i że­by mieć czas wypoczynku. Jednocześnie to był czas modlitwy, kiedy się chodziło do kościoła. Oczywiście różnie – zależy, w jakim okresie. W tym, który ja znam – a w tej chwili mam dopiero 85 lat – w koście­le były zwłaszcza starsze kobiety, zresztą młode dziewczyny też. Ale nie mężczyźni. Młodzi chłopcy przyjeżdżali w niedzielę, na koniach, potem rowerami, motocyklami, ale po to, by paradować przed ko­ściołem. No i czekali na te dziewczyny. Kościół był miejscem, wokół którego, i w którym coś się działo. Chłopak poznawał dziewczynę. Brał z nią w kościele ślub. A potem dokąd szedł chłopak? Do knajpy. To były dwie instytucje, które we wsi wszędzie były najistotniejsze. Tu był kościół, a tam była knajpa, czyli miejsce gdzie można było się spotkać, porozmawiać. Nierzadko ta rozmowa była, powiedzmy, troszkę pokrwawiona, często wylatywano przez okna.

n22_i3

Panie Aleksandrze, nawiązując do Pańskiego postulatu ?uduchowie­nia? sztuki ludowej, chciałem zapytać o …

Proszę pana, sztuki ludowej już w istocie nie ma. Zacznijmy od tego. To jest przeszłość. Przeszłość kultury chłopskiej, społeczności przedindustrialnej. Sztuka ludowa. Co znaczy dziś sztuka ludowa? Kapliczki i obrazy, które były przywożone z procesji. Ale dawniej był to cały świat, w którym człowiek żył. Przede wszystkim pielgrzymka. Raz w życiu wielka pielgrzymka do Częstochowy, częściej do mniej­szych miejsc kultu. Pielgrzymki były strasznie ważne. Te pielgrzymki łączyły elementy zarówno sacrum, jak i profanum. Na wszystkich tych pielgrzymkach była modlitwa, ale i jurność. Panowie, to, co się działo w laskach, tam gdzie ludzie spali – przecież to były bezeceń­stwa! Mówię to delikatnie, bo nie chcę przy was inaczej mówić. Ale to wszystko razem było powiązane ze sobą. Ci sami ludzie, którzy byli ?okropni?, i o których bym powiedział, że są nieprzyzwoici – w in­nych sytuacjach okazywali się świetni. To byli ci wspaniali obrońcy Ojczyzny, żołnierze.

A czy ta sztuka, która powstawała na wsiach, tworzona przez pro­stych ludzi, czy ona…

Jaka sztuka tworzona przez prostych ludzi?

No to, co oni tworzyli, te wszystkie rysunki, które wieszali w swoich domach, rzeźby tam stawiane.

Oni nie tworzyli żadnych rysunków wieszanych w swoich domach, żadnych rzeźb, tylko je nabywali.

A te wszystkie figurki Frasobliwego, kapliczki?

Musicie zrozumieć, że te wszystkie obrazy i figurki były kupowa­ne na pielgrzymkach. To często było celem pielgrzymki, że w miejscu kultu byli rzemieślnicy, którzy się tym zajmowali zawodowo. Ludzie, którzy nierzadko nie mieli nic wspólnego z wiarą, którzy robili obrazy od metra. Wszystkie te obrazy, które dzisiaj znamy, a których jest prawdopodobnie ok. 100 czy też 200 tys., to była to umiejętność ro­bienia identycznych rzeczy nie przez maszyny, tylko przez ludzi. Nie było w tym wszystkim najmniejszego skupienia religijnego. Dopiero ludzie wnosili w nie swoje emocję. Jeżeli ludzie mieli jakąś – nawet niewyraźną – figurkę Matki Boskiej, to niezależnie od tego, czy ta twarz im się podobała czy nie, oni nie myśleli o tym – dla nich to była Matka Boska. Jak pytałem ludzi, pokazując trzy obrazy Matki Boskiej, który jest piękniejszy, to odpowiadali: ?wszystkie są piękne?. Nie chcieli rozróżniać. Na wszystkich jest Matka Boska. Natomiast, jeżeli pytałem o to, który by chcieli powiesić u siebie, wtedy dochodził do głosu element estetyczny. Dlatego obrazy kupowane u rzemieślni­ków wszystkie były przejmowane z dobrodziejstwem inwentarza, jako te rzeczy, które się do domu przynosiło. One były do domu przeno­szone już jako rzeczy kultowe przez to, że one pochodziły z ważnego dla nich miejsca. To nie było wszystko jedno kupić obraz tutaj, we wsi obok, czy na Jasnej Górze. Matka Boska Jasnogórska była lepsza. A w Wilnie Ostrobramska.

Można więc powiedzieć, że to wiara sprawiała, iż ludzie odbierali te wszystkie figurki, obrazki jako piękne rzeczy.

Przede wszystkim oni odbierali to jako rzecz bardzo ważną. Nie umiem powiedzieć, czy też jako piękną. Tutaj nie chodziło o kate­gorie estetyczne. Odbierali to jako coś, co jest ważne, co zawieszone w pokoju jest najważniejsze. Nawet, jeżeli ta rzeźba była wykonana fatalnie… Dawniej nie było rzeźbek ludowych z gipsu, które są dla nas, historyków sztuki, obrzydliwe. Te Matki Boskie z odkręcanymi główkami itd. Były natomiast rzeźby, niekiedy bardzo toporne, ale które przedstawiały Boga. I to było ważne. Wartość tej rzeźby była wartością emocjonalną, duchową. Ta rzeźba mogła być w domu i wte­dy odgrywała kolosalną rolę w ołtarzyku domowym. Nią się zdobiło. Ale to zdobienie wynikało z tego, że najpierw się zdobiło kapliczkę, zdobiło się obraz święty czy też figurkę na święto. A co to znaczyło na święto, na niedzielę? Przede wszystkim na ten dzień święty, który był poświęcony Panu Bogu, a nie zwykłym ludziom. Te wszystkie de­koracje, które do dzisiaj pozostały, w istocie swojej wynikały z tego poczucia świąteczności, z tego poczucia, że jest tu coś ważnego, coś, co nie należy do czasu i trudu pracy.

Czyli z konieczności pobożność ludowa otaczała się wyrobami sztuki rzemieślniczej…

.. .nie było innej. Wszystkie te rzeczy wykonywali rzemieślnicy. Dajmy na to rzeźbiarze – to byli ludzie, którzy mieli wcześniej coś do czynienia z drewnem. Nierzadko jeden człowiek obsługiwał teren w zasięgu kilkudziesięciu kilometrów. Wszędzie tam były jego rzeźby. On starał się robić je zgodnie z tym, co widział w kościele, w kaplicz­ce. Ale nie każdy potrafił. I dlatego te rzeźby są różne. Nie zawsze piękne, choć są i nadzwyczajne. Sam zająłem się sztuką ludową dlate­go, że zobaczyłem urodę starej rzeźby ludowej. Starej i indywidualnej przez to, że była robiona przez różnych, czasem dziwnych, ludzi. Ona nie była powielana – każda z tych rzeźb w danym regionie, gdzie ona występowała, w promieniu tych kilkudziesięciu kilometrów, które ten rzeźbiarz obsługiwał, była inna, choć jeden robił to lepiej, drugi go­rzej. Kiedy się ogląda, tak jak ja tysiące egzemplarzy zgromadzonych w muzeach, to się widzi, że w większości były to artystycznie nie­ciekawe egzemplarze. Ale tu nie o to chodziło, czy one były piękne artystycznie, czy nie. Jednak ja, wybierając spośród tych tysięcy, kil­kadziesiąt egzemplarzy, które potem pokazywałem na wystawach, nie kierowałem się tylko wartościami estetycznymi.

A czy ta sztuka w zależności od regionu miała jakieś swoje…

Nie, rzeźba nie miała nic wspólnego z regionem. Naprawdę. Ona miała dużo wspólnego z człowiekiem, nie z miejscem. Gdyby pan mieszkał, obojętne, czy na Podhalu czy na Kaszubach, robiłby pan to samo. Bo to pan by to robił… Ze swoją duszą, ze swoją umiejęt­nością, ze swoimi łapami, chyba że miałby pan skaleczoną łapę, to wtedy musiałby pan robić to troszkę inaczej.

A więc dlaczego on to robił?

Dla pieniędzy. Oczywiście, pięknie jest chcieć, żeby te rzeczy, któ­re są piękne, które mnie wzruszają, wzruszały tak samo tego, który je robił. Ale przecież on to robił nie jeden raz. Robił tak, jak umiał. Ale robił to, dajmy na to, sto pięćdziesiąt razy. Rzeźby bardzo szybko niszczały. Dlatego je malowano, żeby były bardziej odporne na wiatr, zimno, deszcz. A jak już zniszczały, to zastępowano je następnymi.

Czyli sztuka ludowa to już przeszłość?

Ta sztuka była zawsze przeszłością. Ale jednocześnie ta sztuka, mnie – człowieka, który był zahaczony z jednej strony gdzieś o Vermeera, a z drugiej o nowoczesność urzekła. Mnie, który ceni nade wszystko Rembrandta i Vermeera, no może jeszcze Velasqueza. Ko­niecznie muszę jechać do Hiszpanii, by zobaczyć obrazy Velasqueza. Tęsknię do nich od lat. A Vermeer? Namalował on około 28 obrazów. Pośród nich jest jeden, wiedeński, do którego niedługo znowu poja­dę. Z nim związana jest zresztą pewna historia. Kiedy ostatni raz tam byłem, moja córka, która mieszka w Wiedniu, posadziła mnie na wózek inwalidzki, żebym się nie męczył w muzeum i woziła mnie po tych wszystkich salach, korytarzach. A ja mogłem sobie spokoj­nie dojechać do każdego obrazu Rembrandta, Breugla czy Vermeera, które kocham i spokojnie siedzieć. Mówię jej: ?Słuchaj, kochanie, idź sobie teraz na kawę, a ja sobie pooglądam?. Zawsze byłem związany ze sztuką, teraz z Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie, także jako członek Rady tego Centrum, ale tak jak wiele rzeczy podziwiam, tak wielu, przekraczających granice etyczne, nie znoszę.

Ze sztuki ludowej najbardziej lubię rzeźbę. Zafrapowała mnie jej odrębność. Ale nie to, co było ważne dla chłopa. Ta odrębność, któ­ra mnie frapowała, wcale się nie musiała podobać ludziom na wsi; przeciwnie – on się im nie podobała. Oni, jeśli tylko mogli wybrać miedzy rzeźbą indywidualną a tą robioną ze sztancy, z gipsu, kolo­rową, śliczną, to wybierali śliczną. Do surowości, a nawet brzydoty, trzeba dojrzeć.

n22_i2

Czyli ci wszyscy ludzie na wsi, przychodząc do kościoła, czuli się jak u siebie, jak w domu, bo były tam często takie same rzeźby, jakie mieli w swych domach.

Kolejność jest odwrotna. Oni w domu mieli rzeczy podobne do tych z kościoła. Kościół jest najważniejszy. Oni się ?urodzili? w ko­ściele. Dzieci, które były na wsi, które przychodziły do kościoła, czuły, że jest to miejsce takie jak… Jak się człowiek przytula do matki, to przecież nie myśli o tym, jaka jest bluzeczka czy spódnica. Kościół był naturalnym miejscem, w którym dzieci się wychowywały. Wszyst­ko je tam kształtowało. Ostatnio zaproszony przez jedną z moich znajomych, Żydówkę, byłem na bar micwie chłopca z zespołem Do­wna, który ma głęboką duchowość, ogromną, niesłychaną wrażliwość, dobroć, czułość. Było tam wiele dzieci, które biegały po synagodze i zbierały cukierki, które z góry zrzucały im kobiety. Te dzieci krążyły po całej synagodze. Chciałbym, żeby taka naturalność była obecna wszędzie, w każdej świątyni…

A więc na pobożność ludową duży wpływ miało to, w jaki sposób ksiądz urządził kościół, jakie kupił rzeźby, jakie obrazy powiesił, do czego się one odwoływały, a także, jakie i z jakich motywów urządzał pielgrzymki…

Motywy były zawsze te same. Chodziło się do miejsca pielgrzym­kowego, a przy okazji zwiedzało się kawał świata. Na wsiach zawsze znajdywali się tacy, których ciągnęło po świecie. Byli tacy, którzy wożąc np. maź, potrafili z nią setki kilometrów przejechać. To był ich zawód. Byli też tacy, którzy po prostu handlem zarabiali na życie. Dawniej dużo Żydów jeździło handlować, chłopom zaś pielgrzymka zawsze, oczywiście poza celem religijnym, dawała możliwość wyjścia poza świat pańszczyzny, który był swego rodzaju więzieniem, żeby nie powiedzieć klasztorem. . . Widzę, że mnie świetnie rozumiecie! Pan mu pozwalał, więc chłop mógł pojechać w świat, zobaczyć, jak ludzie żyją gdzie indziej, czy są tacy sami. Przecież, jak się ogląda malo­wane bestiariusze, to okazuje się, że ci ludzie tak naprawdę niewiele wiedzieli. Taki choćby Teofil Ociepka na Śląsku kilkanaście lat temu malował smoki. A przecież nie widział prawdziwego smoka, tylko so­bie wyobrażał, jak wygląda. A jeszcze taki cudowny rzeźbiarz – Cha- jec, który rzeźbił św. Michała – czy on widział kiedyś smoka? Dał temu smokowi taką paszczę ogromną, szeroką, z zębami jak klawia­tura fortepianowa. A z tyłu smok miał ogon, jak pies. Ten świat był tajemniczy. Pielgrzymka to było wejście w tę tajemnicę. Ale w tej ta­jemnicy zawsze były rzeczy wspólne, te same. Jeżeli był obraz Matki Boskiej, niezależnie od tego, jak malowana, to była to Matka Boska. Jeżeli była Matka Boska z Dzieciątkiem, to ona była z Dzieciątkiem. Jeżeli była Matka Boska w Wilnie, to była to Panienka. I do Niej przychodziły kobiety jak do Panienki. Jest śliczna historia, którą opi­suje Melchior Wańkowicz, o tym jak spotkał w Częstochowie pewną starowinkę, strasznie niezadowoloną. No i zapytał ją o powód tego niezadowolenia. A ona na to, że jest z Wilna, a ta Matka Boska tutaj to nie taka sama, jak nasza wileńska, bo ta nasza – to Panienka, do Niej każdy przyjdzie, wszystkie tajemnice Jej powie, o wszystkim Jej opowie, a Ona wysłucha. Natomiast ta tutaj to taka ?Królowa?. Sie­dzi i jeszcze Chrystusik na ręku, który wszystko podsłuchuje. Jeżeli widzimy gdzieś Pana Jezusa z uniesioną rączką, to wiemy, że spotka­my Go takim wszędzie, niezależnie od tego, kto Go wyrzeźbił. To jest ta sprawa, że w kościele, jaki by ten obraz nie był, jaki by ten kościół nie był – to on był naszym obrazem, on był naszym kościołem, czyli tym, co nas łączy. I teraz, jeżeli poszłoby się do synagogi czy też do cerkwi, to będzie tam już coś zupełnie innego. Byłem niedawno w cer­kwi w Hajnówce, akurat trafiłem na jakiś ślub. Boże, jakie to było cudowne. Dawno tak się nie wzruszyłem. Tam stał rozświetlony świa­tłem ikonostas, malowany przez Nowosielskiego. Cerkiew jest piękna. Sądzę, że jest to najładniejszy budynek kościelny, jaki powstał po wojnie w Polsce. Kiedyś w konkursie sztuki religijnej nagrodziliśmy ten projekt. Bez wahania była to pierwsza nagroda. A w tym pięknym wnętrzu – piękna muzyka cerkiewna. Ale to nie był ?mój? kościół…

Wyście też świetnie trochę przy obiedzie podśpiewywali… Ale nie tak jak śpiewają w kościołach greckokatolickich! Byłem ostatnio w jednym miejscu, nawet nie pamiętam gdzie, gdzieś w koszalińskim, gdzie jest greckokatolicka cerkiew. I przyjechał chór z Wrocławia. Śpiewali cudownymi głosami. Nie wiem, skąd oni mają tak piękne niskie głosy. A niski głos jest jak dzwon. Przez niski głos to mi się od razu niebo otwiera. To jest właśnie rola muzyki w Kościele. Wzmoc­nienie nastroju. Wzmocnienie tej religijności, która jest w człowieku i która jest jak gdyby dana człowiekowi, jest w jego naturze. Ale pro­szę mi wybaczyć te wszystkie bzdury, które mówię o wzmocnieniu religijności. To jest ważne dla pewnego kręgu ludzi, kiedy człowiek chce coś głębiej odczuć, pojąć. Obecność w tym świecie cudownym, w świecie modlitw, liturgii, w świecie muzyki, rozjarzonego światła, ma ogromne znaczenie. To podbudowuje emocje człowieka, a ta emo­cja wiąże się z przeżyciem religijnym. Bo przeżycie religijne jest za­wsze emocjonalne. Nawet nie wiem, na czym to do końca polega.

Moja wnuczka była chrzczona, kiedy miała 3 latka, chrzcił ją w Warszawie dominikanin, ojciec Andrzej Kasznica. Przygarbio­ny, z uszkodzonym w czasie wojny kręgosłupem. Cudowny człowiek. Pamiętam, jak odprawiał nabożeństwo, kiedy syn mojej przyjaciół­ki, Żyd, asystent Henry Kissingera w USA, umarł na AIDS. Jedna z pierwszych ofiar tej choroby. Umarł w Szwecji przy swojej matce, która zresztą od tego czasu zajmuje się chorymi na AIDS i pomogła wielu, wielu ludziom w Polsce. . . No i ojciec Andrzej odprawiał mszę w taki sposób, że uczestniczyłem w niej z głębokim przeżyciem. Nikt mi nie kazał robić gimnastyki: wstawać, siadać, wstawać, kiedy ja chciałem się skupić. Zazwyczaj nie chodzę do kościoła, bo nie jestem w stanie znieść tej całej gimnastyki. Natomiast ojciec Andrzej robił to w taki sposób, że była to głęboka, ważna dla mnie msza, gdzie był czas na namysł, na refleksję, na duchową koncentrację. To, co mnie wtedy uderzyło, to to, że dziecko, które ciągle jest rozwibrowa­ne, nagle w tym kościele, przy ojcu Andrzeju, zrobiło się cichuteńkie, spokojne. Potem otworzyły się drzwi i wyszli w białych sukienkach dominikanie, ona podbiegła i podnieśli ją, też wtedy białą, do góry. To było śliczne. Bardzo lubiłem ojca Andrzeja.

Ale wracając do religijności ludowej.. .Wydaje mi się, że bardzo ważne jest to, że religijność ludowa tworzy taki klimat emocjonalny, który człowieka zbliża do Boga i do tego miejsca, z którego człowiek pochodzi. Nie wiem, czy sobie zdajecie z tego sprawę, że dawniej parafia była wartością większą niż na przykład powiat czy gmina. Ludzie gromadzili się w kościele. I jeżeli była różnica w stroju ludo­wym – a m.in. po tym się rozróżniało skąd pochodzą – to widziało się to właśnie w kościele. W procesji można było rozpoznać, kto jest z jakiej wsi. Ludzie różnili się szczegółami, natomiast w całości widać było, że to jest jedna społeczność. Tak było do czasów wojny. Wojna rozbiła wszystko, a więc także charakter religijności ludowej. Dzisiaj na wsi zawsze ktoś ma rodzinę w mieście. Wzajemny kontakt jest duży, styl życia miejskiego przechodzi na wieś, wiejskiego do miasta. Dawniej jednak parafia była ośrodkiem stabilnym. Wszystkie obja­wy zewnętrzne, upiększenia, sztuka ludowa, były związane z para­fią. Kupowano tylko obrazy i rzeźby. To, co wieś robiła zbiorowo, to przede wszystkim ozdoby, wycinanki i stroje. Kultywowano tradycje, ale i wytwarzano rzeczy modne. W nich też uwidaczniała się odręb­ność sztuki ludowej.

n22_i1

Czyli dzisiaj, podobnie jak nie ma już sztuki ludowej, nie ma też i po­bożności ludowej?

Wydaje mi się, że dzisiaj pobożność jest raczej sprawą stosunku człowieka do Boga niż miejsca, z którego pochodzi. Ale parafia jest ważna. Są przecież ludzie, którzy absolutnie nie chcą się zgodzić na to, żeby kochanego księdza przeniesiono do innej parafii. Nie mówię w tej chwili o ks. Jankowskim, który jest dla mnie przykładem kapła­na, który potrafi zniechęcić do religii. Ale już taki ks. Edward Nitka, były kapelan AK, był cudownym człowiekiem. Bardzo lubiany przez parafian. Kiedy biskup zdecydował o jego przeniesieniu, oni urządzili strajk. Pół roku nie wpuszczali nowego księdza, a tego, który był, w zimie wywieźli na taczkach i wyrzucili na pole. Bardzo walczyli o swego księdza, ale wiadomo, hierarchia kościelna stoi mocno przy swoim, bo gdyby zaczęły się zmiany, pewnie różne rzeczy zaczęłyby się sypać. Ksiądz Nitka pojechał do Paszyna i tam stworzył najcie­kawszy ośrodek rzeźby ludowej w Europie. Paszyn leży 10 km od Nowego Sącza. Wioska to bardzo biedna i wielu jej mieszkańców było chorych, kalekich, niewidomych. Ks. Nitka dostał dekanat. Przedtem był proboszczem, teraz dostał dekanat – najbiedniejsze wsie w Polsce. Nikt nie dawał na tacę, bo nie miał. W pewnym momencie głucho­niemy, który księdzu posługiwał, Wojtek Oleksy, chciał ukochanemu księdzu zrobić prezent i wyrzeźbił Matkę Boską. Bardzo prymityw­ną. Pomalował ją kredkami i dał księdzu. Ten odczuł intencję daru ofiarowanego z miłością i postawił rzeźbę w kościele, przy ołtarzu. Parafianie uważali, że to jest bardzo brzydkie, ksiądz jednak prosił, żeby figurę zostawili. Przyszedł biskup Ablewicz, ks. Nitka powiedział o rzeźbie, biskup pobłogosławił Matkę Bożą i postawił ją na ołtarzu. Tuż potem przyjechał mecenas Nawrocki z Warszawy, z TVP – kolek­cjoner. Przysłał ekipę telewizyjną i, dzięki Oleksemu, Paszyn pokaza­no światu. No i ten Paszyn, o którym wcześniej kobiety i dziewczyny w autobusie bały się powiedzieć, że z niego pochodzą i dlatego kupo­wały bilety do innych wsi, stał się znany. Zaczęli przyjeżdżać turyści. Ksiądz zachęcał ich do tego, mówiąc, że kto rzeźbi, ten trzy razy się modli. Mnie, w moim gimnazjum biskupim, uczono, że kto śpiewa, to się dwa razy modli, a tutaj ksiądz mówił, że kto rzeźbi, ten trzy razy się modli. Po krótkim czasie rzeźbiła cała wieś. Około 70 osób. Nie­którzy samodzielnie, inni podpatrywali. Oleksy był debilowaty i robił po swojemu, nikt nie robił tak jak on. Lubiłem często zajeżdżać do ks. Nitki (bo tam niedaleko byłem na wakacjach), cieszyliśmy się tym, co w Paszynie, wymienialiśmy się różnymi dokumentami. Ja mu przywo­ziłem z Warszawy partyjne dokumenty, a on mi pokazywał kościelne. Pamiętam, jak bardzo się śmieliśmy z tego, że w obu są identyczne sformułowania. Swego czasu przyjeżdżam do niego i mówię, że war­to by zrobić tak, aby każdy mógł pokazać i umieścić swoją rzeźbę w kościele. Ksiądz się bardzo do tego zapalił. Przyjeżdżam w następ­nym roku i pytam się, co z tego wyszło, a on mi mówi: ?Słuchaj, oni mnie się zapytali, ile ja im za to zapłacę?. Sprawa się zmerkantylizo- wała niesłychanie szybko. Jest to los wszystkich tych powstających ośrodków rzeźby. Mimo że ten ośrodek w Paszynie powstał z pobu­dek religijnych, szybko wszedł w świat kultury masowej. Pojawiło się pytanie: ?A ile ksiądz będzie płacił??. Rzeźbić zaczęto na handel, a nie traktuje się tego jako modlitwę. To jest ta podstawowa różnica. Dawna rzeźba wyczerpała się jeszcze przed wojną. Później, jeszcze dziś, pojawiają się jednostki na wsi – ale to ludzie, którzy nie umieli sobie znaleźć miejsca w życiu. Rzeźbili, ponieważ rzeźba była dla nich sposobem wypowiedzenia swoich głębokich emocji. A emocje strasz­nie trudno jest wyrazić. Trzeba znaleźć symbol. Trzeba umieć. Ci ludzie nie znali Grupy Laokona ani Niobe. Dla nich istniała Matka Boża, Chrystus na krzyżu, pieta. Dla kobiety, która straciła dziecko – a przecież na wsi było to częste, właśnie pieta była pocieszeniem. W rzeźbach religijnych odnajdywali swoje życiowe emocje. Jeszcze teraz wybitny rzeźbiarz z Malinówki, Roman Śledź, tworzy w zasa­dzie tylko sceny z męczeństwa Pana Jezusa, z Golgoty.

Było to więc takie sprzężenie zwrotne. Sztuka powstała dla potrzeb, dla handlu, a potem…

Sztuka powstawała z emocji, potrzeb duchowych, ale także po to, żeby zarobić. Emocje są jednak bardzo ważne, ponieważ twórcy wy­rażali w rzeźbie swoje uczucia. Znam historię kobiety, która w czasie wojny, podczas jakiegoś nalotu, w piwnicy, kiedy wszystko się wali­ło, znalazła glinę i z tej gliny ulepiła Matkę Boską. Takich faktów było wiele. Opowiadano mi, że w obozie jenieckim w Woldenbergu jeden z oficerów, zasłaniając swój kąt szafami, tworzył rzeźby z wła­snej potrzeby. Ale jak koledzy odsłonili te szafy, by zobaczyć, co on robi, stało się to dla niego tak wielkim ciosem, że przestał rzeźbić. Weszli w jego prywatny świat. Gdybym ja na przykład zaczął w tej chwili rzeźbić, na co się jednak nie zanosi, co miałbym rzeźbić? Gołe kobiety? Sądzę, że wróciłbym do rzeźby religijnej. W czym innym mógłbym znaleźć równie wielkie emocje… ?!

Z profesorem Aleksandrem Jackowskim rozmawiali Adam Dobrzyń­ski OP i Wojciech Dudzik OP.

Artykuł jest w numerze:



Pobożność ludowa

Zobacz numer »

KUP NUMER

Spis Treści

Dodatek teofila

    Philospohia viva teofila

      Spory, dyskusje, polemiki teofila

        Rozmowa teofila

          Ankieta teofila

          • O pobożności ludowej
            Wojciech Bonowicz, Elżbieta Sander OSC, ks. Jan Kracik, Jacek Salij OP

          Artykuły teofila

          • O pobożności ludowej i nie tylko…
            Aleksander Jackowski
          • Dlaczego boimy się wolności?
            Andrzej Zoll
          • Pobożność ludowa i polskie przemiany
            Andrzej Potocki OP
          • Duchowa Polana czyli Tischnera krzewienie pobożności górali
            Włodzimierz Wieczorek OP
          • Pobożność ludowa w pracy duszpasterskiej dominikanów na ziemiach polskich
            Marek Miławicki OP
          • O śpiewie nabożnym
            Wojciech Gołaski OP
          • Kilka refleksji o powołaniu do bycia z ludźmi
            Marek Krysztopik OP
          • Jakże możemy śpiewać pieśń Pańską w obcej krainie?
            Katarzyna Bielatowicz

          Horyzonty teofila

          • Maskarada dobra, czyli portret zwielokrotniony Lwa Tołstoja
            Wojciech Surówka OP
          • Cnoty pielgrzymie — wkład zakonny w kształtowanie zmysłu etycznego wielokulturowej Europy
            Timothy Radcliffe OP

          Dominikalia teofila

          • List okólny Jordana z Saksonii do braci
            Jarosław Kołak OP

          Wykład teofila

            Poezja teofila

              inne