Dom z fusów.


Share this :   | | | |
Dom z fusów.

Misza Romaniv OP pytany przez brata Tobiasza Cieślaka OP…
 
 

P

o oglądnięciu filmu o pracy dominikanów na Ukrainie jestem pod wielkim wrażeniem tego co ojciec robi w Fastowie. Bardzo też mnie urzekło to jak pięknie, szczerze i z wielkim uznaniem mówicie wśród braci o sobie nawzajem.

 

To jest ogromny plus wspólnoty. Mieszkam w Fastowie już 10 lat i przez ten czas pracowałem z wieloma braćmi: z o. Tomkiem Słowińskim, później z o. Włodzimierzem Sowińskim, o. Pawłem Kunickim, czy też z o. Janem Piątkowskim. Ten ostatni jest trochę moim ojcem duchownym, z tego względu, że to za jego czasów poszedłem do zakonu. On mi też pisał opinię, chociaż osobiście nie wierzył, że w zakonie zostanę. Później paradoksalnie tak się stało, że zostałem jego przełożonym. To jest takie piękne, że przez ten cały czas, przyznaję całkiem szczerze, nie mieliśmy żadnych konfliktów. To znaczy nie było takich sytuacji trudnych, że na przykład ktoś odmówił mi pomocy, gdy go o nią poprosiłem. Nie przypominam sobie teraz takich sytuacji.

 

Taka sytuacja we wspólnocie jest raczej niecodzienna.

 

Po prostu każdy robi to co może i staramy się w taki sposób dzielić nasze obowiązki. Tak sobie myślę, że to wynika z takiej prostej życzliwości. Nikt w Fastowie tego nie odbiera jako jakiś wielki wyczyn. To jest jak w rodzinie, całkiem normalnie i naturalnie. Jak jest robota to trzeba ją zrobić. Nie jest tak, że ja coś robię i mam do kogoś pretensje o to, że robi za mało. Nie uważamy się, broń Boże, za wspólnotę idealną, jest jak w rodzinie, raz lepiej, raz gorzej. Każdy jednak robi tyle ile może.

 

Ojciec robić może całkiem sporo. Bracia z wakacji przywieźli do Krakowa taką plotkę, że całe wielkie dzieło powstałe w Fastowie wzięło się z wielkiego zamiłowania ojca do hamburgerów.

 

Nie, nie, nie! (śmiech) Pomysł na to co się dzieje w Fastowie jest całkiem prosty. Ja bardzo forsuję tę formę pomagania. Otóż samo pomaganie wymaga środków. My nie możemy cały czas liczyć na pomoc fundacji niemieckich, szwajcarskich, czy też polskich. Ja zawsze mówię, czy w Caritasie, czy wśród księży u nas, że my musimy stwarzać formy takiej działalności, która by nam mogła przynieść zysk, który my możemy potem przeznaczyć na pomoc dla potrzebujących. Poza tym ja jestem absolutnie przekonany, że trzeba stwarzać miejsca pracy. Miejsca pracy dają stabilność rodzinom, szczególnie w naszej parafii. U nas w kawiarni pracują 22 osoby. To są praktycznie wszyscy nasi parafianie. My im za to oficjalnie płacimy i oni nie muszą już jechać i szukać tej pracy w Kijowie. Poza tym część naszych dzieciaków, którzy się u nas wychowali mogą u nas także znaleźć zatrudnienie. Ktoś powie: „No tak, ale to takie sztuczne środowisko…”, ale to tak nie jest. Nikt przecież nie mówi, że jakieś środowisko przedsiębiorstwa rodzinnego jest złe. Ten dom jest właśnie czymś w rodzaju przedsiębiorstwa rodzinnego. Próbujemy w taki sposób wspomagać i próbujemy dawać naszym wychowankom finansową niezależność. Oni sobie wynajmują gdzieś mieszkania, mogą sobie myśleć o przyszłości, niektórzy się żenią, wychodzą za mąż. Przez to, że u nas pracują trwają w środowisku, które jest środowiskiem wiary, co jest szalenie ważne. Tak, zgadzam się, że takie środowiska mogą być dla kogoś dziwne. Są dziwne, bo czegoś takiego wcześniej nie było, a teraz coś takiego jest. Kiedy myśleliśmy o takiej piekarni to myśleliśmy, że to będzie tylko piekarnia. Później jednak przyglądając się różnym miejscom i widząc potrzeby naszego miasta, pomyśleliśmy, że dobrze by było, aby to była piekarnia i kawiarnia dostępna dla wszystkich. Chcieliśmy, aby do tej kawiarni mógł przyjść nawet najmniej zamożny i zjeść u nas obiad razem z rodziną. Nie mieliśmy wcześniej takiego miejsca w mieście. W ogóle nie ma czegoś takiego jak cukiernia. Ta knajpa jest także zaproszeniem do wsparcia naszego dzieła. Każdy człowiek, który do nas przychodzi, dostaje menu na którym jest napisane, że kupując u nas wspomaga dom św. Marcina de Porres itd. Każdy kupując coś u nas wspiera nasze dzieło. Funkcjonuje to zupełnie tak jak „Ciacho za ciacho”.

 

Rzeczywiście, to brzmi bardzo podobnie.

 

Ja kupuję, ja coś dostaję, a jednocześnie pomagam. To jest chyba taka najpiękniejsza forma pomagania. Jeżeli ktoś potrafi pomagać „po prostu” no to super. Są ludzie, którzy tego jeszcze nie potrafią i oni w taki sposób „przy okazji” pomagają, i to jeszcze jak.

 

No tak, nigdy na to tak nie patrzyłem.

 

Właśnie dlatego zrodził się ten pomysł kawiarni i cały czas mamy tam po prostu dzieci. Mamy dla nich taki pokój specjalny więc to cały czas się tam kręci.

 

Skąd ojciec czepie inspirację do tworzenia takich niezwykłych dzieł, w dodatku z tak wielką pasją. Zawsze ojciec miał taki talent?

 

Nie wiem. Chyba faktycznie zawsze coś takiego miałem, że szybko się zapalałem do nowych pomysłów. Mam dwie takie przestrzenie, gdzie szczególnie te pomysły się rodzą. Po pierwsze to podczas takiego sposobu modlitwy, który lubię najbardziej, czyli podczas adoracji. Często mi jest trudno się modlić, bo wewnętrznie jestem ostrzeliwany pomysłami. Po drugie są dla mnie inspiracją inni ludzie. Ja po prostu słucham innych ludzi i momentalnie się zapalam pomysłami innych ludzi. Więc jak ktoś przychodzi do mnie i mi mówi: „ słuchaj, gram na akordeonie”. To ja już go od razu widzę w uwielbieniowej wspólnocie i kombinuję skąd mogę dla niego dostać ten akordeon, żeby odpowiednio wykorzystać jego talent. Tak samo jest z talentami wszystkich innych ludzi. Staram się zobaczyć w nich to co jakoś Pan Bóg w nich złożył i w to inwestować. Czasem to wypala, czasem nie wypala. Kupiłem kiedyś skrzypce i nikt na nich nie gra. Dwie osoby próbowały co prawda, ale nic z tego nie wyszło.

 

Może skrzypce czekają na trzecia osobę

 

No tak. Może jeszcze przyjdzie na nie czas. Mamy w ogóle mały problem z muzykami. Widziałem, że trochę się tym zajmujesz. Mnie to strasznie się podoba. Ogromnie mi się podoba więc kto wie. Może to też jest pomysł, żebyście zebrali się, wsiedli do pociągu i do nas przyjechali.

 

To dość zaskakująca propozycja.

 

Czemu nie. To jest zawsze coś, zawsze to jest pomysł. Ja myślę, że każdy jest jakoś tam dla każdego dobrem i natchnieniem. Ja zawsze się staram u kogoś coś podchwycić, łapnąć coś dla siebie. Moim zdaniem każdy, bez wyjątku coś może wnieść i każdy człowiek jest takim skarbem. Jeśli tylko potrafimy, bo to jest też chyba takie trudne, jeśli potrafimy ten skarb dostrzec. Mi się wydaje, że w Polsce jest trudniej dostrzec. U nas jest bardziej Kościół indywidualny. Jeśli ja mam 200 parafian to ja ich znam. Znam ich problemy, znam ich radości, znam też ich talenty. Z tym ogromem ludzi, którzy są tutaj, to oczywiste jest, że Kościół pozostaje bardziej anonimowy. Wspólnota zostaje bardziej anonimowa. W tej kwestii w pełni się zgadzam z księdzem bp. Grzegorzem Rysiem, bardzo go lubię. Zgadzam się z nim, że ludzie poznają się w małych wspólnotach. W Fastowie mamy dużo małych wspólnot, gdzie jest może po kilka osób. Są grupy biblijne, czy jakieś inne wspólnoty np. grupa św. Józefa.

 

Mówi ojciec o 200 parafianach, ale wokół domu św. Marcina de Porres gromadzi się więcej osób.

 

Tak. Wokół domu jest o wiele więcej osób. Teraz to jest około 100 dzieci, plus ich rodziny, plus 80 pracowników.

 

Plus odwiedzający waszą knajpę.

 

Z tymi to już będą tysiące ludzi.

 

Te liczby robią wrażenie.

 

Ci co korzystają z tego środowiska mają duży udział w tej liczbie. My zawsze jak robimy dzień dziecka to martwimy się czy nam wszystkiego wystarczy. W tym roku mieliśmy bodajże 4 tyś dzieci na tej imprezie, a nie wiemy ilu było dorosłych. Wczoraj jak byłem na spotkaniu w woluntariuszami zaangażowanymi w „Ciacho za ciacho” to tak rzuciłem okiem i pomyślałem sobie „no mniej więcej tyle wolontariuszy co u nas, więc chyba wszystko będzie dobrze”.

 

Tamtejsi wolontariusze też są związani z domem?

 

Nie. To jest takie bardzo piękne, że ci nasi wolontariusze to jest zwykła młodzież z miasta, która nie ma żadnego z nami bezpośredniego kontaktu. Oni wiedzą co my robimy i że to święto jest potrzebne dla dzieci i biorą w tym udział, tak po prostu.

 

Takie działanie, to według ojca preewangelizacja, czy też może taka współpraca to już jest to co Kościół może zaoferować innym najlepszego, to czego można w chrześcijaństwie doświadczyć najpiękniejszego?

 

Myślę, że to jest najważniejsze w chrześcijaństwie, że to jest właśnie ta przestrzeń o której mówił papież Benedykt XVI. To jest przedsionek pogan, gdzie może jeszcze nie jestem w świątyni, ale już jestem blisko, jestem tuż obok. Nie jest takie proste przekroczenie progu. Dużo mi osób mówiło, że trudno jest im przekroczyć próg kościoła katolickiego, bo są prawosławni. Ta przestrzeń pomaga przekroczyć próg. Taka bariera do przekroczenia jest w każdym człowieku, to nasza naturalna reakcja na coś innego.

 

Ma coś ojciec konkretnego na myśli?

 

My na prawosławne Boże Narodzenie robimy takie święto z ogniskiem, z grillem, kolędami itd. Byłem zdziwiony, że setki ludzi wchodziło przy okazji tego święta do naszego kościoła. Po prostu wchodzili do kościoła i dla mnie to było przedziwne. Żadna inna okazja nie dawała możliwości takich odwiedzin. Ludzie przychodzili, czuli się rodzinnie i wchodzili do kościoła. To jest niesamowite. Na przykład taki starszy człowiek, po siedemdziesiątce ze łzami w oczach powiedział: „Wie ojciec co? Mieszkam tutaj w tym bloku obok. Mam ponad 70 lat i zawsze sobie wyobrażałem jak ten kościół wygląda w środku. Dopiero dzisiaj zdobyłem się na odwagę, żeby do tego kościoła wejść”. On płakał jak ze mną rozmawiał. Ja sobie czasem myślę, że dla takiej właśnie okazji warto otwierać nasze drzwi.

Wydajemy też takie czasopismo ewangelizacyjne. Ukazuje się w nakładzie 2 tys. egzemplarzy, 6 razy do roku. Rozdajemy je w różnych miejscach. Nasza młodzież je tam roznosi, więc ludzie już znają bardzo dobrze to czasopismo. Zero jakiejś tam propagandy katolickiej, czy coś takiego. Opisujemy tylko historie, które jakoś tam ludzi dotykają. Ostatnio wydrukowaliśmy świadectwo słynnej amerykańskiej dziennikarki, która przeżyła aborcję solną. Pewnego razu spotkaliśmy kobietę na bazarze. Ona czymś tam handlowała, a my właśnie rozdawaliśmy kolejny numer. Okazało się, że ta kobieta przeczytała to świadectwo i zalana łzami powiedziała taką piękną rzecz: „Wiecie co, jestem w ciąży. Chciałam dokonać aborcji, ale przeczytałam świadectwo tej dziewczyny i stwierdziłam, że nie będę tego robić. Nie mam prawa odbierać życia”. Dodała: „Wypełnia mnie teraz radość i wdzięczność, że mogłam to przeczytać i to był dla mnie bardzo wyraźny znak Boży”. Warte było wydanie tych 150 numerów dla tego jednego ocalonego życia ludzkiego.

 

Wzruszające są te historie.

 

Myślę, że w tym jest takie sedno każdego życia, w ogóle. Jeśli nie będziemy mieli w sobie odwagi robić dobre rzeczy no to chrześcijaństwo jest takie… Absolutnie nie uważam się za kogoś i nie dorastam do tego, abym mógł kogoś pouczać. Każdy ma swoją drogę. Każdy jednak powinien robić to co od niego zależy, tego jestem pewien.

 

Powrócę jeszcze do pytania z początku rozmowy. Można powiedzieć, że to wszystko zaczęło się od hamburgerów, czy nie?

 

Nie. Nie zaczęło się od hamburgerów. Wszystko się zaczęło w jakiejś mierze od współczucia, takiego prostego współczucia. W Czortkowie, skąd pochodzę, o. Jan Piątkowski poprosił mnie kiedyś, żebym pomógł cygańskim dzieciom. Zresztą po dzień dzisiejszy staramy się tam im pomagać. Zaprosiłem, więc te dzieci na herbatę. W zakrystii, w kościele, zaparzyłem im tę herbatę, wtedy jeszcze nie było takiej herbaty w torebkach. Moje zdziwienie było ogromne. Pierwszy raz zobaczyłem, że ktoś potrafił wypić herbatę i zjeść fusy, które zostały na dnie kubka. Pomyślałem: „Zjeść łapczywie bułkę, bo jest się głodnym to wiadomo, ale zjeść fusy? Czy ktoś może nie wiedzieć, że tego się nie je?” Wtedy pierwszy raz zobaczyłem prawdziwy głód. Ja sam nigdy nie głodowałem, w domu zawsze było coś do jedzenia, choć lata 80. nie należały do najłatwiejszych. To było dla mnie strasznie trudne doświadczenie. Miałem wtedy 17-18 lat, ale to było doświadczenie, które mnie zawsze pchało do przodu. Więc fusy z herbaty, a nie hamburgery. Zawsze je w sobie noszę i sobie przypominam. Kiedyś o. Andrzej Kamiński, ówczesny wikariusz, zapytał mnie, czemu wybrałem dominikanów. Tak szczerze mówiąc, to zawsze miałem jedną odpowiedź, może teraz miałbym jakąś inną, ale ta jest mi bliska zawsze: Co będzie z grzesznikami? Współczucie Dominika, to jest piękne. To jest taka ważna rzecz.

 

Film się kończy z takim błyskiem w oku ojca marzącym o przyszłości. Czy mógłby ojciec uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić o czym teraz ojciec myśli, co ojciec planuje dalej pomagać w Fastowie?

 

Od tego czasu już coś zrobiliśmy. Mianowicie kupiliśmy konie i mamy hipoterapię. Podczas nagrywania filmu jeszcze jej nie było. Robimy tą hipoterapię dla dzieci. Teraz jakoś Pan Bóg mnie bardzo dotyka przez te cierpiące dzieci. Bardzo lubię przebywać z nimi. Mam ogromny szacunek do rodziców, którzy mają tak trudne dzieci. Szczególnie mamy taką panią, która u nas odpowiada za rehabilitację. Jej córka jest niewidząca, niesłysząca, nie może się poruszać. To są bardzo trudne sytuacje, dla mnie ponad wszelkie zrozumienie. To są dzieci, które bardzo cierpią, które nigdy nie będą chodzić. Zawsze jestem absolutnie onieśmielony i mały w obecności tak chorego dziecka. Nie dorastam absolutnie do tego dziecka. Czuję w sobie jakąś taką maleńkość. Czuję, że stoję przed kimś, kto jest o wiele większy ode mnie. Bardzo się cieszę, że mamy te dzieci, bo one nas wiele uczą. Mamy teraz 40 takich dzieciaków, są nam one bardzo potrzebne. To jest to, co zaczęliśmy robić od września. Ta hipoterapia jest właśnie dla tych dzieciaków. Nigdy nie myślałem, że ten rodzaj leczenia jest tak skuteczny. W ogóle zaczynaliśmy trochę ryzykując, bo nie wiedzieliśmy kto będzie zajmował się tymi końmi. Pan Bóg wszystko oczywiście poukładał, nawet lepiej niż sobie to wyobrażałem. Teraz w ogóle nie muszę się tym zajmować.

 

Czyli Pan Bóg też współpracuje.

 

Tak. On wszystko zrobił sam, z Marcinem jakoś to pozałatwiał. Ja czasem mam wrażenie, że jestem tylko świadkiem Bożych cudów. Absolutnie jestem tego pewien. Nie wiedzieliśmy na początku , jak to będzie wyglądało, ale teraz już mamy konie, mamy dla nich stajnię, to jest wszystko skończone i ta hipoterapia już teraz trwa. Myślimy, jak to rozwinąć, żeby to też dawało jakiś grosz, to musi dawać jakiś grosz. A tak na przyszłość, to myślałem, że fajnie by było stworzyć takie ekologiczne gospodarstwo dla ludzi uzależnionych, nawet dla ludzi bezdomnych. Tutaj s. Chmielewska mi zawsze przychodzi na myśl. To jest niesamowita kobieta, odważna, mocna. Ona właśnie takie domy tworzy. Jak będziemy rozpoczynać prace, to bardzo bym się chciał z nią też spotkać i zobaczyć, jak to funkcjonuje. Czytałem ostatnio wywiad z nią i potwierdziły się moje przypuszczenia. Ona też pracuje tak spontanicznie. Wszystko to zależy od konkretnych ludzi, od tych, którzy są na miejscu, od tego co oni potrafią, czego oni chcą, gdzie oni chcą. Chcielibyśmy zrobić takie gospodarstwo, w którym by coś można było robić. Zużywamy dożo mozzarelli, więc chcemy zacząć robić własny ser i w tym kierunku chcemy iść. Mamy taki duży obiekt. To jest też w ogóle cud, że go mamy. To jest takie 5 domów i 25 ha terenu. To jest taki trochę kompleks rekreacyjno-wypoczynkowy. Jedna pani ze Szwajcarii to nam ufundowała i teraz my za to odpowiadamy. Nie mogliśmy tam dużo inwestować, więc dopiero teraz będziemy szukać możliwości inwestowania tam na przyszłość. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

 

Życzę w takim razie jak najlepiej.

 

Dziękuję. Zresztą pierwszy raz spotykam kogoś z imieniem Tobiasz. Piękne, no po prostu piękne.

 

Dziękuję.

 

Więc musisz mieć psa.

 

Właśnie nie mam. Może kiedyś, teraz na studentacie to trudno…

 

Mamy labradory. Zapraszam, więc do Fastowa.

Leave a reply