Gotowy na wszystko?


  • Maj 08, 2018
Share this :   | | | |
Gotowy na wszystko?

 

O

d dłuższego czasu konfrontuję się ze swoim indywidualizmem i chęcią bycia samowystarczalnym. Do tej pory starałem się wszystko mocno trzymać w garści, zawsze mieć przygotowany plan i starannie dobrane środki do jego realizacji, tak żebym nie potrzebował niczyjej pomocy. Można by powiedzieć, że moim mottem było „umiesz liczyć, licz na siebie”.
 
Raz w miesiącu mamy tzw. przechadzkę całodzienną. Jest to okazja, żeby spędzić dzień wspólnie z braćmi, pojechać na jakąś wycieczkę, zmienić na chwilę otoczenie. W kwietniu wybraliśmy się we trzech na rowery. Mieliśmy do przejechania ok. 80 km.
 
Jak zwykle przed wyjazdem zadbałem, żeby rower był dobrze przygotowany i sprawny. Do plecaka schowałem niezbędne narzędzia i zapasową dętkę. Wydawałoby się, że nic nie może mnie zaskoczyć.
 
Ruszyliśmy w drogę. Wokół malownicze, nadwiślańskie łąki i bażanty znienacka wylatujące z przydrożnych zarośli. Ciekawa rozmowa z braćmi, a do tego wiosenne ciepłe popołudnie.
 
W pewnym momencie widzę, że opona w przednim kole oklapła. Zatrzymujemy się. Szybka diagnoza – przebita dętka. Jeden z braci wyciąga z plecaka zestaw łatek, ale tubka z klejem jest pusta. Długo nieużywany klej wyparował. Nic strasznego, mam przecież zapasową dętkę. Chwila na wymianę i ruszamy dalej. Słońce powoli zachodzi, barwy traw i krzewów ocieplają się, ale w powietrzu zaczyna się odczuwać wieczorny chłód.
 
Kilka kilometrów dalej robi się szaro. Wjeżdżamy w małą, piaszczystą, leśną ścieżkę, która delikatnie pnie się w górę. W mroku nie zauważyłem piachu i było już za późno na zmianę przełożenia. Słyszę trzask i czuję tylko, jak moje nogi wykonują nieefektywne obroty, a rower stoi w miejscu. Zerwał się łańcuch.
 
Wołam braci, żeby zawrócili. Jest już ciemno. Robię się trochę nerwowy, ale przecież jestem przygotowany – mam narzędzia i już kiedyś musiałem skuwać łańcuch w trasie. Zabieram się do pracy. Bracia chcą pomóc, trzymają latarkę, podają narzędzia, dają dobre rady. Jak ja tego nie cierpię! Po co bezustannie gadają mi nad uchem. Przecież doskonale wiem, co robić. Najlepiej niech mi nie przeszkadzają. Jestem coraz bardziej nerwowy i nieprzyjemny.
 
W końcu udaje się spiąć rozerwane ogniwo łańcucha i ruszamy dalej. Jest już zimno i późno, a ręce mam całe czarne od smaru. Chcę jak najszybciej wrócić do klasztoru. Wjeżdżamy na drogę prowadzącą do Krakowa. Ze względów bezpieczeństwa jedziemy jeden za drugim, nie ma już rozmów. Do klasztoru zostało już tylko jakieś 15 km, jeszcze jeden podjazd i potem już z górki. I znowu trzask i bezcelowe kręcenie pedałami. Mam już tego dosyć. Mówię braciom, żeby jechali dalej, a ja zadzwonię po kogoś, żeby zabrał mnie samochodem.
 
Wtedy jeden z braci szybko wyszukuje w telefonie, że niedaleko jest przystanek i za 10 minut będzie autobus do Krakowa. Drugi daje mi swój rower i mówi, że do przystanku dojedzie na moim, jak na hulajnodze. Wszystko dzieje się błyskawicznie, a ja nic nie muszę robić! Po kilku chwilach stoję w autobusie i macham braciom przez okno. Do zobaczenia w klasztorze!
 
Jeszcze nie odmawiałem nieszporów, więc jedną ręką trzymam zepsuty rower, drugą – komórkę, w której szukam tekstu Liturgii Godzin, do tego staram się utrzymać równowagę. Czytam pierwszy psalm i nie mam już więcej wątpliwości:
 

„Jeżeli Pan domu nie zbuduje,
na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą.
Jeżeli Pan miasta nie ustrzeże,
strażnik czuwa daremnie.
Daremnym jest dla was
wstawać przed świtem,
wysiadywać do późna –
dla was, którzy jecie chleb zapracowany ciężko;
tyle daje On i we śnie tym, których miłuje.”
(Ps 127, 1-2)

 
Bóg chce mi pokazać, że drugi człowiek nie jest ciężarem, z którym mam się zmagać, ale jest darem, dzięki któremu mogę doświadczyć Jego miłości i opieki.
 
Dlaczego życie ma być trudne? Dlaczego ma być wyzwaniem, z którym mam zmagać się w pojedynkę? Przecież Bóg daje mi bliźnich, różne sytuacje, okoliczności nie po to, żeby mi utrudnić życie, ale żeby mi pomóc i sprawić, bym się swoim życiem cieszył.
 
Życie to nie tor przeszkód, który muszę jak najszybciej przebiec o własnych siłach, patrząc przy tym z podejrzliwością na drugich, czy nie chcą mi podłożyć nogi. Życie to stan permanentnego obdarowania. Bóg mnie kocha i na każdym kroku chce mi pomagać. Mój problem polega na tym, że często Mu nie ufam i brakuje mi pokory, żeby z radością przyjąć Jego pomocną dłoń.
 
Poczułem się trochę jak biblijny Jakub, który do pewnego momentu życia chciał zbudować wszystko w oparciu o własne możliwości i spryt. Dopiero Anioł Boży musiał wywichnąć mu biodro, żeby ten zrozumiał Bożą logikę i dał się przemienić.
 
Bóg dwukrotnie zerwał łańcuch w moim rowerze, żebym się nawrócił i zgodził się na to, że przez życie nie idę sam, że On jest zawsze przy mnie i kocha mnie tak bardzo, że wszystko chce mi dać i we wszystkim pomóc.

Leave a reply