„Monos” – człowiek wezwany do jedności


Share this :   | | | |
„Monos” – człowiek wezwany do jedności

artykuł Michała Zioło OCSU


Send to Kindle

 

„Prawdziwa nadzieja leży nie w tym co, jak nam się wydaje, możemy zrobić,

lecz w Bogu, który w sposób dla nas niezrozumiały obraca to w dobro.”

Thomas Merton

 

I

Jednym z największych niebezpieczeństw życia monastycznego jest próba wytłumaczenia tego powołania co zazwyczaj kończy się katastrofą: odejściem od najmocniejszej powagi jaką wyzwala i w jakiej dzieje się wezwanie Boga skierowane do człowieka i odpowiedź tego ostatniego. Kategorie „użyteczności publicznej” używane w tym fatalnym procederze i tak należą do jednych z bardziej pobożnych i najmniej krzywdzących miłość. Napisałem „najmocniejszej powagi”, bo nie znajduję innego bardziej adekwatnego wyrażenia na opisanie klimatu dialogu między powołanym? w którym wciąż jeszcze przekonanie o wielkości człowieka jest „źle umieszczone”, a Tym, Który swojego Syna wydał na śmierć za nas, gdyż wie kim jest stworzony przez Niego człowiek. Duch tej powagi przenika też całą Regułę św. Benedykta.

Nie znaczy to wcale, że niejako mechanicznie zostaje z nas zdjęty obowiązek wczytywania się w to powołanie i wyczuwania pulsu najważniejszych w nim wezwań. A ponieważ „życie cenobitów nie jest innej natury niż „zwykłe” życie chrześcijańskie – jak mówi André Borias OSB – bardzo wyraźnie rysuje się w nim obowiązek odpowiedzi na pragnienie Chrystusa „Abyście byli jedno”.

 

II

Benedyktyna-cystersa najwierniej zdaje się opisywać dokument z pierwszych lat istnienia „Nowego Monasteru – Exordium Parvum”: Alberyk i Szczepan – dwaj z Ojców Założycieli przedstawieni są w nim jako „Amator regulae et fratrum” (IX, 2) i jako „Amator regulae et loci” (XVII, 3). Spróbujmy więc pokazać jak bardzo płodna i trzeźwa ekumenicznie jest ta definicja mnicha z Citeaux: „Amator regulae, loci et fratrum”.

 

III

Chociaż Reguła nie stanowi ogólnego, dogmatycznego wykładu (poza Prologiem), i jest raczej zbiorem ścisłych i bardzo konkretnych propozycji ułożenia życia w klasztorze tak, aby „silnym nie szkodzić i słabych nie zniechęcać” – to jednak jest ona ogólna w sensie, który nadał jej Benedykt: jej realizacja, jej życie możliwe jest wtedy, gdy zostanie dostosowana do miejsca, czasu i przestrzeni spotkania, którą tworzą konkretni bracia i ich wybory. Bo jak wiadomo, to nie Reguła chroni mnichów, lecz mnisi Regułę. Jednak mądra aplikacja wskazań Benedykta dokonuje się może nade wszystko przez Miejsce?

Najpierw jednak prześledźmy główne ekumeniczne zasady Reguły. Truizmem jest oczywiście stwierdzenie, że ten dokument-wychowawca dla wielu pokoleń mnichów pulsuje Ewangelią i właśnie dlatego Reguła jako pedagog jest bezpieczna, czyli mądrze wymagająca, przewidująca również możliwość pełnej realizacji przedstawionych w niej wezwań jako że mnisi znajdują się w przestrzeni i czasie po Zmartwychwstaniu i Zesłaniu Ducha Świętego, Który działa („operuje”) w ich sercach. Z tych właśnie misteriów wypływa pierwszorzędny wymóg ludzkiej egzystencji, jakim jest jedność na wszystkich poziomach:Bóg – człowiek, człowiek i jego wnętrze, człowiek i drugi „zadany” (przełożony, stary i młody, chory i gość). Nie na darmo Zmartwychwstały objawia się swoim uczniom jako Przebaczający, a orędzie św. Piotra po Zesłaniu Ducha Świętego jest orędziem przebaczenia – tak więc oprócz wymogu podany jest również sposób jego wypełniania.

Tak wiec Reguła uczy ( i jest to pierwsze wielkie prawo mniszej ekumenii) „szanować wszystkich ludzi” (R.B. IV, 8) opierając się na autorytecie Chrystusa, Który nie potrzebował niczyjego świadectwa, bo sam wiedział, co kryje się w sercach ludzi. Zakorzenienie tego wymogu w „Mądrości i Wiedzy” Boga, która objawiła się w umęczonym Mesjaszu jest również sygnałem mądrej nieufności wobec hasła braterstwa ludów i wszelkiego rodzaju „ekumeniczno-rewolucyjnego kumpelstwa” grup i nacji. Tzw. „naturalne braterstwo” po śmierci Abla jest kategoria wątpliwą. Zdając sobie z tego sprawę przyjmijmy, że „naszym zadaniem jest kochać innych nie zastanawiając się nad tym, czy są tego warci. To nie nasza sprawa. Mamy kochać. Właśnie togo się od nas oczekuje, bo właśnie to, jeśli cokolwiek, może sprawić, że zarówno my, jak i nasi bliźni staniemy się tego warci?” (T.Merton) Pierwsze wielkie prawo ekumenii realizuje się nie przez prostą sympatię czy sentyment zasilany wyobrażeniem o własnych zdolnościach w tym względzie i przekonaniem o własnej świętości, lecz w posłuszeństwie. Mnich nie powinien żywić złudzeń, mnich powinien być posłuszny – czyli wydany Bogu w zależności i jako taki zobowiązany jest do odnoszenia całego swojego bytu do Boga – Stwórcy i Dawcy. Ta postawa stanowi fundament wszelkich ekumenicznych relacji w grupie ludzkiej nigdy nic dość wolnej od rywalizacji, zawiści i zazdrości. Napomnienie Pawłowe skierowane do Koryntian jest obezwładniające w swej prostocie : „Któż będzie się wyróżniał? Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś otrzymał, to czemu się chełpisz, tak jakbyś nie otrzymał?” (1 Kor 4, 7).

Ponieważ w „Szkole Służby Pańskiej” (tak Benedykt nazywa mnichów żyjących pod Regułą i opatem) realizacja odpowiedzi na pytania o sens takiego życia i życia w ogóle mogą przynieść rozczarowania i rozpacz, jak też pojawiające się zrazu ciemności wiary – Benedykt w rozdziale „O narzędziach dobrych uczynków” wskazuje na Boże Miłosierdzie jako źródło ufności ludzkiej (i jest to drugie prawo ekumenii monastycznej). Nie wydaje się, żeby Ojciec mnichów Zachodu był wyznawcą popularnego przekonania o miłosierdziu: „chociaż ciążą na mnie grzechy i zaniedbania, to i tak nie będę za nie odpowiadał?” Można powiedzieć, że miłosierdzie jest raczej „kluczem interpretacyjnym” do całego życia mnicha, który otwiera przed nim takie drzwi Bożego Domostwa jak wierność, czułość, opieka, i najważniejsze – ostateczne: kenoza. Padające przez nią Boże światło sprawia, że ludzka słabość przestaje być przekleństwem, upośledzeniem, materiałem dla kościołów resentymentu i rewolucyjnych komitetów dziejowej zemsty, ale rzeczywiście objawia się jako środek, narzędzie paschalnego zwycięstwa. Realizacje tych dwóch ekumenicznych zasad życia monastycznego : „szacunku dla wszystkich ludzi” i używanie „klucza Miłosierdzia” otwierającego życie w Duchu, są „monitorowane” przez zachowanie wzajemnego posłuszeństwa w klasztorze (trzecie prawo ekumenii monastycznej). Tylko tak możemy odkryć tę bolesną prawdę, jak bardzo ten drugi nie jest „bratem w Chrystusie”, ale „problemem do szybkiego rozwiązania”. Wzajemne posłuszeństwo w Szkole Służby Pańskiej nie jest kolektywną gombrowiczowską ostrogą skazanego na siebie tłumu, lecz tylko „praktycznym wnioskiem” wyciągniętym z prawdy, że nie ma „mojej” wspólnoty, „mojego” Kościoła, „mojego” Chrystusa. Ostatecznie taka postawa zawęża możliwości stojące otworem przed człowiekiem, zawęża horyzonty, które w rzeczywistości są szerokie, tak jak szeroki jest Kościół Powszechny, „skraca” wielkość człowieka przyznając mu ostatecznie i łaskawie funkcję interpretatora obiecujących snów i znerwicowanego stróża w przedpokoju podświadomości? Nie na darmo opat ma prawo zlecić „zadanie niemożliwe do wykonania” i to właśnie w duchu wzajemnego posłuszeństwa, które żyje prośbą, uznaniem doświadczenia innych (por. List do Filipian 2, 3: „[?] a niczego nie pragnąc dla niewłaściwego współzawodnictwa ani dla próżnej chwały, lecz w pokorze oceniając jedni drugich za wyżej stojących od siebie”), a nie wyniosłą dumą czy zacietrzewieniem skrzywdzonego geniuszu – monady.

 

IV

„Ogólna” czy inaczej „Otwarta” ku człowiekowi Reguła wypełniana jest w konkretnym miejscu (amator loci), które jest i miejscem na mapie fizycznej, ale jest i tym, co generalnie można nazwać kontekstem życia. Próbujmy wyjaśnić ten termin:

Pytanie o sensowność słowa o Bogu – pisze D. Kowalczyk SJ – jest pytaniem o kontekst (doświadczenie), w którym to słowo jest wypowiadane. Nie chodzi zatem by znaleźć nowe, bardziej precyzyjne pojęcia, które pozwoliłyby nam lepiej uchwycić Boską rzeczywistość, ale o wskazanie kontekstu, w którym słowo o Bogu brzmi autentycznie i przekonywująco. Zagubienie się języka jest zagubieniem kontekstu: odnoszące się do Boga pojęcia ogólne, bez doświadczenia, które powinno być ich gwarantem, gubią swoją wiarygodność. Wówczas, nawet jeśli słowo wyraża prawdę, to w ostateczności owocuje kłamstwem, gdyż zmuszone jest do zamilknięcia w obliczu pytania o własną prawomocność. Słowa padają w pustkę, kiedy przybierają uniwersalność fałszywą, bo będącą wrogiem tego, co konkretne, co realnie istniejące.

Kontekst (miejsce) jest dlatego ekumeniczny, że jest właśnie świadectwem pięknego życia, wzywa do totalnego wydania się Prawdzie, aż po męczeństwo, które obala fanatyzm i łączy wyznania we wspólnej trosce o poszanowanie każdego człowieka (np. w ostatnich latach zginęło w Algierii 82 immamów potępiających przemoc Islamskiej Grupy Zbrojnej). Konkretność spotkania z problemami epoki i tej cząstki ziemi, na której przyszło żyć mnichom, ożywcze napięcie między wymogiem a jego realizacją w często odmiennej kulturze, potwierdza ogólnoludzką wartość Dekalogu i Przykazania Miłości, i zachęca innych do wstąpienia w takie doświadczenie. I tak Reguła jest w rzeczywistości osobistym zapisem „kontekstu” Benedykta, zapisem jego doświadczenia. Brzmi wiarygodnie i z kolei potwierdzana jest przez pokolenia braci – w tym również ostatnich cysterskich męczenników z Notre Dame de l’Atlas w Algierii, którzy nie opuścili tego kraju ze względu na ślub Miejsca – Kontekstu. I znów, chociaż każdy osobiście odpowiada za kontekst, miejsce, to jednak nie wymyśla nowych zasad i zadziwiających ćwiczeń, ale próbuje dowiedzieć się, co jest – jak powie prof. Swieżawski – wartością większą, a co winno pozostać na dalszym planie, jak zachować ośmielający innych umiar (tak obecny w Regule!) i jak prawidłowo postawić w swoim życiu akcent.

 

V

Mnich jak mało kto doświadcza zła w czystej postaci i to również ze strony innych. Dlatego tytuł „Amator fratrum” przysługuje rzeczywiście tylko tym, którzy są w stanie paschy (według określenia o. Hansa Kolvenbacha), którzy przechodzą ze śmierci do życia, a jak uczy miejsce – kontekst jest to nigdy nie kończąca się czynność. Mnich jest ustawicznie w drodze: chociaż Reguła w 49 rozdziale zachęca go, aby jego życie toczyło się w klimacie Wielkiego Postu, czyni on to właśnie w perspektywie Paschy. Mnich nie jest sam, lecz służy pod sztandarami zwycięskiego Chrystusa, wędruje z Barankiem Paschalnym. Z Jego pomocą wydobywa siebie nade wszystko ze stanu piekła? Ze słowem piekło jest w mojej świadomości i w moim doświadczeniu zrośnięta przenikliwa formuła św. Antoniego Pustelnika: „Piekło istnieje dla mnie samego”. To trzeba dobrze rozumieć Nie twierdzę, że samotność jest piekłem, że ono istnieje dla mnie samotnego.

Samotność może być co najwyżej uciążliwa. Z piekłem nie ma to nic wspólnego. Piekło nic przychodzi wtedy, kiedy jestem samotny, ale właśnie wtedy i tylko wtedy, kiedy jestem już tylko ja sam i wszystko jest już tylko gruntownie i wyłącznie moje. (T. Węcławski)

Mnich jest ustawicznie w drodze z innymi braćmi. Przynaglany mocą Chrystusa ucieka od piekła, grzechu, pychy, zapominania o Bogu (Prolog 42; 4, 69; 7, l0), czyli od tego wszystkiego, co w konsekwencji sprzeciwia się Nowemu Przykazaniu i co jest owocem błądzenia (vagare: 1, 11; 66, 7) po swoich własnych drogach. Dynamizm drogi odbywanej z Chrystusem obecnym w Regule również w postaci opata i współbraci, a także gości – objawia się nie w rywalizacji „ludzi pojedynczych”, ale jak mówi Aquinata Bockmann OSB „w wysiłku wspólnym pod Regułą i opatem, który to wysiłek wprowadza mnicha w Bożą nieskończoność” (por. Prolog 2; 4, 73) Paschalność tej podróży widoczna dobrze we wszystkich formach conversatio mnicha, może najbardziej skandaliczna dla sposobu myślenia „tego świata”, wydaje się być w przypadku postawy odrzucającej tani i szybki efekt (stać się najpierw świętym, a później dopiero na świętego wyglądać – tak cierpko – ironiczny porządek panuje w Regule w rozdziale „O narzędziach dobrych uczynków”). Zdolność oddawania szybkich zwycięstw i pola stymulujących efektów ma przygotować mnicha (który zresztą nie ma prawa posiadać niczego, a wada „proprietarstwa” jest dla Benedykta najcięższa?) na efekt największy z możliwych: zmartwychwstanie w Chrystusie! Bliższy więc rzeczywistości za murem opactwa jest nie obraz małego raju, lecz Znaku Jonasza. Do tego Znaku przynależy również wola Miłosiernego Ojca zbawienia wszystkich ludzi (symbolem Niniwa) i dość wyraźny – piszę to z trwogą – opór człowieka, który niezwykle chętnie, zaopatrzony w potężne racje zamyka się w ciasnym horyzoncie własnej myśli, siły klanu, niezwykłości charyzmatu wspólnoty do której należy, w poczuciu wybrania, z żartobliwą wyrozumiałością wobec innych tradycji i doświadczeń, deprawując prawdę i jej adresatów przez jej ideologiczne używanie. Jakże niekiedy zatrważająco podobny do naszych reakcji jest opis fanatyka dokonany przez Davida Hume’a, jakże zastanawiająco doskonalej wypada pod piórem Dostojewskiego postać fanatycznego ojca Feraponta i jak papierowa wydaje się przy nim postać dobrego ojca Zosimy?

Fanatyk sam siebie konsekruje i sam siebie przyobleka w świętość znacznie przewyższającą tę, jaką formalne obrządki i instytucje mogą zlać na innych (?). Egzaltacja opierając się na tężyźnie umysłowej i na zarozumiałej śmiałości charakteru, musi doprowadzić do najbardziej krańcowych decyzji; szczególnie gdy dosięga wyżyn, na których obałamucony fanatyk zaczyna wierzyć w boskie natchnienie i pogardza zwykłymi prawami rozumu, moralności i odwagi. (David Hume)

Czy może więc po tych wszystkich uwagach nie należy znów pokornie powrócić do Prologu Reguły św. Benedykta i koleiny raz rozważyć uniwersalną zasadę ekumenii: „POSŁUCHAJ SYNU?” A może po prostu posłuchać?

Leave a reply