Postawa służby, a nie manipulacji


Share this :   | | | |
Postawa służby, a nie manipulacji

artykuł kardynała Godfried’a Danneels’a, tłumaczył Błażej Matusiak OP
 


 
Pobierz artykuł

Send to Kindle

 

 
Zwrot o 180 stopni.
 
Podczas pierwszej połowy obecnego wieku liturgię charakteryzowało całkowite oddzielenie prezbiterium i nawy, kapłanów i wiernych. Każdy z tych ostatnich czytał swoją książeczkę do nabożeństwa lub odmawiał różaniec, podczas gdy ksiądz sprawował swój rytuał przy ołtarzu. Były to dwie liturgie paralelne, przy czym liturgia ludu odbywała się „przy okazji” liturgii księdza, ale poza strukturą liturgii. Dwie bariery symbolizowały ten podział: balaski oraz łacina. Sobór Watykański II wzbudził odnowę liturgiczną, której siłą napędową było kluczowe słowo „uczestnictwo”. Symbolicznie zniesiono balaski i zaczęto sprawować celebrację w języku narodowym. Ale co oznacza „bycie aktywnym” podczas liturgii? Są tu możliwe dwie skrajne postawy: albo wchodzi się w grę liturgii albo się nią manipuluje sprawiając, że ona wchodzi w naszą grę. Dawniej prawo kanoniczne i rubryki panowały nad wszystkim, a księża stosowali się do ich przepisów z posłuszeństwem, niekiedy – z braku wiedzy – dziecinnym. Dzisiaj jest odwrotnie; to liturgia ma nam być posłuszna i dostosowywać się do naszych pomysłów, po to byśmy mogli gromadzić się na czymś w rodzaju meetingu czy happeningu: „Będziemy celebrować to, cośmy przeżyli”. Nieco upraszczając można powiedzieć, że to przejście od posłuszeństwa rubrykom do postawy manipulacyjnej jest rewolucją o 180 stopni.
 
Liturgia nas przekracza
 
Misterium, które celebrujemy, jest przede wszystkim dziełem Boga, tym które On sprawuje w nas i dla nas. Liturgia jest epifanią misterium Boga, Odkupienia, Chrystusa. Przedłuża ona Wcielenie w naszych symbolach, naszych rytach, naszym głoszeniu i w naszym uczestnictwie. Jest ona również epifanią Ciała Chrystusa, maluje obraz Kościoła, gdyż wspólnota zgromadzona przez Chrystusa jest Jego Ciałem. Zatem nie stwarzam liturgii, ale w nią wchodzę. Kreatywność w liturgii to, tak jak w muzyce, wariacja na temat zadany. Temat jest mi dany i nie pochodzi ode mnie. Liturgia to architektura natchniona przez Biblię i Tradycję i wycyzelowana przez Kościół – Oblubienicę Chrystusa. Trzeba w liturgię wchodzić w postawie służby, a nie manipulacji. Należy służyć liturgii, a nie posługiwać się nią. W liturgię wchodzi się zwracając się ku Bogu po to, aby Go przyjąć. Na celebrację składa się słuchanie, przyjmowanie, posłuszeństwo. Nie jest ona słowem ludzkim, ale ludzką odpowiedzią na Słowo Boże.
 
Teatr a liturgia
 
Wszelkie spektakle i sport służą autoekspresji: to my piszemy sztukę, gramy rolę, dajemy dowody artyzmu i dokonujemy wyczynów sportowych. Są to sztuki szlachetne, które bardzo często wyrażają głębokie uczucia takie jak tragizm albo komizm egzystencji. Publiczność angażuje się w nie w miarę jak rozpoznaje własne uczucia. W tych sztukach aktorem jest człowiek. Liturgia to nie przestrzeń, w której mam grać, ale dom, w którym jestem gościem. Aktorem dramatu liturgicznego nie jest człowiek, ale Człowiek-Bóg, sam Chrystus. Bez tej wizji wiary liturgia nie ma żadnego sensu, przypomina dziwny i godny pożałowania teatr, który z pewnością nie zasługuje na wystawianie co niedziela. Nie wzbudza ona żadnego zainteresowania i rozumiem, że się w niej nie uczestniczy. Skoro zaś liturgia jest, w oczach wiary, epifanią Chrystusa, przedłużeniem, jak mówi św. Leon, tego co Pan przeżył w Palestynie – Jego narodzin, Jego przepowiadania, Jego cudów, Jego nauczania skierowanego do uczniów, Jego sporów z faryzeuszami, Jego procesu, Jego śmierci, Jego zmartwychwstania, i Jego posłania z misją – wówczas staje się ona rzeczywistością mistyczną. Nie jest mi ona obca, bo ja również urodziłem się, ja również przepowiadam, ja również toczę spory, ja również kocham i inni idą za mną, ja również umrę. W tragedii Sofoklesa rozpoznaję moje problemy tak jak w zwierciadle. Identyfikując się z postaciami doświadczam katharsis. W liturgii widzę moje problemy w świetle Chrystusa. Więcej jeszcze, nie tylko je widzę, Chrystus bierze na siebie moje jarzmo, uwalnia mnie i kocha mnie.
 
Rozumieć, tak. Ale w jaki sposób?
 
Język liturgii nas poprzedza. Przychodzi do nas ze Starego i Nowego Testamentu i z misteriów Chrystusa przekazywanych przez działania symboliczne. My go otrzymujemy. Rozumieć to nie znaczy zapanować. Rozumienie nie tworzy rzeczywistości. Lampy samochodowe zapalone w nocy nie tworzą znaków drogowych, ale przyjmują odbite przez nie światło. Moja inteligencja nie tworzy tych znaków, ona je odcyfrowuje. Podobnie nie jesteśmy właścicielami znaków i symboli liturgicznych, jesteśmy ich pasterzami. A może wydaje się nam, że język biblijny odnosi się do innego świata, wiejskiego, patriarchalnego? Uważamy język liturgii za zbyt lapidarny, a obraz Boga – archaiczny (Bóg Ojciec)? Kładziemy zbyt duży nacisk na inteligencję i mamy zbyt mało intuicyjnej wrażliwości, by wejść w symbolikę powszechną. Minuit chrétien2 nie ma w sobie nic specjalnie poetyckiego. Śpiewanie go w południe, na obozie, nie miałoby żadnego sensu. Ale wśród żaru zgromadzenia, podczas nocy, gdy lud celebruje misterium Wcielenia, zyskuje to inny sens. A co powiedzieć o Salve Regina, o jego melodii łacińskiej i o jego współczesnej wersji? „Synowie Ewy, wygnańcy na tym łez padole”! Tymczasem, w rycie Komplety, gdy mnisi i wierni zwracają się ku świetlistej Pani, ten hymn przenika noc. Chodzi tu o symbolikę powszechną. Nigdy nie zrozumiemy liturgii. Nigdy jej nie obejmiemy, nie dlatego, że nie zawiera niczego zrozumiałego, ale dlatego, że nadaje kształt misterium Chrystusa. Tego misterium nigdy nie ogarniemy; to ono nas ogarnia. Zrozumienie liturgii to sprawa inteligencji serca. Trzeba wejść w nią w zażyłość, żeby zrozumieć jej język ponad słowami i rytami. Inteligencja serca jest o wiele głębsza niż podejście umysłowe, antropologiczne i biblijne do rytów i symboli. Wejść w liturgię to doświadczyć jej całą swoją osobą, z inteligencją i sercem, z wyobraźnią i pamięcią, z wyczuciem estetycznym i zmysłami: wzrokiem, słuchem, zapachem, dotykiem i smakiem. Nie trzeba więc tłumaczyć liturgii, ale nią żyć. Komentarze raczej przeszkadzają w rozumieniu celebracji niż je umożliwiają. Nie ma nic bardziej zabójczego dla liturgii niż płaskie wyjaśnienie, które redukowałoby ją do jednego wymiaru. Kiedy Ojcowie Kościoła przygotowywali katechumenów do chrztu, nie wyjaśniali im nic z liturgii, zanim ci jej nie doświadczyli. Dopiero potem mówili: „Czy zobaczyliście gesty, które biskup uczynił nad wami? Czy widzieliście, jak łamał chleb?” Trzeba zrozumieć oczami serca.
„Poznać” w sensie biblijnym to wejść w relację z kimś. Rok liturgiczny, na przykład, to nie ciąg miesięcy. To Historia Zbawienia pomiędzy Adwentem i końcem czasów. Adwent otwiera potrójną perspektywę. Celebruje się tam trzy przyjścia Chrystusa: w Betlejem, na końcu czasów oraz w duszy wiernego i w Kościele. Rozumienie liturgii ma zatem porządek dialogiczny: poznajemy misterium osoby i dajemy się przez nie poruszyć. Chodzi bardziej o uchwycenie harmonii niż nut, sensu ukrytego między liniami, tak jak w każdej wypowiedzi głęboko ludzkiej. Kto może zrozumieć miłość? Kto może wyjaśnić to, co przeżywa się wobec misterium śmierci?
 
Co czynić?
 
Kiedy mówimy, że liturgia jest miejscem istniejącym wcześniej, w które trzeba się wszczepić, nie wykluczamy jednak pewnej giętkości. Twórczość nie jest zakazana, wręcz przeciwnie. Problem polega raczej na tym, żeby wiedzieć, jakie są granice, w których można się poruszać. Nie można wszystkiego przewracać, wszystkiego zmieniać. Można modyfikować jedynie pozostając w duchu liturgii. Są tematy, których nie można zmienić, ale wariacje na te tematy są zawsze możliwe. Niektóre są nienaruszalne, gdyż pochodzą od samego Chrystusa. Sam Kościół nie ma żadnej władzy nad tym, co teologia klasyczna nazywa substancją sakramentów. Z drugiej strony są takie elementy liturgiczne, które wprawdzie pojawiły się później, ale których również nie można zmienić. Tak więc są pewne formy modlitwy, pewne słowa, albo też porządek – czytanie, psalm, modlitwa – gdzie nie chodzi o kaprys liturgii, ale o fundamentalną prawdę teologiczną: najpierw mówi Bóg, potem człowiek odpowiada. Aby umieć oznaczyć granicę między tematem a wariacją, potrzeba solidnej formacji liturgicznej, trzeba znać historię i tradycję. Być może brak tej formacji wyjaśnia ubóstwo liturgii, które widzi się w tylu miejscach. Nie brak osób pełnych poświęcenia i zaangażowania albo też obdarzonych wyobraźnią. Brakuje osób kompetentnych. Tworzenie ekip liturgicznych, podczas gdy brak ludzi przygotowanych do tego zajęcia, nie służy niczemu. Nasze celebracje są, generalnie rzecz biorąc, zbyt krótkie. Jest to tym bardziej zaskakujące, że dłuższe celebracje mogłyby się podobać wielu ludziom. Liturgia potrzebuje czasu, aby uwolnić swoje bogactwo. Nie chodzi tu przede wszystkim o czas fizyczny, o czas zegara, ale o czas duszy. Nasze liturgie bardzo często nie pozostawiają dość czasu na wejście w misterium. Z tego punktu widzenia liturgia wschodnia daje nam przykład, ponieważ wymaga, by poświęcić jej czas i zaprasza nas do „porzucenia wszystkich trosk świata” jak mówi Hymn Cherubinów. Nie wystarczy, żeby ludzie usłyszeli liturgię albo żeby ona została wypowiedziana, trzeba ją proklamować i pozostawić czas na jej przyjęcie. Istotna dla osiągnięcia tego celu jest cisza. Sobór Watykański II chciał w swojej liturgii pozostawić momenty milczenia (co niezbyt często jest praktykowane). Bez milczenia liturgia staje się ciągiem słów, których nie ma czasu przyswoić. Nie trzeba się więc dziwić, że ludzie jej nie rozumieją. Główną wadą obecnie praktykowanej liturgii zachodniej jest zbytnie przegadanie. Słowo, niegdyś zbyt lekceważone, powróciło z taką siłą, że cała liturgia stała się sprawą słowa. Ilu księży uważa, że homilia jest najważniejszym momentem mszy, albo ma wrażenie, że to, co najważniejsze, kończy się po liturgii słowa? Często następuje dysproporcja między długością liturgii słowa a długością liturgii eucharystycznej. W ten sposób faworyzuje się zbyt intelektualne podejście do liturgii. Nie pozostawia się dość miejsca na wyobraźnię, uczucie, emocje i piękno. Liturgia zaś, która staje się czysto intelektualna, nie porusza dużej części wiernych.
Liturgia niemal wyłącznie skierowana na intelekt ryzykuje tym, iż prawie wcale nie kieruje się do ciała. Rola słowa i rola gestu są w dysproporcji. Z wyjątkiem kilku gestów retorycznych i teatralnych zachowań trzeba przyznać, że język i ucho są niemal jedynymi organami wykorzystywanymi w liturgii. Przegadana liturgia ryzykuje tym, że może być zinstrumentalizowana, to znaczy wykorzystywana do innych celów niż ona sama. A przecież liturgia jest działalnością samą w sobie, która przynależy do sfery zabawy. Bawimy się, aby się bawić. To, co zabija zabawę, to na przykład rywalizacja albo interesy finansowe. Podobnie liturgia zamiera, gdy podporządkowuje się ją czemuś innemu niż ona sama. Tak więc liturgia nie jest odpowiednim czasem ani miejscem na katechezę. Chociaż ma ona wielkie znaczenie dla katechezy, to jednak nie tam mają swoje miejsce kolejne etapy życia chrześcijanina. Liturgia nie ma również na celu przekazywania informacji, choćby były one ważne. Nie powinna być ona łatwym środkiem do informowania wiernych o tej czy innej sprawie – z wyjątkiem tego, co bezpośrednio dotyczy liturgii. Nie przychodzi się na mszę w niedzielę misyjną, aby dowiedzieć się czegoś o tym lub owym kraju misyjnym. Przychodzi się po to, by zastanowić się nad misją, którą nam daje Chrystus, aby iść do wszystkich narodów oraz nad tym, jak włączyć ją w nasze życie. Wprowadzenie wszelkiego rodzaju „niedzieli tematycznych” czy „celebracji tematycznych” nie ma przyszłości, chyba, że ma to oznaczać śmierć liturgii. Ta ostatnia nie może w żadnym wypadku służyć jako środek wspomagający jakąś działalność, nawet kościelną. Celebracja nie jest zwykłym zgromadzeniem. Liturgia to wolny akt, który ma swój cel w sobie samym. Chociaż liturgia jest szczytem i źródłem wszystkich działalności kościelnych, nie powinna ich zastępować ani się z nimi zbiegać.
 
Rola doświadczenia
 
Właściwą cechą liturgii jest dawanie pierwszego miejsca doświadczeniu. Najpierw się doświadcza a dopiero potem się zastanawia, analizuje, wyjaśnia. „Najpierw celebrować, potem rozumieć” — oto adagium, które niektórzy ocenią jako dziwne albo dopatrzą się w nim nuty antyintelektualnego obskurantyzmu. Czyżby było to wezwanie do irracjonalizmu, czy może dezaprobata dla wielkiego wysiłku katechezy uczynionego przez Kościół w celu przygotowania do sakramentów?
Zasadą Ojców Kościoła było to, że katecheza mistagogiczna, czyli szczegółowe wyjaśnienie świętych misteriów, następowała dopiero po sakramentach inicjacji. Przed udzieleniem chrztu ograniczali się do wskazań moralnych i nauki życia chrześcijańskiego. Dopiero w tygodniu po chrzcie, otrzymanym w Noc Paschalną, mówili o sensie chrztu, namaszczenia czy eucharystii. Ich pedagogia odwoływała się do zmysłów: najpierw uczestniczyć i doświadczać, a dopiero potem wyjaśniać. Pouczenie było wówczas złożone z pytań i odpowiedzi takich jak „czy spostrzegliście, że?? Otóż oznacza to, że?”

Nie chodzi być może o dosłowne naśladowanie ich metody, ale wskazuje nam to odpowiedni kierunek. Liturgię rozumie się tylko wchodząc w nią z wiarą i miłością. Reguła jest więc taka: najpierw doświadczać, żyć liturgią, później zastanawiać się i wyjaśniać. Oczy serca powinny się otwierać przed oczami inteligencji dlatego, że liturgię rozumie się naprawdę tylko oczami serca. Zasada ta stosuje się do grup przygotowujących liturgię. Ci, którzy chcą w nich pracować i poszukiwać wariacji na temat, będą musieli najpierw słuchać uważnie tego tematu i uczestniczyć w liturgii takiej, jaką ona jest. W przeciwnym razie to, co będą czynić, będzie wyłącznie ekspresją ich samych, a nie nadaniem kształtu temu, co dane i zakorzenione w Starym i Nowym Testamencie oraz w żywej Tradycji Kościoła. Co pomyślelibyśmy o kompozytorze, który odmawiałby słuchania swoich poprzedników, o malarzu, który rezygnowałby ze zwiedzania muzeów? Muzyk słucha muzyki, poeta czyta poezję. Podobnie powinno być z liturgią.
 


 
1. Artykuł ten pochodzi z książki Claude’a Barthe’a pt. Reconstruire la liturgie, Paris 1997. Tytuł oryginalny: Une attitude de service et non de manipulation (przyp. red.).
2. Kolęda, która zyskała we Francji ogromną popularność od czasu jej powstania w r. 1847. Śpiewano ją na początku Pasterki, podczas procesji z Dzieciątkiem Jezus w żłóbku. Jej tekstowi zarzuca się niekiedy napuszony styl i błędną teologię Odkupienia (przyp. tłum.).

Leave a reply