Siódmy dzień tygodnia


  • Kwiecień 21, 2019
Share this :   | | | |
Siódmy dzień tygodnia

M

ówią, że była to sobota, dzień szósty. Siedzieli zalęknieni w krzakach. W oddali rozlegało się znajome wołanie: „Gdzie jesteś?!”. Jednak z każdą minutą milkło, głuchło, obojętniało. Tego wieczoru świat zaległy ciemności. A kiedy nastała noc, nasze drogi nie były już Jego drogami, ani nasze myśli Jego myślami. Rozpoczęliśmy długą drogę zaufania, życia po omacku. Pojedyncze promienie światła przebijały się raz po raz, ale tylko nieliczni je dostrzegali, upadali przed nimi, i stawali w obecności Przyjaciela. Wielokrotnie i na różne sposoby próbował dotrzeć do swoich, ale swoi Go nie przyjmowali.

I choć miłość cierpliwa jest, to nastał dzień kiedy postanowiła położyć kres nocy. I choć wiedział, że nasze drogi nie są Jego drogami, to ruszył w drogę – drogę miłości, naszą drogę. Przez moment – i już na wieki – Jego droga stała się naszą, Twoją, moją. Sam stał się drogą. Najpierw oddał się w ręce matki, zaufał jej. A potem w nasze ręce, zaufał nam, do końca. Pełni strachu krzyczeliśmy, że Go nie chcemy, żeby sobie poszedł, że poza cezarem nie mamy króla. Ale w głębi serca bardzo pragnęliśmy, by pozostał. Nikt nigdy tak nie przemawiał jak ten Człowiek. Nikt nigdy tak nie kochał. Nikt. Nigdy.

Po długiej ciszy szabatu, nastał w końcu wieczór i poranek, dzień siódmy. Dzień, w którym nad mieszkańcami kraju mroku zabłysło światło. Dzień, w którym świat wreszcie ujrzał swoje piękno, Twoje piękno, moje piękno. Dzień, w którym dalekie wołanie „Gdzie jesteś?!” przemieniło się w bliski, radosny i zwycięski okrzyk „Jestem!”. Jesteś?


autor: Mateusz Paluch OP

Leave a reply