Słuch absolutny


  • Luty 07, 2019
Share this :   | | | |
Słuch absolutny

 

O

statnie przygotowania przed koncertem. Na scenie wciąż kręci się kilku pracowników Filharmonii układając krzesła, rozstawiając zeszyty z nutami na pulpitach i przygotowując instrumenty. Do rozpoczęcia pozostało tylko kilka minut, ale oto już wszystko gotowe, ostatni z mężczyzn właśnie zniknął za kotarą. Orkiestra i chórzyści zaczynają zajmować wyznaczone im miejsca.

 
W pierwszym rzędzie widowni, na ozdobnym, dobrze oświetlonym tronie na wprost sceny siedzi Kompozytor, trzymając w rękach grubą teczkę z nutami, otwartą na pierwszej stronie. Miejsce po Jego prawej stronie zajął młody, elegancko ubrany Solista. Sala jest zapełniona po brzegi, wszystkie miejsca są zajęte poza jednym krzesłem w pierwszym rzędzie, tuż obok Kompozytora, po Jego lewej stronie. Widownia natychmiast cichnie w podekscytowaniu, a Solista i Kompozytor z uśmiechem wymieniają ze sobą spojrzenia, gdy na scenę energicznym krokiem wchodzi Dyrygent. Jego oczy płoną niezwykłym zapałem i pasją. Nie zwlekając, szybko wchodzi na podwyższenie, otwiera partyturę na pierwszej stronie, podnosi ręce i…
krótkim, ledwie dostrzegalnym gestem rozpoczyna Wielką Symfonię A-dur.
 
Dłonie Dyrygenta zaczęły delikatnie pulsować w niespiesznym rytmie. Choć żaden z muzyków nie zagrał jeszcze żadnego dźwięku, z tych spokojnych gestów emanuje niezwykła energia, która całą salę napełniła niedostrzegalnym zmysłami ruchem. Stojący na wprost Dyrygenta duet mężczyzny i kobiety, wpatruje się w Niego pełnym skupienia wzrokiem. I oto po kilku taktach pełnej oczekiwania ciszy, na drugi znak Dyrygenta, mężczyzna bierze głęboki wdech i zaczyna śpiewać…
 
W sali rozbrzmiewa cichy, krystalicznie czysty baryton śpiewaka; idealnie trafione A, już po chwili okazuje się być pierwszym dźwiękiem pięknej, coraz głośniejszej melodii, która wznosząc się i opadając wyraża jakąś nienazwaną tęsknotę. Jednak po kilku chwilach Dyrygent zapraszającym gestem wskazuje na kobietę, a ta natychmiast włącza się w śpiew mężczyzny. Dwugłos duetu przepięknie ze sobą harmonizuje, a przeplatające się melodie wydają się doskonale ze sobą uzupełniać. Kompozytor posyła w stronę duetu pełne zachwytu spojrzenie, a oczarowana muzyką widownia rozkoszuje się płynącymi ze sceny dźwiękami.
 
Nagle na widowni powstaje małe zamieszanie. Spóźniony Widz przepycha się między rzędami krzeseł i siada na pustym miejscu tuż obok Kompozytora, nie posyłając Mu nawet przelotnego spojrzenia. Rozpiera się w fotelu, wsłuchując się w śpiew duetu, ale po kilku chwilach na jego twarzy pojawia się grymas niesmaku i znudzenia. Mężczyzna śpiewający na scenie wydaje się niczego nie zauważać, jednak kobieta odwraca wzrok od Dyrygenta i dostrzegłszy wyraz twarzy Widza, czuje w sercu delikatny niepokój. Wciąż wykonuje przeznaczone dla niej nuty, jednak poczucie satysfakcji i spełnienia, jakie dawał jej śpiew, zaczyna powoli znikać. Czuje, że melodia, którą śpiewa, przestaje jej się podobać i staje się po prostu nudna. Spogląda raz jeszcze na Widza i, znajdując na jego twarzy potwierdzenie swoich odczuć, zaczyna ukradkiem wertować swoją partyturę w poszukiwaniu bardziej interesującego fragmentu. Po przewróceniu kilku stron, znajduje w swoich nutach fragment, który wydaje się piękny i bardzo popisowy. Znów spogląda na Widza, który przytakującym kiwnięciem głowy potwierdza jej zamiar. Waha się przez chwilę ale w końcu podejmuje decyzję i nie patrząc już na Dyrygenta, zaczyna śpiewać znalezioną melodię, wyprzedzając bieg utworu o dobre kilkadziesiąt taktów.
 
Między jej głosem, a głosem mężczyzny powstaje przeszywający uszy zgrzyt, koszmarny dysonans. Widownia niemal podskakuje z zaskoczenia na swoich siedzeniach. Dyrygent, nie tracąc spokoju, pokazuje mężczyźnie by nadal kontynuował swoją partię, ten jednak w niepewności patrzy najpierw na kobietę, a potem wędrując za jej wzrokiem, dostrzega siedzącego w pierwszym rzędzie Widza, na którego twarzy maluje się tym razem szyderczy uśmiech i pogarda. Całkowicie przerażony, zaczyna szukać w swoich nutach tego samego fragmentu, który wykonuje jego towarzyszka, jednak wędruje za daleko i ich melodie zamiast się ze sobą zgodzić, kompletnie się rozminęły. Fałsz goni fałsz, a dysonanse następują jeden po drugim, nie znajdując rozwiązania w przyjemnym dla uch współbrzmieniu.
 
Słysząc co się dzieje, Solista gdzieś wychodzi, a Kompozytor natychmiast bierze do ręki ołówek i z niesamowitą prędkością zaczyna pisać nowe nuty w zeszycie, który trzymał w swoich dłoniach. Woła jednego z pomocników i wręcza mu pierwszą porcję poprawionych nut. Ten z kolei błyskawicznie przemyka przez scenę razem z pozostałymi współpracownikami, aby podmienić zarówno duetowi, jak i pozostałym muzykom, stare partytury na nowe.
 
Dyrygent jednak, nie zrażony niczym nadal kontynuuje utwór i pokazuje stojącemu za duetem chórowi, że nadszedł czas na ich wejście. Chórzyści rozpoczynają swój śpiew – przez chwilę, dzięki poprawionym nutom, wybrzmiewa całkiem piękna harmonia, jednak zmyleni kolejnymi fałszami duetu przestają trafiać w odpowiednie dźwięki i kakofonia staje się coraz bardziej przykra dla ucha. Gdy do śpiewu dołącza orkiestra, dysonanse i zgrzyty są coraz częstsze, a hałas staje się wręcz nie do zniesienia.
 
Kompozytor jednak niestrudzenie pisze coraz to nowe nuty dla swoich muzyków, które dobrze zagrane, mogłyby przywrócić harmonię w utworze. Muzycy jednak w różny sposób odnajdują się w sytuacji: jedni nie wyćwiczyli swoich umiejętności na tyle, by umieć zagrać podaną melodię prosto z nut. Inni, choć całkiem dobrze wykonują nową melodię, to grają za wolno, lub za szybko, tracąc kontakt z Dyrygentem przez zbytnie skupienie się na nutach. Jeszcze inni, zniechęceni kakofonią, zaczynają improwizować, grając to, co według ich uznania najbardziej odpowiada. Są wreszcie tacy, którzy starają się wykonywać to, co przekazał im Kompozytor, i w taki sposób, jak pokazuje Dyrygent, co sprawia, że momentami ich melodia staje się stabilnym punktem odniesienia dla sąsiadujących muzyków. Dzięki temu przez kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt sekund, trwa wśród małej grupki muzyków przyjemne dla ucha współbrzmienie, jednak bardzo szybko dysharmonia panująca w pozostałej części orkiestry, wchłania także grupę dzielnych instrumentalistów.

 

 

Minęło już wiele części Symfonii, a panujący chaos tak bardzo wpłynął na muzyków, że już nikt z nich nie jest tak naprawdę pewien jak brzmi podstawowy dźwięk utworu: A. Na nic się zdały usilne próby Dyrygenta, żeby wyciszyć najbardziej fałszujące części zespołu, a zachęcić do głośniejszej gry tych, którzy grali właściwe melodie. Widownia już dawno opuściłaby tę salę pełną koszmarnych dźwięków, gdyby nie zatrzymywała ich przedziwna postawa Dyrygenta, który ani na chwilę nie stracił animuszu; więcej: z każdą kolejną częścią utworu wydaje się być coraz bardziej pewny siebie, spokojny, a zarazem energiczny. Również Kompozytor ani na chwilę nie przestaje tworzyć kolejnych fragmentów symfonii, uśmiechając się przy tym tajemniczo, co mogą zauważyć siedzący bliżej Niego. Pomocnicy konsekwentnie przekazują nowe nuty muzykom, robiąc to w sposób niezwykle dyskretny, bez zbędnego zamieszania.

 
Tylko jedna Chórzystka, stojąca w głębi sceny na wprost Dyrygenta, jeszcze ani razu nie dostała poprawionych nut. Jest jedną z wielu chórzystów, którzy do tej pory nie mieli jeszcze ani jednego dźwięku do zaśpiewania, jednak wszyscy pozostali już przynajmniej kilkukrotnie dostali nowe partytury. Nie zrażona jednak tą sytuacją, cierpliwie patrzy na Dyrygenta, z uwagą obserwując Jego ruchy, licząc pokazywane przez niego takty i śledząc przebieg utworu w swoich nutach.
 

Pauza, pauza, pauza, nowy takt. Pauza, pauza…

 
Nagle dostrzega poruszenie u dwojga chórzystów, stojących obok niej, którzy, tak jak Ona, do tej pory jeszcze nie śpiewali. Mężczyzna zorientował się, że za chwilę będzie miał do wykonania pierwsze nuty. Ogarnęło go takie przerażenie, że cały zaczął dygotać. Jeszcze tylko pięć taktów… jeszcze dwa… Patrzy na Dyrygenta, który zapraszającym gestem zachęca go do śpiewu, jednak mężczyzna bierze głęboki wdech i… wydaje jedynie chrapliwy odgłos i milknie. Stojąca obok niego śpiewaczka, również nieco przestraszona, odkrywa, że i na nią czeka pierwsza melodia do zaśpiewania. Z lekkim drżeniem, na gest Dyrygenta zaczyna śpiewać cichym, niepewnym głosem.
 
Milcząca Chórzystka niestrudzenie liczy takty.
 

Pauza, pauza, pauza, nowy takt. Pauza, pauza…

 
Zasłuchana w utwór, szuka w nim przewodniego motywu, ale chaotyczny hałas ogromnej orkiestry niemal uniemożliwia wyłowienie jakiejkolwiek konkretnej melodii. Nie zrażona tym jednak, cierpliwie słucha, liczy i czeka, przy okazji obserwując z zachwytem pełne gracji ruchy Dyrygenta.
 

Pauza, pauza, pauza, nowy takt. Nowa strona. I nagle…

 
Po przewróceniu strony dostrzega partię dla niej przeznaczoną. Nic skomplikowanego: raptem dwie nuty, i to na jednym dźwięku – A. Jak jednak w tym hałasie znaleźć odpowiedni dźwięk? Jak to powinno brzmieć? Spogląda na Dyrygenta i dostrzega Jego pełen życzliwości uśmiech skierowany w Jej stronę. Dodało Jej to otuchy, jednak wciąż nie wie, jak zaśpiewać pierwszy dźwięk. Zostało jeszcze kilka taktów…
 
Przymyka na chwilę oczy, wsłuchując się w utwór. Wydaje się, że żadne dwa instrumenty nie współbrzmią ze sobą jak należy. Słucha dalej. Przypomina sobie, że Kompozytor nieustannie tworzy nowe nuty, więc w tym wszystkim musi być jakiś wzorzec, nawet jeśli muzycy nieudolnie go wykonują. Słucha dalej. Akord. Kolejny akord, który z poprzednim tworzy jakieś znajome połączenie. Jeśli następny będzie… Tak! Właśnie ten akord! To oznacza, że ten zestaw akordów musi rozwiązać się na dźwięk… A! Uszami wyobraźni słyszy go wyraźnie!
 
Otwiera oczy. Dyrygent wpatrzony w Nią, pokazuje gestem, że za sekundę jest czas na Jej muzyczną odpowiedź. Całkowicie spokojna otwiera usta i doskonale trafiając w odpowiedni dźwięk, swoim cudownie delikatnym, altowym głosem wyśpiewuje cicho dwie sylaby: Amen.

 

 

Jej słowo zostało wyśpiewane już do końca, jednak powietrze nadal wibruje dźwiękiem, tak jakby nie chciało wypuścić z siebie tego długo oczekiwanego brzmienia. Mijają kolejne chwile, a to niezwykłe, lekko pulsujące echo wcale nie znika, a wręcz przeciwnie – z każdym momentem coraz bardziej narasta. Rozgląda się dookoła i natychmiast dostrzega, jakie jest źródło tego dźwięku – tuż obok Niej stoi Solista, cichutko mrucząc to cudowne a, zgubione gdzieś na początku utworu. Pojawił się niespodziewanie, tak jakby został wywołany po imieniu, i chyba nikt prócz Chórzystki nie zauważył Jego obecności. Wkrótce jednak Jego stabilny, czysty, coraz silniejszy głos staje się słyszalny dla stojącej obok śpiewaczki, która na znak Dyrygenta podejmuje zachwycającą melodię – teraz, dzięki Soliście, znacznie pewniej niż poprzednio wykonuje swoją partię. Tuż po jej zakończeniu, odzywa się głos Chórzystki, wyśpiewując tym razem nie dwa dźwięki, lecz majestatyczny pasaż, najpiękniejszą ze wszystkich do tej pory wykonanych melodii. Kilka chwil później, zachrypnięty chórzysta, ośmielony wspaniałym śpiewem poprzedniczek, zaczyna swoją partię, dołączając się do tego muzycznego dialogu.

 
Wibrujący coraz mocniej głos Solisty, nabiera w końcu takiej mocy, że staje się słyszalny dla znacznej grupy muzyków dookoła Niego. W tym właśnie momencie, Dyrygent daje znak i oto rozbrzmiewa wspaniały akord wyśpiewany przez sporą gromadę chórzystów, a zaraz po nim daje się słyszeć wzniosły kanon trzech tenorów. Głos Solisty płynie spokojnie i pewnie, w żaden sposób nie przytłacza pozostałych wykonawców, staje się jednak solidnym oparciem dla coraz większej liczby muzyków, dzięki czemu utwór zdaje się powoli powracać do pierwotnej harmonii. Wciąż jednak słychać całe mnóstwo fałszów ze strony nieposłusznych instrumentalistów, którzy nadal grają własne improwizacje, nie zważając ani na nuty, ani na wskazówki Dyrygenta. On jednak z konsekwentnym spokojem dyryguje dalej, ograniczając się jedynie do delikatnego wskazywania rytmu, wiedząc, że od tego momentu śpiew Solisty wystarczy, by przywrócić porządek. Również Kompozytor przestał poprawiać partyturę, a jedynie ze szczerym zachwytem malującym się na twarzy wsłuchuje się w płynącą ze sceny muzykę.
 
W nutach Chórzystki pojawia się ponownie dźwięk a, jednak tym razem nie kończy się na dwóch sylabach, lecz trwa nieprzerwanie, takt po takcie, strona po stronie…

 

 

Minęło kilka kolejnych części utworu. Chórzystka wciąż wyśpiewuje swój dźwięk, niezmiennie na tej samej wysokości. Wtórowała Soliście przez setki taktów śpiewając ten jeden podstawowy dźwięk Symfonii, tak że zostawił niezatarty ślad w Jej umyśle. Gdy Widz podjął kolejną próbę zniszczenia utworu, podburzając muzyków swoimi komentarzami do wygrywania innych melodii, stłamszony Solista zdecydował się zamilknąć na krótką chwilę. W tym czasie jedynie Chórzystka była w stanie cicho ale nieprzerwanie podtrzymywać dźwięk A, do czasu aż Solista na nowo podjął śpiew – z nieporównywalnie większą mocą niż dotychczas.

 

 

Utwór wciąż trwa. Dyrygent nadal dyryguje. Solista nadal śpiewa. Kompozytor nadal słucha.

Czy masz swoje nuty przed oczami? Czy słyszysz dźwięk A? Czy czujesz rytm utworu? Chórzystka wciąż wtóruje Soliście, więc możesz zaufać Jej słuchowi absolutnemu.
 
Twoja niepowtarzalna melodia czeka na zaśpiewanie. Ostatnie akordy Symfonii mają dopiero wybrzmieć…

 


 

A wąż był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył. (Rdz 3,1)

Na to rzekła Maryja: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego”. (Łk 1,38)

A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. (J 1,1-14)

To mówi Amen, Świadek wierny i prawdomówny, Początek stworzenia Bożego. (Ap 3,14)

Wtedy rzekła Maryja: „Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy”. (Łk 1,46-55)

I nagle przyłączyło się do anioła mnóstwo zastępów niebieskich, które wielbiły Boga słowami: „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom, w których sobie upodobał”. (Łk 2,13-14)

Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; padli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. (Mt 2,10-11)

Nie będzie wołał ni podnosił głosu, nie da słyszeć krzyku swego na dworze. (Iz 42,1-9)

A gdy Go oskarżali arcykapłani i starsi, nic nie odpowiadał. Wtedy zapytał Go Piłat: „Nie słyszysz, jak wiele zeznają przeciw tobie?” On jednak nie odpowiedział mu na żadne pytanie, tak że namiestnik bardzo się dziwił. (Mt 27,12-14)

A oni podnieśli wielki krzyk, zatkali sobie uszy i rzucili się na niego wszyscy razem. (Dz 7,55-60)

Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli ktoś posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną. (Ap 3,20)

 


autor: Michał Gabor OP

Leave a reply