Świadectwo


  • Kwiecień 28, 2018
Share this :   | | | |
Świadectwo

 

B

ardzo długo pierwsze co mi przychodziło do głowy na słowo świadectwo używane w Kościele to osoby, które opowiadały o tym, jak to kiedyś było źle, a jak teraz jest dobrze, nierzadko przy tym płacząc. Niektóre z nich znałem osobiście i trudno mi było dostrzec i uwierzyć w jakąkolwiek zmianę, albo jej nadzwyczajność. Jakoś mnie to nie pociągało i nie budowało. To się z latami u mnie zmieniało i bywają takie momenty, że potrzebuję świadectwa. Ono mnie ożywia, wpuszcza świeże powietrze. Z czasem czytałem więcej i słuchałem coraz częściej, jak Pan działa w życiu ludzi, jak w ich życiu dzieją się cuda. Choćby w tej słynnej (w niektórych kręgach) książce Bóg w wielkim mieście, w której jestem absolutnie zakochany. Pociąga mnie w niej to, jak można być wrażliwym na to, co boskie, na to co Pan Bóg mówi, jak można mieć z Nim taką relację, że można Go czuć, jakoś czytać i słuchać, i jak w naszym życiu mogą się dziać cuda.
 
Mam wrażenie, że takie świadectwa mają taki ogólny schemat. Są tak skonstruowane, że byłem już na dnie i Pan przyszedł, mnie z tego wyciągnął i wszystko zmienił. Nie pamiętam, żebym słyszał inny schemat.
 
Nie uważam się za człowieka wielkiej wiary, mam jaką mam. Od pierwszej komunii byłem blisko Kościoła. Od komunii też piąłem się po szczebelkach kariery liturgicznej służby ołtarza. Wiedziałem co to majowe, godzinki, gorzkie żale, dyżury przy ciemnicy, pierwsze piątki. W miarę dobrze się uczyłem, nigdy nie chciałem się zabić, niczego nie paliłem, nie brałem narkotyków, nie traktowałem kobiet przedmiotowo. Więc do mnie Pan nie przyjdzie, a na pewno nie tak spektakularnie jak do nich, z tych świadectw. Bo nie jestem na dnie. Nie jestem tą jedną zagubioną owieczką, za którą Pan idzie, zostawiając resztę, bo ja zostaję w stadzie. Nie odnajdywałem się w tych świadectwach, a tak bardzo chciałem.
 
Na jednej z rozmów bezpośrednio przed nowicjatem mój przełożony zadał pytanie: czy Ty w ogóle jesteś osobą wierzącą? No tak – odpowiedziałem błyskawicznie, ale pomyślałem, że jak mu to udowodnić to sam nie wiem. I to było pytanie, z którym chodziłem jakiś czas, że w sumie to może jestem niewierzący.
 
Któregoś dnia podczas czytania jakiejś obowiązkowej pobożnej lektury miałem takie olśnienie. Wierzę, że to było od Pana Boga, bo sam bym sobie tego nie wymyślił. To coś w stylu: Zobacz Danielito, przecież były w Twoim życiu takie sytuacje, że w danym momencie miałeś przekonanie, że to byłem Ja. I przypomniałem sobie kilka takich sytuacji, np., kolacja po bierzmowaniu – siedzimy z rodziną przy stole, jemy i rozmawiamy, a kuzynka Małgorzata pyta: Daniel, co Ty jesteś taki spokojny, a ja: bo zostałem pobłogosławiony Duchem Świętym. Jak sam to usłyszałem, to pomyślałem, że nieźle wypaliłem, ale pamiętam wtedy taki duży spokój, który we mnie był, a później kolejna sytuacja. Za każdym razem kiedy jeździłem do Taizé to po powrocie znów miałem taki pokój serca, no nie wiem jak to inaczej nazwać. W tamtych momentach miałem przekonanie, że to było działanie Pana Boga. I to mnie bardzo do Niego zbliża. Bo okazuje się, że nie mogę mówić, że jestem niewierzący, bo Pan Bóg działa w moim życiu.
 
Wydaje mi się, że niezależnie od tego czy chodzimy w sutannie, habicie, garniturze czy dresie to prędzej czy później przyjdzie nam powiedzieć świadectwo o działaniu Pana Boga w naszym życiu. Myślę, że w życiu wielu jest takie bierzmowanie, albo Taizé – wydarzenia, które przeżyte danym momencie trudno wytłumaczyć inaczej jak tylko jako działanie Nadprzyrodzonego. On realnie działa w naszym życiu i warto sobie o tym pomyśleć i do tego świadectwa się przygotować.

Leave a reply