Sztuka sakralna uciemiężona


Share this :   | | | |
Sztuka sakralna uciemiężona

artykuł Zbigniewa Krysiewicza OP


Send to Kindle

 

W

ejść do świątyni jak do domu, do swojego miejsca. Dom jest granicą względnie zakończonego wygnania, gruntem bezpieczeństwa, nieagresji. Jest przestrzenią, w której się oddycha, w której można zatrzymać się bez lęku. Jest schronieniem, gdzie nie ma gwałtu, gdzie nikt nie zmusza mnie, aby zaprzeczać sobie samemu; bez niedobrych niepokojów sumienia, bezowocnego opowiadania się za, czy przeciw. Jest ziemią u źródła, z którego można czerpać i przy którym jest się obecnym w sposób prosty. Nie trzeba nerwowo czytać między wierszami, podglądać, przenikać, szukać drugiego dna, podejrzewać o najbardziej wyszukane zamysły czy intencje. Jest rozciągniętą w czasie przestrzenią wytchnienia, przez którą można pogodzić się ze światem.

Dom jest miejscem do którego przynależę. Jest częścią mnie. Gdy nie mam domu, tracę połowę duszy.

Świątynia jest domem szczególnym. Zawsze trochę zewnętrzna – nie moja, a zarazem najgłębiej jedyna. Tutaj to, co święte, wyrażone zostaje w kodzie zmysłowym, zostaje ukazane i przedstawione w formie wizualnej. To, co jest niewidzialne i stanowi fundament, architekturę świątyni ucieleśnia się w wymiarze estetycznym. „Na ten świat miłość zstąpiła z miłości i przybrała kształt piękna” – Simone Weil. Świętość – osoba i misterium – oraz piękno – cielesność i niewyrażalne – organizują cały porządek odczytywania obecności i zaszyfrowanych znaków. Tajemnica, za którą skrywa się to, co niepojęte, przynagla do przynajmniej symbolicznych środków wizualizacji, zmysłowego unaocznienia. Trwać bowiem wobec empirycznie niewypowiedzianej pustki zdaje się wysiłkiem nadludzkim, a to każe sztuce, obecnej w tej przestrzeni integralnie i w sposób konieczny, wznieść się na najbardziej radykalne wyżyny własnych środków formalnych. Świątynia nie może istnieć bez piękna, stąd jej forma estetyczna musi być mierzona tą samą co ona miarą.

Św. Jan Damasceński powiedział kiedyś: „Jeśli przyjdzie do ciebie poganin i poprosi, byś mu pokazał swoją wiarę, zaprowadź go do kościoła i pokaż mu święte ikony”. Przyznam, że kiedy wchodzę do świątyni, czuję skurcz, bardzo często cierpki ból w żołądku i zakłopotanie. Do jakiego współczesnego kościoła mógłbym zaprowadzić niewierzącego? Nowoczesne bryły, czy fantastycznie nowatorskie pomysły zna on z architektury świeckiej, a to, co przedstawiane jest jako sakralne, w niczym istotnym od pozostałych się nie różni. Z trudem wyszukuję w pamięci jakiś obiekt, który stanowiłby dobry przykład. Są takie, ale nieliczne, porozrzucane jak wyspy, zalane morzem niedbałości. Samo zaś wnętrze najczęściej wypucowane jest odpustowo. Wszystko lśni pastą do podłogi, migocze pozłotkami po czekoladkach; przedziwne obiekty dryfują przez nawy i prezbiterium na nylonowych żyłkach w formach ze szlachetnego styropianu. Oczywistość i banał. Czasem ze wstydem muszę przechodzić w jakimś gotyckim wnętrzu obok krzykliwego obrazu świętego, który przypadkiem, biedaczyna, zaplątał się tu z jarmarku. Odwracam wtedy głowę. Ale myślę o tych licznych osobach, które nie potrafią „nie patrzeć”.

W doskonałym eseju na temat sztuki sakralnej Thomas Merton napisał, iż dzieło tej sztuki „musi być autentycznie duchowe, prawdziwie wierne tradycji, żywe artystycznie. Innymi słowy – musi łączyć w sobie cechy religijne i artystyczne. (…) Jeśli dzieło sztuki religijnej nie ma tych podstawowych cech, pozostaje martwe. Taka sztuka jako przedmiot kontemplacji i upodobań jest podobna do zepsutej strawy, a żywienie się nią ma złe skutki duchowe”.

Ciekawe również, ilu młodych ludzi, którzy odeszli od wiary, było zbulwersowanych złą sztuką? Ile w ich postawie jest naturalnego buntu przeciw tanim i cukierkowatym ilustracjom, które w młodości przedstawiano jako „święte obrazki” i autorytarnie kazano za takie uważać? Pierwszą reakcją umysłu wyrywającego się z przymusu jest wypowiedzenie na głos od dawna skrywanej niechęci. Umysł zaś nie wyćwiczony w rozróżnianiu odrzuci również wszystko, co kojarzy się z siłą zmuszającą do uległości wobec tych tanich wyobrażeń.

Naturalną reakcją na złą sztukę jest bunt. Niestety, dość często jest on tłumiony w imię szczerej intencji odnalezienia się w świątyni. Na pytanie dotyczące tzw. sztuki sakralnej, na pytanie o własną, dobrą, bezpieczną przestrzeń świętą, zresztą podobnie jak na wątpliwości dotyczące tajemnic wiary, odpowiada się wyuczonymi formułkami, obiegowymi sloganami. Rzadko zdarza się mieć w tej dziedzinie własne zdanie, a jeśli się ma, jest ono wstydliwie ukryte; staje się bowiem jednocześnie wyrokiem banicji. Cała formuła liturgiczna jawi się jako krępujący oddychanie gorset – sztywny, wykrochmalony kołnierzyk, wymuszona postawa, sztuczność, pozór. Przestrzeń sakralna odbierana jest jako obca. W takiej aurze moje osobiste doświadczenie religijne zostaje przedstawione jako infantylne. Wzorem lukrowanych obrazków świętych, człowiek łaknący świętości – w uczciwym odruchu – będzie próbował odnaleźć się w podanym wizerunku. Kończy się to, jeśli nie odrzuceniem takiej formy sztuki, to bezceremonialnym gwałtem, który owocuje banalizacją mojej osobistej drogi i przeżyć. W kościele taniej sztuki nie ma miejsca na najgłębsze pytania, na prawdziwe głębokie i twórcze wątpliwości. Podobnie jak u Orwella zawsze podana jest wszech obowiązująca i oczywista odpowiedź. Rozdarcie interpretowane jest jako słabość i jednoznacznie tępione za pomocą papki prostych i cudownych rozwiązań. Trzeba nagiąć samego siebie. Kiedy wchodzę do świątyni, w wątpliwość podane jest całe moje życiowe doświadczenie, natychmiast bowiem atakowany jestem kiczem cudownej, świetlanej doskonałości. Kicz nie jest kategorią teoretyczną, wydumaną i trudną do ukazania. Na próżno bronić go argumentami wykazującymi, iż „może nie jest to obraz najwyższej klasy, ale przecież buduje wiernych”. To dyskusja w Gombrowiczowskim stylu: „jak zachwyca, skoro nie zachwyca ?” Kicz nie buduje. Nie buduje niczego z wyjątkiem poczucia winy – z definicji. Wszystko jest w nim oczywiste: zielona trawka, niebo niebieskie, daszek domu czerwony, uśmiech świętego łagodny i falujący. Kicz jest deformacją. Nie ma w nim prawdy. Nie ma jej blasku i trudu szukania. Nie ma smaku poznania tego, co wykute i niezmienne, co trwa. Nie ma walki, obaw, zmagania się, klęsk i przekraczania siebie. Nie ma tam również odwagi. Kicz jest napełniony lękiem przed sobą, przed światem, przed tajemnicą; nigdy nie zaryzykuje przedstawienia tego, co niewyrażalne. Jest skurczony w sobie jak robak. Kiczem jest wszystko, co zawłaszcza, banalizuje, niszczy delikatną i wrażliwą tkankę niepewności, piękna i tęsknoty.

Prawo sztuki do wyrażania tego, co święte, można realizować na dwa sposoby. Pierwszy to afirmacja tego, co jest. Poruszanie się w obszarze stworzonych i wypełniających świat fenomenów. Prowadzi przez budowanie naoczności, komponowanie w jakościach zmysłowych obrazu opartego na kategoriach dostępnych i zrozumiałych dla doświadczenia. Jest to sztuka, która wyrasta z rzeczywistości, w której przestrzeń przedstawiana jest jej intensyfikacją i prowadzi do rzeczywistości ponownie. Buduje na podstawie ontologicznej i rozwiązuje się w sztuce figuratywnej.

Drugim środkiem wyrazu jest negacja. To, co istnieje jako niewyrażalne, nie może być wypowiedziane przez figury obecne w świecie doświadczalnym. Sięga się obszaru pozazmysłowego (oczywiście przy założeniu, iż interpretacji poddawana jest tylko wizualizacja, czyli to, co dany obraz przedstawia; wszelkie bowiem zaistnienie obrazu już jest jego sensualizacją). Droga do osiągnięcia fenomenu sacrum jest niejako mniej zapośredniczona i bardziej konceptualna. To, co święte i niepojęte, istnieje w obrazie jako znak, szyfr, który należy odczytać i zinterpretować. Często zestawione jest z radykalnym przeciwieństwem poprzez wartości kolorystyczne, na przykład kompozycję przecinających się czerni i bieli. Z tak niemożliwego świata powstaje ziemia, czyli obszar zmagania się ducha, łaski i materii. Ten rodzaj sztuki prowadzi do całkowitego ogołocenia. „Oto powód – pisze w O możliwości sacrum w sztuce Władysław Stróżewski – dla którego sacrum w sztuce wyraża się często poprzez pustkę, ogołocenie, przez ascetyzm środków, form, przedmiotów, z których żaden nie jest ważny sam dla siebie, lecz dla czegoś innego, dla czystego sensu, w którego wyjawieniu się wyczerpuje. Tym samym jego własna podmiotowość, kształt, wartość stają się niczym, zostają unieważnione. Niezbędnym warunkiem wyrażenia sacrum jest tedy Nic – źródło i zasada wszelkiej inności”.

W takim kierunku, choć niekoniecznie w wymiarze sakralnym, poszła cała formacja sztuki współczesnej. Obraz nie jest ilustracją, lecz istotnym nośnikiem idei. Kompozycja w warstwie formalnej zamyka się w układzie kształtów, linii, porządków wertykalnych i horyzontalnych, plam barwnych i układów kolorystycznych bez bezpośredniego odniesienia do zmysłowej rzeczywistości. Sens jest ukryty, obraz jest zewnętrzny. Całe treści konfrontacji z niewyrażalnym przekazane są w obrazie bez pośrednictwa figuratywności. Sztuka staje się „nostalgią Boga”. Malewicz poszukuje najwyższej intensywności „nieobecności”: „Przestrzeń uwolniona od jakiegokolwiek wątku staje się pojemnikiem bez wymiaru, bez składników przestrzennych, czystą formą aprioryczną bez podmiotu i przedmiotu”. Tutaj przekątna wyraża ideę ruchu w pustce. Abstrakcja jest oczyszczona do ostateczności, gdzie rozwiązaniem jest zaistnienie czarnego kwadratu na białym tle – według Mondriana idealnego znaku geometrycznego wyrażającego Absolut. „Na poziomie wyższym znajduje się tajemniczość” – napisze Paul Klee. Sięgamy korzenia sztuki. A ponieważ „drzewo zakorzenione jest w niebie” wszelkiego źródła ożywiającego trwanie, sztuka poszukiwać będzie w przestrzeni niedostępnej doświadczeniu potocznemu, za którą rozpościera się tajemnica.

Ci, którzy ujrzeli i dotykali Słowo, które stało się ciałem i zaścieliło sobie miejsce wśród ludzi, próbowali zachować i utrwalić całą przeżytą historię, aby pozostała nieskażona, jednoznaczna i czysta dla tych, którym zostanie powierzona. Grecy nie ufali literom, uważali je za słabość umysłu. Techne, dziedzina obejmująca również sztuki plastyczne, wprzęgnięta była z całą mocą w służbę pogaństwa. Z tego powodu pierwsi uczniowie wcielonego Słowa intuicyjnie skierowali się ku pismu. Ten sposób przekazania tradycji, choć niedoskonały, zdawał się im najmniej narażony na iluzje i nieortodoksyjne interpretacje.

Ale przecież Słowo niestworzone, które odwiecznie było u Ojca i odbierało pełnię Jego chwały, jest zarazem Jego obrazem. Obrazem Boga niewidzialnego, jedyną czystą i świętą ikoną. Jedynym prawdziwym wizerunkiem. Skoro zaś On jest obrazem, to czyż treść Jego objawienia nie mogłaby być wyrażona obrazem ?

Wszak całą narrację Ewangelii tworzą posklejane i połączone w całość obrazy, zbudowane i wymalowane za pomocą słów. W sensie strukturalnym Ewangelie są w pełni kubistyczne – wszystko bowiem dzieje się jednocześnie; trzeba je czytać niejako od końca, od faktu zmartwychwstania. Ten fakt jest obecny wszędzie, nieustannie, wypełnia każdą szczelinę, umiejscawia i odsłania wydarzenie, buduje z nich całość, pozwala im istnieć. Podobnie kobiety u Picassa, jednocześnie istniejąc z każdej strony, unaocznione są całe, ze swoją historią i tęsknotą, z pasją i otwarciem. Istniejąc w czasie, komponują się we wszystkich wymiarach, a zarazem przekraczają jego wiotkie granice, odsłaniają się w poznaniu. Niemożliwe staje się możliwe. Są w drodze pomiędzy tym, co zmysłowe, fizyczne, uwarunkowane, a tym, co jest istotą i spotkaniem.
Ewangelie są wyrażone w języku przedstawiającym konkretne obrazy. Gdyby opisać je w języku sztuk plastycznych, zamiast pojęć powstałaby ukonkretniona wizualizacja. Obrazy, które przez kompozycję form i linii odsyłałyby do właściwego sensu: przez układ plam barwnych – do rytmu życia, przez harmonię elementów – do ładu i czuwania Opatrzności. W takim znaczeniu nie muszą istnieć same dla siebie, lecz całkowicie wyczerpują się w odnoszeniu do znaczenia, które przedstawiają. Trudno stawiać taki postulat wszelkiej sztuce sakralnej, ale jeśli dany obraz, przedstawienie chcą opowiedzieć o świętości, czyż nie powinny przebić się poza łatwości i banalność ilustracji ?

Jaka więc winna być sztuka, która uniosłaby ciężar doświadczenia religijnego ? Na pewno „poważna” pod względem formalnym, umiejętnej kompozycji obrazu, jak i pod względem treści, właściwego respektu wobec tajemnicy. Zawsze grozi jej jakaś tania maniera. Przytłaczająca większość religijnych ilustracji jest produktem takiej maniery, kolorowego stylu, lepkiego i niewiarygodnego pocieszenia, tandetnej oczywistości. Wydaje na świat obrazki słodkie i banalne, odczłowieczone i kłamliwe, bo takich ludzi nigdy nie było, nie istnieli. Myślę, że ta sztuka musi przebijać się poprzez to, co zmysłowo bezpośrednio poznawalne. Aby zaistnieć w przestrzeni tajemnicy, musi dotrzeć do jądra. Stąd chciałbym sformułować dla niej dwa postulaty.

  • Pierwszy dotyczy sposobu przedstawiania. Obraz sakralny nie może być ilustracją. Sztuk plastycznych nie można mieszać z literaturą. Święty miał niebieskie oczy, ładnie zbudowany nos, a stał pośród gór spalonych i wyniosłych… co to kogo obchodzi ? Nie ma to nic wspólnego z malarstwem. Obraz nie może być sentymentalną opowiastką. Ta sztuka (jak i wszelka inna) musi być całkowicie bezinteresowna – niczym nie tłumaczona, nie usprawiedliwiana – jak modlitwa. Istnieje dla Tego, ku Któremu się kieruje. Bezinteresownie wydobywana z Boga i bezinteresownie Mu oddawana.
  • Drugi dotyczy źródła inspiracji. Nie znajduję go w sobie lecz poza mną, a sama sztuka, jak celnie zdefiniował August Zamoyski, „nie jest tworzeniem, lecz odkrywaniem Stwórcy”. Sztuka jest służebna wobec tajemnicy bytu i pokorna wobec zaistnienia wszystkiego najpierw w umyśle Stwórcy. Nie jest to przekreślenie kreatywnych zamierzeń artysty – wręcz przeciwnie; aby uchwycić to, co jest ukryte, trzeba wykazać się najwyższą umiejętnością twórczości. Ale artysta nie czerpie ze swojego wnętrza, środka, z duszy czy z głowy. Wydobywa to, co jest. Wydobywa to, co jest w świecie, choć niepodległe zmysłom. Wydobywa obecność Boga, która przemawia przez świat. Wystarcza mu pokory, aby nie sięgać do Jego istoty, bowiem tam jest ciemność i tajemnica nieprzekraczalna; można widzieć jedynie cień przechodzącej światłości. Artysta porusza się po obrzeżach Świętego, Jego udzielania się w świecie. Można powiedzieć, że materializuje łaskę. „Sztuka jest zobrazowaniem rzeczy nie poddających się naszym zmysłom, jest ich upostaciowieniem. Sztuka polega na odkrywaniu i przekazywaniu tego odkrycia”.

Oczywiście niezwykle ważne jest, aby tam się dostać, ponieważ inaczej pozostanie się na poziomie wrażeń formalnych. Jak pisze Zamoyski: „Autentyczny artysta – wypadek niezmiernie rzadki – nie troszczy się o rozwiązanie tragizmu istnienia, nie do pojęcia dla naszych umysłów skończonych, lecz przez dokonanie swego dzieła uwalnia się z tych stanów dręczących opresji, wnika w tajemnicę bytu, współżyje z nią w sposób tak intymny, iż przestaje Ona nią być dla niego, bo jest przejęty spokojem, jaki daje ufność swego mistycznego współżycia ze (…) Stworzeniem”. Sztuka jest emanacją życia wewnętrznego. Jeśli akcent postawiony zostanie na artystę, pozostanie w sferze wyobraźni i ograniczonej inwencji, jeśli zaś przebije się ku istocie, ma szansę wyrwania się z małoduszności. „Sztuka nie jest zagadnieniem świeckiej estetyki, jest subtelnym, świętym łącznikiem między bytem a Bogiem; jest owocem doświadczenia mistycznego, niezmiernie rzadkim przejawem łączności między nami a Substancją – zrównania, do którego są zdolni jedynie powołani – czy to artyści, czy spragnieni sztuki”.

Obraz jest otwarty i jako taki prowadzi do spotkania z Niestworzonym. Nie można obrazu sakralnego „zaklajstrować” oczywistością i zniewolić dość ciasnym ludzkim wyobrażeniem o Świętym. Ta sztuka musi mieć odwagę wyjścia poza usankcjonowane schematy i głęboko wyżłobione koleiny, przenieść się w przestrzeń autentycznego doświadczenia – wszystko za pomocą właściwych, formalnych środków wyrazu. Może nawet wejść w dziedzinę nieobecności. Przejście na „drugą stronę obrazu” zawsze wiąże się z ryzykiem, nawet z ryzykiem pogubienia drogi, ale jest to jedyny sposób, aby dotrzeć do Prawdy.

Leave a reply