Gdy ciało upokarza


Mirosław Pilśniak OP

K

iedy zaczęliśmy redagować numer <i>Teofila</i>, poświęconego problematyce ciała, obiecaliśmy sobie, że nie będzie w nim nic o seksie. Przede wszystkim dlatego, że chcieliśmy podejść do ludzkiej cielesności od innej strony niż robi to większość periodyków, które instrumentalizują ciało w celach komercyjnych. I pewnie zostalibyśmy przy tym postanowieniu, gdybyśmy rzadziej wychodzili z klasztoru. Ale wystarczy przejść się po ulicach, żeby uświadomić sobie, iż pierwsze pytania związane z ciałem – czy nam się to podoba, czy nie – dotyczą tak naprawdę seksu. Ostatnia kampania ,,przeciw homofobii” pokazała bowiem, chyba po raz pierwszy w Polsce na tak szeroką skalę, że homoseksualizm jest zagadnieniem (żeby nie napisać problemem) społecznym. Skoro tak, to ksiądz musi się z nim stykać. Gdzie? Przede wszystkim w konfesjonale. A może jednak nie – może jest tak, że ci, których własne ciało stawia wobec pytania o orientację seksualną, wcale nie przychodzą z tym do spowiedzi, a ci, którzy zjawiają się u kratek konfesjonału zupełnie nie mają takich problemów. Na ile zatem problemy, jak np. homoseksualizm, są obecne w naszych spowiedziach i na ile wpływają one na sposób przeżywania przez nas wiary. Sami nic na ten temat nie możemy powiedzieć, bo do kapłaństwa mamy jeszcze trochę czasu. Poprosiliśmy więc o rozmowę naszego współbrata, który już od wielu lat posługuje osobom, borykającym się z tego rodzaju problemami – ojca Mirosława Pilśniaka OP.

 

Mirosław Pilśniak OP: Problem, jak sądzę, został tutaj dobrze zarysowany. Oczywiście, zagadnienie homoseksualizmu istnieje i zapewne będzie podnoszone coraz częściej. Plusem debaty społecznej jest to, że pozwala ona ludziom, którzy przeżywają kłopoty z własną seksualnością, nazwać to, co odczuwają. Samo dojście do wniosku, że ktoś ma problem z własnym ciałem, jeśli idzie chociażby o orientację seksualną, nie jest jednak takie proste. Bardzo często wiąże się to z faktem, iż człowiek przez długie lata po prostu jest jakoś wewnętrznie nieszczęśliwy, coś mu ,,nie gra” i nie wie dokładnie, co. Obecnie dzięki temu, że więcej się powszechnie mówi na te tematy, może nazwać swój mianem ,,odmiennej orientacji seksualnej” czy ,,brakiem identyfikacji z własnym ciałem”.
Ale nazwać łatwiej to nie znaczy nazwać trafnie. I tu dochodzimy do kwestii spowiedzi i obecności ludzi z problemami homoseksualnymi u kratek konfesjonału. Trudno jest powiedzieć, jak wiele osób boryka się z tym problemem, ale każdy spowiednik natrafia na takie, które miały jakieś epizody homoseksualne. Ludzie ci nie wiedzą, czy są homoseksualistami, czy też nie. Kiedyś się do kogoś przytulili i poczuli, że to jest coś erotycznego, a nie jedynie przyjacielskiego. Ktoś spotkał kogoś z problemem identyfikacji i poczuł się bardzo mu bliski i sam już teraz nie wie, czy też jest w związku z tym homoseksualistą czy nie. Osób, mających tego rodzaju wątpliwości i dylematy na pewno nie jest mało. Trzeba jednak pamiętać, że ludzie, którzy się spowiadają, to jednak bardzo specyficzna grupa i nie można tu mówić o żadnych statystycznych badaniach. Osławione statystyki, które się podaje, to m. in. oczywiście słynny raport Kinseya, który podaje, że co dziesiąta osoba ma problemy homoseksualne. Wiadomo, że nie jest to prawdziwy wynik, choć do dziś się powtarza te dane. Chyba, żeby ludziom wbić do głowy, że to jest poważny problem. Są to badania prowadzone na dosyć specyficznej grupie społecznej – bodajże więźniów, którzy mieli jakieś epizody przemocy seksualnej. Dziś bardziej umiarkowanie mówi się, że trzy do czterech procent osób ma problemy z identyfikacją seksualną. Dla spowiednika jest to oczywiście jeszcze rzadsze zjawisko.

Czyli przychodzący do konfesjonału to zwykli ludzie, którzy nie wiedzą, czy to, czego kiedyś doświadczyli i w taki a nie inny sposób, pozwala ich zaliczyć do grupy homoseksualistów. Kampania i debata społeczna ,,pomaga im” radykalnie zdefiniować się jako hetero – bądź homoseksualista. Popatrzmy na dorastających nastolatków, którzy znajdują się w okresie, kiedy budzi się dopiero ich seksualność, w przypadku chłopców 16 – 17 lat, w przypadku dziewczynek 14 – 16 lat. Ich seksualność budzi się dopiero jako wrażliwość na wymiar erotyczny, z którym to wymiarem nie do końca wiadomo, co zrobić. W tym okresie trudność z identyfikacją może się zdarzyć i nie jest ona czymś nienormalnym. Jeśli człowiek na tym etapie rozwoju natrafia na bardzo poważny apel: ,,Jesteś homoseksualistą. Ujawnij się, bo tak będzie ci lepiej”, to tym samym zostaje wypchnięty na pewną ścieżkę myślową. Myśli, że ,,już tak jest”, a im bardziej tak myśli, tym bardziej jest tak rzeczywiście. Znaczy to też tyle, że problem w znacznej mierze tkwi tu również w głowie. Ważne jest bowiem, jak człowiek na tym etapie rozwoju sam o sobie myśli. Toteż tego typu kampania na rzecz ujawniania własnych problemów z identyfikacją czy też ujawniania własnej identyfikacji homoseksualnej sprzyja temu, aby młody człowiek, na etapie rozwoju seksualnego utożsamił się – nawet psychologicznie, w swoim myśleniu – z tym, że jest homoseksualny. A jest to zdecydowanym nadużyciem. Rolą spowiednika jest zatem m.in. pokazanie, że sytuacja nie mieści się w kategoriach ściśle zero-jedynkowych – albo jesteś homo, albo heteroseksualny. Ważnym pytaniem jest tu pytanie o wiek. Jeśli problemy z seksualnością przypadają na okres dojrzewania, spowiednik może bardzo dużo pomóc, zmniejszając lęk wobec tego zagadnienia. Mówiąc, że tak się rzeczywiście może zdarzyć, że z tego nic jeszcze nie wynika – żadne zdeterminowanie do grzechów, żadne zdeterminowanie do tego, że człowiek ma spróbować czy jest tak, czy inaczej. Zmniejszenie lęku może sprawę zupełnie wyciszyć i umożliwić człowiekowi normalny rozwój.

n19_i1

Pamiętam, kiedy byłem jeszcze w Warszawie, w związku z wydarzeniami, które miały wówczas miejsce w Kościele polskim, rozgorzała wśród nas – braci dominikanów – dyskusja, dotycząca pomocy ludziom z problemami erotomanii. Przy klasztorze służewskim działała wówczas grupa AE – anonimowych erotomanów. Była to jedyna forma pomocy osobom z problemami nałogu i natręctwa seksualnego. Sama idea takiej grupy wzbudzała wątpliwości. O ile alkoholicy rzeczywiście są w stanie wspierać się w dążeniu do trzeźwości poprzez tego typu grupy, o tyle ludzie z problemem erotomanii raczej – wydaje się – mogą sobie w ten sposób przeszkadzać. Czy inicjatywy grup AE mają rzeczywiście sens?

Opis uzależnienia seksualnego jest taki sam, jak opis wszystkich innych uzależnień. Człowiek traci zdolność do podejmowania odpowiedzialności za siebie i fakt, że nie jest narkomanem, lecz erotomanem, to jedynie inny rodzaj zniewolenia. Mechanizm uzależnienia jest taki sam. Człowiek jest uzależniony od tych wszystkich czynników, przemian biochemicznych, które są związane z aktywnością seksualną, stracił też zdolność do kierowania sobą w życiu moralnym i nie ponosi odpowiedzialności za to, co robi w poszczególnych momentach. Pomoc w takich sytuacjach polega przede wszystkim na ograniczeniu spustoszeń, których człowiek dokonuje wokół siebie i w sobie samym. Nie mam tu na myśli jedynie możliwości zarażenia jakimikolwiek chorobami. Pomaganie w takiej sytuacji musi być często nastawione na ratowanie życia osoby uzależnionej. Od tego trzeba zacząć. Ciekawą rzeczą jest w przypadku osób uzależnionych, że zawsze wpadają one w swoistego rodzaju ciąg kłamstw: że sobie poradzą, że kontrolują sytuację, że chcą tego, z czym sobie tak naprawdę nie potrafią się uporać. Żeby więc siebie usprawiedliwić, wymyślają najbardziej zdumiewające rzeczy. W takim przypadku spowiednik nie jest w stanie od razu ocenić zachowania człowieka zniewolonego, ponieważ każda ocena może tylko pogorszyć całą sytuację. Otóż człowiek, który i tak bardzo źle o sobie myśli i bardzo źle siebie ocenia, jeśli się jeszcze dowie, że jest złym człowiekiem i wszyscy to wiedzą, a spowiednik to jeszcze potwierdzi – człowiek uzależniony w takiej sytuacji zostaje utrwalony w swoim uzależnieniu. Pierwsze zatem, co trzeba zrobić w takiej sytuacji, to zmniejszyć lęk, powiedzieć, że nie jest to coś wyjątkowego, że wielu ludzi doświadcza podobnych problemów. W takiej sytuacji potrzeba fachowej pomocy. ,,Fachowa pomoc” to termin dosyć łagodnie brzmiący, ale który zaciekawia i od razu nie klasyfikuje człowieka, że jesteś psychotykiem, wariatem albo złym człowiekiem. W przypadku erotomanii sprawa jest o tyle trudna, że tego typu uzależnienie wyjątkowo silnie upokarza – jeszcze mocniej niż narkomania czy alkohol. Alkohol może uchodzić za styl społeczny. Alkoholik może się ukryć. Erotoman jest dużo bardziej upokorzony, ma poczucie grzeszności, potępienia. Najpierw trzeba więc zasugerować konieczność specjalistycznej pomocy i udzielić informacji, gdzie można taką pomoc uzyskać. Na pierwszy raz lepiej jest proponować indywidualny kontakt z psychologiem niż grupę terapeutyczną. Wydaje się to znacznie bardziej bezpieczne i otwiera możliwość skorzystania z porady, pomocy, obecności kogoś, kto posłuży się pewnym profesjonalizmem do zaproponowania dalszych kierunków pomocy.

Spowiednik ma tu do zrobienia niewiele. Może pokazać możliwości, może też powiedzieć, że człowiek ponosi moralną odpowiedzialność za to, czy szuka pomocy. W zasadzie tyle może powiedzieć spowiednik. W ten sposób daje człowiekowi poczucie, że jednak jeszcze za coś odpowiada, coś może zrobić, a to znaczy, że jest kimś wartościowym. Człowiek, który ma poczucie, że nie ma za nic odpowiedzialności, czuje się człowiekiem pozbawionym wartości. Bardzo cenne jest to, co spotykamy w niektórych naszych klasztorach, że na terenie samego klasztoru jest poradnia psychologa. Człowiek nie musi daleko szukać pomocy. Poza tym psycholog jest wówczas polecony przez Kościół, cieszy się dzięki temu zupełnie innym zaufaniem niż przypadkowy specjalista.

Pytanie teraz, co dalej: pomoc indywidualna czy grupowa? I na tyle, na ile znam dane, terapia indywidualna daje szansę wyleczenia do 45 %, terapia grupowa zaś do 75 %. Indywidualny kontakt z psychologiem ma służyć wprowadzeniu człowieka do grupy terapeutycznej. Jedną z takich grup są AE – anonimowi erotomani, drugą z grup, znaną mi w Polsce, jest grupa ,,Odwaga”, która główną siedzibę ma w Lublinie, ale uczestniczą w jej zajęciach ludzie np. z problemem homoseksualizmu z całej Polski. Spotkania, odbywające się raz w miesiącu i struktura programu ułatwiają dostęp do grupy ludziom z różnych części kraju. Jeśli mówimy jednak o grupie terapeutycznej, jest wiele znaków zapytania. Oczywiście stwarza ona wiele zagrożeń. Jednak, kiedy porówna się grupy AE z grupami AA, mamy te same zagrożenia. Środowisko złożone z samych alkoholików stwarza podobne zagrożenia dla poszczególnych członków AA, jak środowisko złożone z samych erotomanów dla AE. Normalnie w grupach terapeutycznych, działających na zasadzie grupy wsparcia, czyli bez ścisłego programu, gdzie można funkcjonować przez wiele lat, zmieniając swoją rolę, osoby będące w grupie nie powinny dążyć do nawiązania bliższych relacji czy przyjaźni. Taka jest zasada. Ci ludzie spotykają się, ponieważ mają traumatyczny problem. To nie jest grupa, która swoje więzi rozciąga na wszystkie dziedziny życia. Dlatego zagrożenie, że w grupie zawiążą się dalsze stopnie chorych relacji co prawda istnieje, ale pomimo wszystko istnienie takich grup ma głęboki sens.
Wracając jednak do spowiednika, to jeszcze raz trzeba podkreślić, że jego początkową rolą jest tu odesłanie do psychologa. Każdy ma swój stopień profesjonalizmu. Spowiednik ma umieć w sposób nieoceniający, nie wpychając człowieka w poczucie winy, czyli de facto w dalsze uzależnienie, pokazać drogi wyjścia i ocenę moralną jego sytuacji, która ściśle wiąże się z tym, czy uzależniony będzie szukał pomocy, czy nie. Profesjonalizm spowiednika w takiej sytuacji polega na tym, czy ma w głowie adresy, pod które może odesłać penitenta po fachową pomoc i który wie nawet, kiedy poradnia jest otwarta. Szczegóły są w takiej sytuacji bardzo ważne. To spowiednik powinien wiedzieć. Psycholog natomiast posłuży się własnym językiem, ale ten język zazwyczaj sprawdza się w praktyce.

A co z grzechem? Jak z jednej strony wyraźnie mówić, że problemy seksualne są po prostu grzechem, problemem moralnym, a nie tylko psychologicznym, z drugiej zaś strony nie wpędzać człowieka przez poczucie winy jeszcze bardziej w nałóg?

Po pierwsze, mamy rozróżnienie na grzech materialny i formalny. W tym kontekście stosunki seksualne z osobami przypadkowymi jest zła materialnie i będzie skutkowała w sposób zgubny dla człowieka. Nasuwa się jednak pytanie, czy mamy do czynienia również z grzechem na płaszczyźnie formalnej? W przypadku uzależnień bowiem mamy gdzieś granicę, za którą człowiek nie jest już w stanie podjąć odpowiedzialności za swoje postępowanie. Jest to rzeczywiście bardzo trudne do ustalenia. Ja wiele razy miałem do czynienia z osobami, które podejrzewałem o uzależnienie, ale chcąc im dać szansę, traktowałem je jak osoby w pełni wolne i widziałem, że to nie przynosi żadnego skutku. Potrzebowali po prostu innej pomocy. Ja sam mam świadomość błędu w tej materii. Widziałem, że mam do czynienia z osobami, które wikłają się w kłamstwa o panowaniu nad sobą, że wpadają w ciągi, które wyraźnie sugerują uzależnienie. Co innego, jeśli komuś zdarzy się epizod, a co innego, gdy ten ,,epizod” trwa kilka dni. Wówczas w zasadzie sprawa jest przesądzona i nie ma co dyskutować o odpowiedzialności. Zasada jest prosta, człowiek ponosi odpowiedzialność za to, co od niego zależy. Aby nie zapomnieć o grzechu w takiej sytuacji, dobrą metodą jest pokazanie realnie złych, często śmiercionośnych skutków grzechu osoby uzależnionej – wciąganie otoczenia w swoje uzależnienie i wynikające stąd zło, z powodu którego cierpią najbliżsi, rodzina. Można pokazać dużo złych skutków, wypływających z zachowania osoby uzależnionej, nie mówiąc wprost o grzechu. Położenie akcentu na złe skutki, a zmniejszenie nacisku na odpowiedzialność osoby uzależnionej i, co za tym idzie, w pewnym sensie ubezwłasnowolnionej, może prowadzić do zdrowia i do nawrócenia, tzn. do wzięcia odpowiedzialności za własne życie. To ważne, bo kiedy człowiek jest w stanie wziąć odpowiedzialność za zło swego życia, czyli jest w stanie przyjąć, że jest przyczyną tego zła, to jest również w stanie uwierzyć, że może być przyczyną dobra. Jeśli będzie w stanie wziąć odpowiedzialność za swoje życie będzie też w stanie obdarować kogoś swoją miłością. W tej chwili o żadnym obdarowaniu nie może być mowy, bo nie ma mowy o wolności.

n19_i2

Czy spowiednik, do którego zgłasza się penitent z problemami z własną seksualnością, jest w stanie rozeznać, czy ma do czynienia z osobą uzależnioną, czy jedynie słabą?

Jest taki sprawdzian AA, który działa również w przypadku AE. Trzeba przede wszystkim spytać, co sam penitent mówi o tego typu problemie, czy widzi to jako zniewolenie, czy mówi np. ,,miałem jakiś moment załamania, kryzysu, ale teraz już jest i będzie O.K.”. Wtedy należy zapytać, czy takie sytuacje totalnego upadku w grzech nieczystości zdarzały się już wcześniej. I znowu – nie: czy już to robiłeś? Ale: czy już się to wcześniej zdarzało? Uzyskuje się tę samą informację, a człowiek zapytany nie wpada w panikę, nie zaczyna kłamać, ukrywać się przed pytającym. Spowiednik może zadać takie pytanie. Jeśli zdarzyło się to wcześniej, można też zastosować sprawdzian, jakiego używają anonimowi alkoholicy i zapytać, czy zdarzyło się w ciągu ostatnich 100. dni. Jeżeli tak, to można to już uznać za problem. Myślę, że to jest ważna informacja, której potrzebuje człowiek. Nawet przy jednorazowym kontakcie można tym sposobem pokusić się o jakąś diagnozę. Co ważne, lepiej nie proponować kolejnych spotkań, pomimo, że dla penitenta mogłoby się to wydawać korzystne. Chodzi bowiem o to, żeby nie stracił zaufania do spowiednika. Człowiek zakłamany też jest podejrzliwy i może zacząć nieufnie się domyślać: ,,dlaczego on chciał znów mnie spotkać, czego tak naprawdę ode mnie chce? „. Lepiej więc nie proponować dalszych spotkań, ale pokazać drogi postępowania.

A co z rozgrzeszeniem w przypadku osób uzależnionych od seksu?

W przypadku nałogu trudno mówić o skali winy, gdyż nie wiadomo, na ile człowiek jest w stanie wziąć za siebie odpowiedzialność. Zmniejszanie napięcia i poczucia winy sprzyja zdrowiu. Zadaniem spowiednika nie jest podkreślanie winy uzależnionego, ale – Boże miłosierdzie. Człowiek zniewolony nałogiem, który dysponuje niewielką zdolnością decydowania o sobie, ma zazwyczaj świadomość nawet małych zaniedbań. Materia rozgrzeszenia zawsze się znajdzie i człowiek bardzo go potrzebuje, choć samo rozgrzeszenie nie rozwiąże jego problemów. Rozgrzeszamy z grzechu – z tego, za co człowiek ponosi odpowiedzialność, a nie z nałogu.

Kto ma większe problemy z własnym ciałem, kobiety czy mężczyźni?

Wydaje się, że mężczyźni, a to z tej prostej przyczyny, iż seksualność mężczyzny jest bardziej impulsywna. Mężczyzna potrzebuje dziesięciu sekund, aby być gotowym do stosunku seksualnego – kobieta dziesięciu godzin. Tyle, że jak u mężczyzny gotowość seksualna szybko narasta, tak równie szybko opada. U kobiet proces wolniej się rozpoczynający wolniej też pozwala osobowości wrócić do normy. Kobiety znacznie częściej mówią o tym, że całkowicie utraciły kontrolę nad swoim zachowaniem. Choć generalnie kobiety rzadziej mówią o problemach seksualnych, związanych np. z autoerotyką, to jednak, kiedy już o tym, mówią zwykle oznacza to potężny problem. Mężczyźni np. o autoerotyce mówią częściej, ale nawet w konwencji takiej zwyczajnej pracy nad sobą, często gry z własnymi emocjami. Wydaje im się, że potrafią problem w zasadzie samodzielnie rozwiązać.

Czy księża są przygotowani do spotkania w konfesjonale z ludźmi, którzy przychodzą z problemami z własnym ciałem?

Na tyle, na ile znam i słyszę, co mówią księża, boję się, że większość nie jest do tego typu spotkań przygotowana. Fachowa wiedza księdza w konfesjonale nie ma obejmować wszystkich faz uzależnienia. Chodzi o to, że brakuje elementarnej zdolności do zastosowania języka terapeutów do dialogu z penitentem, żeby człowiek nie miał poczucia, że jest oceniany, wyśmiewany albo, że się zrzuca na niego ciężar, którego w żaden sposób nie może unieść. Wszystkie słowa nakazowe typu ,,musisz”, które słyszy penitent – a jako, że jest przewrażliwiony, to słyszy je dziesięciokrotnie silniej – zostaną odebrane fatalnie. Myślę, że księża nie są przygotowani do dialogu, który siłą rzeczy musi opierać się też na normie terapeutycznej. Człowiek z problemem uzależnienia nie może się czuć oceniany i przymuszany do czegoś, co go przerasta, czego nie jest w stanie podjąć. Pewien rodzaj profesjonalnego przygotowania jest konieczny i tego niestety brakuje. Ja na wykładach z teologii małżeństwa staram się braci uwrażliwić na język. Staram się, żeby przynajmniej bracia dominikanie byli wrażliwi na ten język.

Skąd się bierze taka skala problemów z ciałem we współczesnym świecie? Z jednej strony mamy eksploatację młodego, pięknego ciała, która nie ma żadnych barier i zahamowań, z drugiej natomiast strony mamy totalne odrzucenia ciała słabego i chorego. Z czym mamy więc do czynienia? Z nową wersją manicheizmu, a może po prostu z najzwyklejszym w świecie hedonizmem? Skąd się bierze ten ambiwalentny stosunek do ciała, który młodych wpędza w zniewolenia własną seksualnością i ciałem, a starych w lęk, który wyraża się w pytaniu: ,,Czy nasze życie ma jakikolwiek sens, skoro nasze ciało jest już byle jakie? „.

Po pierwsze powodem takiej sytuacji jest zanik metafizycznego myślenia o człowieku, niezrozumienie tajemnicy i daru człowieka. Obsesyjne podkreślanie indywidualności, subiektywności, autonomii sumienia wcale nie prowadzi do tego, żeby szanować innych ludzi. Taka koncepcja prowadzi raczej do stwierdzenia, że każdy jest niezależną monadą i stąd styl życia ludzi całkowicie wyizolowanych, którzy tylko od czasu do czasu wychodzą, żeby z kimś się spotkać. Charakterystyczne są tu statystyki z Paryża. Ponoć w tym mieście 45 % ludzi w ciągu tygodnia żyje samotnie, a tylko w weekendy spotyka się okazjonalnie ze znajomymi. Ten styl jest obecny także w Polsce. Podkreślanie subiektywności jednostki owocuje brakiem wrażliwości na drugiego człowieka. Wartości związane z cielesnością samą w sobie, a nie z człowiekiem jako całości, są łatwiejsze do osiągnięcia, przeżywane są zdecydowanie bardziej intensywnie, są łatwiejsze do kupienia niż jakiekolwiek inne. Kiedy przypatrzymy się witrynie kiosku, mamy 10 tytułów typu ,,Wiedza i życie” czy ,,Polityka”, a 150 tytułów, które mówią o tym, jak upiększyć swoje ciało, jak zintensyfikować przeżycia związane z cielesnością itd. To jest oczywiście produkt łatwy do sprzedania, wychodzi naprzeciw ludzkim potrzebom i odwołuje się do rzeczywistej wartości człowieka, jaką jest cielesność z tym zastrzeżeniem, że pokazuje ją fragmentarycznie. Oburzenie społeczne nie jest tutaj dobrym sposobem reakcji, ale mówienie, że jest to głupie, jest potrzebne. Nie należy to jednak do obowiązków księdza, który łatwo może być postrzegany jako ,,pies ogrodnika”. Lepiej, żeby robili to świeccy i to niekoniecznie pod sztandarami Kościoła, tylko pod sztandarami np. godności człowieka.

Mirosław Pilśniak OP ? dominikanin, absolwent matematyki i teologii, duszpasterz akademicki w klasztorze św. Józefa w Warszawie, duszpasterz katechumenów, organizator Spotkań Małżeńskich. Wykładowca teologii małżeństwa w Kolegium Dominikanów.

Artykuł jest w numerze:



Ciało

Zobacz numer »

KUP NUMER

Spis Treści

Dodatek teofila

    Philospohia viva teofila

      Spory, dyskusje, polemiki teofila

        Rozmowa teofila

        Ankieta teofila

          Artykuły teofila

          • Zmartwychwstanie ciał — problem filozoficzny?
            Kard. Georges Cottier OP
          • Cielesny człowiek i ludzki duch
            Marian Grabowski
          • Zmysłowa miłość Boga
            Wojciech Jędrzejewski OP
          • Jak kochać?
            George Weigel
          • Ciało sakramentem ducha
            Jan Andrzej Kłoczowski OP
          • Ciało liturgii
            Tomasz Grabowski OP
          • Asceza, czyli jak wybrać życie potężne, proste, oczywiste
            Michał Zioło OCSO
          • Metody świadomości ciała w pracy aktora
            Bogusław Parchimowicz OP

          Horyzonty teofila

          • O łakomstwie
            Nil Synajski
          • Joga – droga zbawienia czy odprężenia?
            Tomasz Mariański OP
          • Zapomniany uczeń Husserla
            Wojciech Surówka OP
          • Historia modlitwy różańcowej
            Bogusław Kochaniewicz OP

          Dominikalia teofila

            Wykład teofila

            • Konferencja dla braci dominikanów
              Michał Zioło OCSO

            Poezja teofila

              inne