Ojców Kościoła da się lubić


Henryk Pietras SJ

K

im są Ojcowie Kościoła? Czy da się to określić w jednym lub dwóch słowach?

Trudno, view bo definicje mają zawsze to do siebie, check że zaciemniają obraz, buy cialis bo mówią jasno a życie nie jest jasne. Za Ojców Kościoła zwykło się uważać ludzi świętych, mądrych i ortodoksyjnych, którzy w pierwszych wiekach chrześcijaństwa działali, tworzyli, pisali i wpłynęli na to, jak my wszyscy, czyli ich potomkowie w wierze, wierzymy i wyobrażamy sobie to, w co wierzymy. I taki opis chronologicznie zamykający czas do piątego, szóstego, siódmego wieku, to już zależy od upodobań poszczególnych patrologów, nazywa się okresem Ojców Kościoła.

Trudność leży w tym, żeby stwierdzić, że Ojcowie to byli ci, którzy byli ortodoksyjni, bo nie bardzo wiadomo, co to znaczy. To bowiem, co było ortodoksyjne w drugim, trzecim, czwartym wieku, w czasach, kiedy ortodoksji poszukiwano, niekoniecznie okazało się ortodoksyjne w następnych wiekach. Dlatego wprowadzono rozróżnienie na Ojców Kościoła i Pisarzy Starochrześcijańskich. Pisarze Starochrześcijańscy to byli ci, którzy tworzyli, pisali, wpłynęli na naukę Kościoła, ale z racji poglądów bywali potępiani przez synody, jak np. Orygenes. Ale pozbawienie Orygenesa tytułu Ojca Kościoła jest osobliwością… Prawdę powiedziawszy, z punktu widzenia nauki Kościoła, która ustaliła się wieki później, to żaden Ojciec Kościoła nie był ortodoksyjny. Dlatego ja osobiście za Ojców Kościoła traktuję wszystkich tych starożytnych naszych przodków w wierze, który przyczynili się do rozwoju wiary, bez względu na to, jak przy okazji błądzili.

Czy to błądzenie jest środkiem do odkrywania, do coraz głębszego wchodzenia w prawdę?

Oczywiście! To jest tak jak z wytyczaniem szlaku na szczyt jakiejś góry. Żeby służby parku narodowego wytyczyły szlak dla turystów wiodący na górę, to muszą zbadać wszystkie ślepe uliczki przy okazji, żeby zobaczyć, że tędy się nie da, tylko trzeba inną drogą. Bez tego błądzenia nie byłoby szlaku. Nie ma takiej możliwości, ponieważ Duch Święty daje łaskę wiary, ale Duch Święty swoje, a człowiek wyobraża sobie swoje, dlatego też przedeptanie ścieżek, które prowadzą donikąd było konieczne, żeby znaleźć ścieżkę, która prowadzi do szczytu.

Ale czy nie wkrada się pewne niebezpieczeństwo, że, idąc tropem Ojca, wszystkich naszych poprzedników w wierze będziemy uważać za Ojców Kościoła. Ten termin implikuje, że są to ci, którzy uczyli nas wiary i ci, którzy prowadzili do dalszego udoskonalania doktryny chrześcijańskiej. Jeżeli ten termin rozszerzymy na wszystkich, także na tych, którzy wprowadzali zamęt, to czy nie pogubimy czegoś?

Myślę, że nie pogubimy. Raczej uzmysłowimy sobie, że docieranie do prawdy jest obciążone różnymi błędami. Trzeba być gotowym na to, że w studiach teologicznych także się błądzi, że trzeba czasem wracać. Myślę, że to jest bardzo istotne… Jeśli się będzie wymagało od teologa, żeby tylko i wyłącznie podążał za innymi to niczego nowego nie odkryjemy, nie pogłębi się nasza znajomość Objawienia, Pana Boga, tylko pójdziemy za tym, co już inni odkryli. Nie o to chodzi, bo objawia się cały czas Bóg jako Osoba, natomiast pojmowanie tej Osoby jest zmienne z człowieka w człowieka, z epoki w epokę. Dobrze jest uczyć się nie tylko na ludzkich osiągnięciach, ale i na cudzych błędach, dlatego, że każdy z nas będzie te błędy popełniał i lepiej, żeby miał świadomość, że nie jest pierwszy, który się pomylił. Po prostu tak jest, że w drodze do jakiegoś celu istnieją ścieżki, które prowadzą prosto i takie, które zwodzą, które prowadzą krzywo i trzeba nauczyć się je rozróżniać, ale nauczyć się tego nie da się bez wejścia na nie.

Jednak ogranicza Ojciec pojawianie się Ojców Kościoła oraz przypisywanie tego tytułu teologom i myślicielom chrześcijańskim do pewnego okresu, czyli wyznacza pewną granicę, po której o Ojcach Kościoła trudno mówić?

Bo taki jest obyczaj ogólnokościelny czy ogólnoświatowy. Bywały takie szkoły, które mówiły, że należy mówić o Ojcach Kościoła na zachodzie do św. Izydora z Sewilli (+636) a na wschodzie do Jana z Damaszku (+749). Ale to jest umowa społeczna. Ojciec de Lubac postulował, żeby całe pierwsze tysiąclecie zaliczyć jako ten okres. Jean-Paul Migne, gdy kompletował Patrologiae Latinae Cursus Completus czy Patrologiae Graecae Cursus Completus poszedł aż w XIV wiek. Niektórzy proponują, żeby objąć kategorią Ojców Kościoła wszystkich, którzy pisali do wynalazku druku. Cokolwiek się nie wymyśli, będzie to zawsze arbitralne. Moja arbitralna i dyskusyjna, oczywiście, hipoteza jest taka, że zajmuję się Ojcami Kościoła do V wieku, a wszystko po V wieku to są już dla mnie nowinki. Ale jest to arbitralne i zdaję sobie z tego sprawę, każdy może mieć inne zdanie na ten temat. Ale nie ma takiego mądrego, który by udowodnił, że ma być jakoś tam.

n25_i1

W tym okresie teologię czy teologów charakteryzuje się przez to, na ile zajmowali się Pismem Świętym. Czy może to być jedna z tych charakterystycznych cech ułatwiających nam zdefiniowanie, kto jest Ojcem Kościoła? Że musi to być myśliciel, który bardzo umiłował Pismo Święte, który poświęcił temu wiele czasu…

Cała teologia chrześcijańska będzie miała jako punkt wyjścia Pismo Święte. Samo podejście do Pisma Świętego niczego nie uwarunkuje… To, co jest jakąś normą jest to, co napisał Wincenty z Lerynu w czwartym wieku w Commonitorium, kiedy pisze, że to jest nauką katolicką, co wszyscy, zawsze i wszędzie uznawali. Ale prawdę powiedziawszy, jak powiedział Antoni Orbe, jeden z największych patrologów XX stulecia, gdyby odnieść się do tego opisu i naprawdę zredukować całą naukę Ojców do tego, co naprawdę wszyscy, wszędzie i zawsze uznawali, to byłaby tylko prawda, że Ojciec jest Bogiem. Bo to wszyscy uznawali, bez względu na herezje, poglądy, nurty, kierunki, mody.

Ojciec powiedział, że w starożytności nie ma czegoś takiego jak Magisterium Kościoła. A Sobory powszechne? Czy są punktem odniesienia?

To są potężne filary, ale one się zajmowały bardzo wycinkową rzeczywistością. Czym się zajął tak zwany Sobór Nicejski? Wyznaniem wiary. A cała interpretacja tego wyznania wiary z tym Soborem nie ma wiele wspólnego, to sprawa późniejsza. Czym się zajął Sobór Konstantynopolitański I? Pochwalił tamto wyznanie i sformułował parę kanonów. Też wielki punkt odniesienia to nie jest. Sobory chrystologiczne: Efeski i Chalcedoński, próbowały opisać jakoś osobę Jezusa Chrystusa i im się udało; raczej trzeba brać pod uwagę, obok Soborów Powszechnych, całe życie synodalne Kościoła, i recepcję tych synodów ? jak to powoli narastało ? oraz Pismo, na którym się opierano; to wszystko jest nauką Kościoła, ale ta nauka Kościoła ma różne oblicza.

W takim razie, do czego odnosili się Ojcowie Kościoła? Czy ich poszukiwania były kierowane pewną intuicją, sensus fidei?; co było dla nich punktem odniesienia, z czym weryfikowali swoje pomysły, poglądy?

Z wiarą! I wiarą się zajmowali, wiarą w Boga, wiarą, która jest darem Ducha Świętego, ale której przekazywanie jest uwarunkowane kulturowo. I interpretowali tą wiarę mniej lub bardziej uzależnieni od sposobu wyrażania. Stąd mamy prawdy wiary czy dzieła, które próbują nam przybliżyć na przykład wiarę trynitarną ? z tym, że jedne są bardziej zależne od filozofii platońskiej, inne są bardziej zależne od filozofii stoickiej, jeszcze inne starają się być zależne tylko od Pisma Świętego. I to są różne sposoby przekazywania, natomiast życie wymuszało ciągle poszukiwanie nowych sformułowań kierowanych do nowych pokoleń ludzi. Stąd właśnie mamy starożytne pisma Ojców. We wszystkich większych miastach stenografowano kazania biskupów i podawano dalej. Jeżeli kazania były mało twórcze, to na którymś etapie przestawano je kopiować, a te kopie, które były, rozpadły się i koniec ? nie ma śladu. Przepisywano te najbardziej nośne i tym się Kościół rzeczywiście karmił; nie bez powodu zachowały się prawie wszystkie kazania Chryzostoma, bo były genialne ? chciało się je ludziom przepisywać z pokolenia na pokolenie, aż do wynalezienia druku. A mimo tego, że w Rzymie także stenografowano kazania biskupów, to pierwszy jako taki zborny zbiór kazań pochodzi z V wieku. Są to kazania Leona Wielkiego. Wszystkie homilie jego poprzedników musiały być albo nudne albo kiepskie, w każdym razie nie przepisywano ich, nie kopiowano i przepadły. To, co do nas dotarło przeszło okrutną weryfikację ? musiały okazać się przydatne, by ludziom się chciało pracowicie kopiować i inwestować w pergamin.

A jaką rolę w tym procesie odegrała filozofia? Od kiedy zaczęli się zajmować opracowywaniem wiary ludzie wykształceni filozoficznie? Czy to spowodowało jej szybszy rozwój i zwiększyło dynamizm refleksji nad wiarą?

Od początku tak było. Kiedy filozofowie przyjmowali chrześcijaństwo, to zaczęli do wyrażania swej wiary używać języka filozoficznego. I tak językiem filozoficznym posługuje się Justyn Męczennik, zależny od Platona; Tertulian, zależny od stoicyzmu; Klemens Aleksandryjski wykształcony w wielu filozofiach i jednocześnie, w zależności od tego co mu pasuje, opiera się na Platonie lub Stoi, bardzo synkretyzując myślenie; Orygenes jest pod wpływem medioplatonizmu; Atenagoras z Aten, jako jeden z nielicznych, jest pod wpływem arystotelizmu; Grzegorz z Nyssy pod wpływem platonizmu, ale także arystotelizmu; a niektórzy neoplatonicy czystej wody, jak na przykład Mariusz Wiktorynus, czysto filozoficznie wykładali swoją wiarę. I wkład tych filozofii w rozwój pojęć teologicznych jest ogromny, ale jednocześnie niesie ze sobą całe ryzyko stłamszenia Objawienia w filozofię.

A czy Ojciec widzi jakąś inną alternatywę w tamtych czasach dla pisarzy, myślicieli chrześcijańskich niż filozofia z kręgu grecko-rzymskiego?

Ale nie ma się czym zajmować! Nie będę się tym zajmował, co by było, gdyby było inaczej. Było jak było.

To jest jeden z problemów inkulturacji ? chrześcijaństwo zostało bardzo ograniczone przez narzędzia, którymi się posługiwali pisarze chrześcijańscy.

Jasne! To jednocześnie były i ograniczenia i siła napędowa. Po prostu była taka siła napędowa. Gdyby była inna, to by były inne ograniczenia. Studiowanie patrologii jest po to, aby móc rozróżnić, co jest nauką apostolską, przekazywaną, a co jest językiem i światem pojęć używanym dla jej opisania. I to jest absolutnie konieczne, aby w działalności misyjnej Kościoła nie głosić platonizmu czy arystotelizmu, tylko Słowo Boże. Ale trzeba się przekopać, cofnąć i zobaczyć, co jest formą, a co treścią, a następnie poszukać takiego sposobu wyrażania tej samej treści, jaki jest odpowiedni dla takiej mentalności i takiej kultury, w jakiej my żyjemy, w jakiej żyją ci, do których się zwracamy.

To jest zadanie tylko dla fachowców czy dla każdego chrześcijanina? Czy każdy może sobie z tym poradzić?

Jest to zadanie dla wszystkich, tylko to wymaga przygotowania… Wszyscy są powołani do przepowiadania słowa, wszyscy mamy namaszczenie prorockie, kapłańskie i królewskie, z tym, że wiele osób tego unika. Bardzo wiele schizm powstało w Kościele z powodu niedouczenia, dlatego że uczepiono się jakiejś tam formy, sposobu mówienia, sposobu przedstawiania do takiego stopnia, że treść zaczęła zanikać. Ale tutaj jest bardzo ważne, że trzeba sobie uświadamiać, że właśnie Bóg objawia się jako osoba, a nie jako tekst gotowy do powielenia.

n25_i3

Idąc tropem Wittgensteina, który mówił, że myślimy za pomocą języka, skoro Ojcowie Kościoła stworzyli, w dużej mierze, język naszego mówienia o Panu Bogu, to czy możemy powiedzieć, że myślimy tymi kategoriami, które oni stworzyli, i nawet nieświadomie, nie zdając sobie z tego sprawy, jesteśmy ich olbrzymimi dłużnikami?

Właśnie na ogół tego sobie nie uświadamiamy. Wydaje się nam, że mówimy o Panu Bogu, a tak naprawdę posługujemy się sloganami, które są nawet czcigodne i miały bardzo ważną rolę do odegrania na wielu etapach, ale to niewiele zmienia. Chodzi o przepowiadanie Chrystusa, a nie przepowiadanie formułek. Przykładem może być, rozpowszechnione ze wszech miar, przekonanie, że istnieje dogmat o transsubstancjacji. Nie ma żadnego dogmatu o transsubstancjacji, jest dogmat o Eucharystii, którą Sobór określił jako wielką tajemnicę nazywaną przez Kościół transsubstancjacją. W poważnych definicjach dogmatycznych zawsze istniało wyczulenie, żeby nie przedobrzyć i zazwyczaj jest napisane dobrze. Tylko w wykładzie katechetyczno-homiletycznym nagle robi się dogmat z tego, co nim nie jest. Wydaje się, że jest objawione przez Boga, że istnieje ? na przykład ? jedna substancja boża w Trzech Osobach. Tego nie ma! Jest dogmat, że istnieje Ojciec, Syn i Duch Święty. A że to ktoś nazwał za pomocą pojęć z filozofii: substancją, osobami, to jest to już kwestia filozofii, a nie Objawienia. Te pojęcia filozoficzne są nośne, pożyteczne, pedagogicznie istotne, ale potrafią także zaciemniać.

Czy w dzisiejszym świecie, ten język jest nadal aktualny? Czy wystarczy człowiekowi współczesnemu? Czy może jest przed nami wyzwanie do stworzenia nowego języka?

Zawsze było takie wyzwanie i jeżeli Kościół nie będzie go podejmował, to stanie się skansenem. To jest bardzo ładnie napisane przez księdza Barona w jego pracy habilitacyjnej Neoplatońska idea Boga i ewangelizacja. Pokazuje on do jakiego stopnia neoplatonizm i jego świat pojęć pomagał w głoszeniu ewangelii oraz ewangelizacji i jak teraz przeszkadza. Teraz normalni ludzie o neoplatonizmie nie mają pojęcia. I nie mają zamiaru mieć! Częstowanie ich terminami opartymi na neoplatonizmie w żaden sposób nie pomoże im w zrozumieniu Objawienia, mimo szlachetnej przeszłości tychże pojęć.

Czyli trzeba zastosować zasadę: ocalić treść szukając nowych środków przekazu?

Koniecznie! Środków właściwych dla danej kultury.

A ta treść jest w Piśmie Świętym?

Ta treść to jest łaska wiary, dar Ducha Świętego. To jest podobnie jak z poezją: jest napisana w konkretnym czasie, języku. Tak samo Objawienie jest schowane w Piśmie Świętym, w języku kultury semickiej, czy palestyńskiej ludzi pierwszego wieku, dla których na dodatek język grecki ? języka Nowego Testamentu ? był językiem obcym (z wyjątkiem Pawła i Łukasza, mówiąc dla porządku). To są nie mniejsze ograniczenia. A nawet większe z powodu większego dystansu czasu.

Ale Kościół zaleca czytać każdemu wierzącemu Pismo Święte, aby się karmił?

I dobrze! Ale ten sam Kościół zabrania wydawania Pisma Świętego bez komentarza. Ponieważ zrozumienie tekstów Pisma ? tak starych ? nie jest rzeczą prostą. I łatwo wziąć wtedy pewien mit, który jest środkiem wyrazu wiary piszącego, za Objawienie. Mit nie jest Objawieniem, ale zawiera w sobie Objawienie.

Czyli przy zrozumieniu Pisma Świętego jest taka sama trudność jak przy zrozumieniu myśli Ojców Kościoła?

Dokładnie! Chociaż z Pismem jest trudniej, bo mamy do czynienia z jeszcze większą różnicą cywilizacyjną.

Zajmując się interpretacją Pisma Świętego, której dokonali Ojcowie próbujemy tłumaczyć niezrozumiałe przez mniej niezrozumiałe?

Do tego się to często sprowadza. Ale lepiej mniej niezrozumiałe niż zupełnie niezrozumiałe. A to już jest jakiś postęp. Gorzej, gdy niezrozumiałe tłumaczymy przez zupełnie niejasne.

Czy istnieje coś takiego jak patrystyczna szkoła interpretacji Pisma Świętego? Czy lepiej mówić o poszczególnych szkołach?

Jednej nie ma. Banalną jest rzeczą stwierdzić, że Kościół od początku był mozaiką. Judeochrześcijanie interpretowali Pismo Święte tak, jak inni Żydzi, dokładając do swojego rozumienia Pisma Świętego wiarę w to, że Jezus spełniał proroctwa mesjańskie; dostrzegali ich więcej niż ci, którzy Chrystusa nie zaakceptowali. Ale była to różnica ilościowa, a nie jakościowa. Kiedy chrześcijanami zostali filozofowie i filologowie greccy, to zaaplikowali do Pisma Świętego metodę, którą stosowano do dzieł Homera, czyli metodę alegoryczną.

Na czym ona polegała?

Na założeniu, że Homer pod błahymi opowieściami o bogach i herosach ukrył głębszą myśl, którą czytelnik powinien odnaleźć. Zaaplikowana do Pisma Świętego prowadzi do szukania głębszego sensu, który jest w nim zawarty. I przejęcie tej metody zrodziło całą potężną egzegetyczną szkołę aleksandryjską. Filon z Aleksandrii, Żyd, pierwszy zastosował tę metodę do Biblii, za nim poszli chrześcijanie. W czwartym wieku ludziom się odwidziało i w Antiochii zaczęła przeważać moda na egzegezę dosłowną. Uznano, że bezcelowe jest szukanie ukrytego sensu, bo stwierdzono, że go nie ma i że tekst tak jak stoi jest Pismem Świętym, nie ma niczego ukrytego. I zaczęła się rozpowszechniać metoda dosłownego czytania Pisma Świętego. To zresztą wpędziło Kościół w kłopoty, dlatego że, kiedy zaczęto dosłownie interpretować jako słowo Boże najdrobniejsze wskazania ksiąg kapłańskich dotyczące prawa, porządku świątynnego, rytuału, to zaczęli chrześcijanie zachowywać szabat, chodzić, oprócz niedzielnego uczęszczania do kościoła, w sobotę do synagogi i problem pod koniec IV wieku zrobił się bardzo duży. A powodem była obiekcja wobec duchowego interpretowania Pisma Świętego i przeważyła moda.

A jak to wygląda dzisiaj? Co pozostało z tego sposobu czytania Pisma Świętego? Co przejęliśmy? Co uznaliśmy za prawidłowe? Czy można dziś, bez narażania się na śmieszność i obskurantyzm intelektualny, nadal uprawiać interpretację alegoryczną?

Autorzy komentarzy egzegetycznych czy komentarzy alegorycznych, jakie pisał na przykład Orygenes, doskonale się przed tym bronili bardzo poważnym studium filologicznym. Pierwszym etapem jest zrozumienie tego, co jest napisane. Do tego potrzebna jest cała filologia, historia, itd. Dopiero dobre zrozumienie tego, co jest napisane prowadzi do odczytania głębszego sensu. I tego typu poszukiwanie głębszego sensu ciągle pozostaje ważne i absolutnie nie wydaje mi się, żeby to groziło popadnięciem w fundamentalizm czy obskurantyzm. Zresztą chrześcijaństwo jest bardzo poważnie zaszczepione przeciwko fundamentalizmowi i obskurantyzmowi, bo chrześcijaństwo, wbrew temu, co mówi wielu teologów, nie jest religią księgi.

Jest religią Słowa Objawionego.

Wcielonego! Słowo stało się człowiekiem. Nikt się za bardzo nie przejął tym, co napisał Jan Paweł II, że człowiek jest drogą Kościoła a nie, że Kościół jest drogą człowieka. W zdecydowanej większości, w praktyce homiletycznej czy kaznodziejsko-katechetycznej, księża uczą, że to Kościół jest drogą człowieka, że człowiek ma iść drogą Kościoła. Jan Paweł II kategorycznie zwraca uwagę, że jest wręcz odwrotnie: to człowiek jest drogą Kościoła. I człowiek jest kryterium interpretacji Pisma Świętego. A nie odwrotnie. To Słowo stało się człowiekiem. Tekst jest zapisem świadomości religijnej człowieka, jak rozumiał on Boga działającego.

Ale czy Ojciec nie wzywa do całkowitego indywidualizmu w czytaniu Pisma Świętego?

Nie. Interpretacja może być tylko eklezjalna, to znaczy, że Kościół przechowuje Pismo Święte i interpretacja w Kościele polega na tym, że trzeba się kierować tym, jak ta interpretacja dokonywała się przez wieki, ze stałą asystencją Ducha Świętego. Bóg bowiem wydaje się być stały w swych poglądach, co nie znaczy, że uparty przy sformułowaniach. Nie można więc interpretować Pisma tylko po swojemu, bez odniesienia do Tradycji Kościoła, ale też nie można doprowadzić do tego, by interpretacja Pisma Świętego była niczym innym jak realizowaniem wytycznych Papieskiej Komisji Biblijnej. Tego typu dokumenty są bardzo ważne i potrzebne, które określają pewne wskazówki, opisują stan na dziś, natomiast nie są to teksty prorocze, które mają określić jak mamy Pismo Święte interpretować na przyszłość. Bynajmniej! Kryterium interpretacji Pisma jest człowiek. Człowiekiem, którego przede wszystkim mam na myśli jest Jezus Chrystus. Człowiek taki, jaki być powinien, człowiek ? jedyny Syn Boga ? którego działanie i postawa nie była uwarunkowana grzechem. Postawa wszystkich pozostałych ludzi jest, w mniejszym lub większym stopniu, uwarunkowana słabością. Nie ma co popadać, moim zdaniem, w pesymizm św. Augustyna, że człowiek sam z siebie jest zdolny tylko do kłamstwa i grzechu ? myślę, że aż tak źle nie jest, ale niewątpliwie człowiek jest osłabiony i bywa w błędzie. Dlatego też, żeby nie popaść w indywidualizm, który powoduje, że każdy do siebie samego przykłada Pismo Święte, to zasadniczym punktem odniesienia jest ten człowiek, którym stał się Jezus Chrystus, doskonale złączony z Bogiem.

n25_i2

Wydaje się, że jednym z elementów, które dziedziczymy dzisiaj po Ojcach Kościoła, jest sposób czytania Pisma Świętego zwany lectio divina. Wiele osób, nie tylko ze środowisk zakonnych czy mniszych, próbuje czytać Pismo Święte według wskazań Ojców Kościoła. Czy ich sposób czytania Pisma Świętego jest nadal aktualny czy też należy go jakoś uzupełniać?

Taki sposób czytania ma braki osoby, która czyta, po prostu. Jeśli szuka ona tego, co w Piśmie jest dla mnie na dzisiaj, to jest to twórcze. Jeśli podchodzi do Pisma Świętego jak do kroniki albo do tego, co Bóg opowiada o innych, to nie jest to twórcze, bo Pismo Święte nie zostało nam przekazane dla prostowania innych, tylko dlatego, że jest to przebogaty zbór postaw, jakie z wiary wypływają i dlatego możemy z nich coś zaczerpnąć dla siebie. Nie chcemy naśladować wszystkich bohaterów biblijnych, to jest niemożliwe. Nie można być jednocześnie Saulem, Dawidem i prorokiem Natanem. I jeszcze Batszebą na dodatek. I nie o to chodzi. Chodzi o to, aby z czytania tego, czy innego miejsca w Piśmie Świętym wynikało, co w nim jest dla mnie na dzisiejszy dzień. I to jest cenne, ma w sobie coś. To ma być lectio divina a nie lectio, na przykład, historyczno-krytyczna, które jest pomocnicze, służy temu, żeby poznać lepiej tekst ? i bardzo dobrze. Ciągle jednak pozostaje ważnym kryterium: Jezus Chrystus jako Bóg, który stał się człowiekiem.

Czy to jest powód, dla którego Ojcowie, cały pierwotny Kościół, dbał o całość kanonu Pisma Świętego? Mam tu na myśli problem, jaki chrześcijanie mieli z Marcjonem, który zrezygnował ze Starego Testamentu, a z Nowego Testamentu wykreślił to, co nie zgadzało się ze św. Pawłem. Czy tym powodem jest osoba Chrystusa?

To zapewne, ale z Marcjonem był problem jeszcze trochę inny, mianowicie to było zerwanie z całą historią zbawienia. Jest jeden Bóg, który świat stworzył i zbawił. Jeżeli jest jeden Bóg, który jest panem całej historii zbawienia, to operacja polegająca na uznaniu Stwórcy za złego jest próbą podważenia całej jedności objawienia i historii zbawczej. Ale i tak mamy dwa kanony: kanon katolicki i protestancki. Są w nich najróżniejsze, drobne różnice. Kanon protestancki to zasadniczo kanon świętego Hieronima, który postulował, że tylko księgi protokanoniczne są normą, punktem odniesienia w dowodzeniu, natomiast odrzucił wszystkie te pisma, które są tylko po grecku w Septuagincie, a na których Kościół się chował przez cztery pierwsze wieki. I rozpropagował ideę dwóch kanonów. Ale znowu: to byłoby absolutne nieszczęście dla muzułmanów wierzących w boskość Koranu; dla chrześcijan to nie jest nieszczęście. Właśnie dlatego, że najważniejsze w chrześcijaństwie jest to, że Syn Boży stał się człowiekiem, a nie Pismem.

To łączy wszystkich Ojców, którzy zmagali się z Pismem Świętym, odsyła do źródła i sprawia, że następuje pewna ciągłość a nie ma skoków rewolucyjnych?

Można tak powiedzieć. Osoba Jezusa Chrystusa jest zupełnie centralna i kluczowa. Nie ma co próbować interpretować Pisma w oderwaniu od tego faktu. Tak to można sobie uprawiać religioznawstwo, a na pewno nie teologię.

Ojciec zajmuje się na co dzień naukowo tym działem teologii ? pisarzami do V wieku. Którzy z nich są Ojcu najbardziej bliscy i jakie są tego powody?

Bardzo bliski jest mi święty Ireneusz, którego wizja jest imponująca i obejmuje wszystko od stworzenia świata, aż po cel całej tej imprezy zwanej światem, która istnieje, by wszyscy powrócili do Chrystusa. Jest to wizja z dużym rozmachem.

Bardzo lubię Orygenesa, któremu nie zależało na zbawieniu tylko człowieka ? jego interesowały wszystkie byty rozumne, świat, kosmos w całości. To, że pewna część tych bytów rozumnych znajduje się na ziemi, to drobiazg; ważniejszy był szeroki rozmach ? uogólnienie do całego kosmosu; chociaż, oczywiście, wydarzenie zbawcze ? śmierć i zmartwychwstanie Jezusa dokonało się akurat na tej ziemi, w naszym świecie, czego Orygenes jest świadom i za co jest ogromnie wdzięczny. Ale to ma kosmiczne znaczenie, nie tylko dla ludzi. Mogę wymieniać dalej…

Czyli argumenty, które Ojca kierują ku konkretnym osobom są zarówno naukowe, jak i osobiste, jako człowieka wierzącego.

Ależ oczywiście! Różne rzeczy potrafię podziwiać: na przykład spryt św. Atanazego, jego zdolność do przeprowadzania karkołomnych operacji intelektualnych, żeby wyszło na jego, czy talent językowy świętego Augustyna, ale o nim specjalnie mówić nie lubię, bo ciągle za mało się na nim znam. Ja wiem, że lubienie nie jest kategorią naukową, ale, de facto, istnieje. Na szczęście mam taki komfort, że mogę się zajmować tym, czym lubię, a nie muszę tym, czego nie lubię.

Można użyć modnego dziś słowa: preferencje.

Coś w tym jest. Dionizy Aleksandryjski, da się lubić. Także Grzegorz z Nyssy da się lubić, nawet bardzo da się lubić.

Czy w języku polskim brakuje nam czegoś tak bardzo, że możemy się tylko smucić, że nie ma czegoś przetłumaczonego z Ojców Kościoła?

Bardzo wiele rzeczy nie zostało przetłumaczonych do tej pory, ale największa dziura, brak i skandal to jest to, że nie ma Adversus Haereses św. Ireneusza do tej pory po polsku oraz Pedagoga Klemensa Aleksandryjskiego. Adversus Haereses to absolutnie podstawowe i fundamentalne dzieło, ale pewien tłumacz tłumaczy to już kilkanaście lat…

Teraz wzięliśmy się za wydawanie wszystkich tekstów synodalnych, których nie było po polsku i już mi się wydaje, że wydanie pierwszego tomu aktów synodalnych będzie wymagało napisania od nowa historii Kościoła starożytnego, pokazania, o co tam naprawdę chodziło.

Jak Ojciec sądzi: gdy człowiek współczesny siada do czytania Pisma Świętego i ma do dyspozycji dzieła Ojców Kościoła, które ukazały się po polsku, to, na czym polegałoby przewodnictwo Ojców Kościoła? Czy byłoby to raczej wyjaśnianie konkretnych fragmentów z Pisma Świętego, jak oni je rozumieli, czy też, jak mówiliśmy wcześniej, wskazanie na osobę Chrystusa jako na przewodnika?

Jedno i drugie. W pierwszym wypadku ? interpretacji konkretnych tekstów: możemy się spotkać z interpretacją, która należy do naszej kultury, cywilizacji grecko-rzymskiej, ale jednak jest niezachwaszczona Rewolucją Francuską, poprawnością polityczną i innymi bożkami, które panują w dzisiejszych czasach. I czytanie, w tej chwili, komentarzy Ojców, które poddane zostały okrutnej weryfikacji, bo przecież 99 procent dzieł zginęło, pozwala zobaczyć coś, co nam, z różnych powodów, nie wpadło do głowy a im ? wpadło. Można się też zastanowić, czy przypadkiem ten, który jest w bezpośredniej łączności z tradycją apostolską może rzeczywiście widział coś więcej niż my…

Czyli przewaga Ojców w stosunku do nas wynika z tego, że oni ?myślą biblijnie?, to znaczy tymi samymi kategoriami, co pisarze natchnieni?

To jest troszkę jak z rzeką. W Wiśle woda w mieście Wisła jest bardziej zbliżona do źródła, jeśli chodzi o jakość wody, niż woda w Warszawie, która ma już coraz mniej wspólnego z tym, co ze źródła wypływało. I tak też jest w naszej rozmowie, bo rozwija się rozumienie objawienia, rozumienie wiary, a jednocześnie musimy coś do tego dokładać: nasze kategorie, myśli. Cofnięcie się i przeczytanie, jak to się miało w III, IV wieku, bez naszych naleciałości, jest inspirujące.

Dziękujemy bardzo za rozmowę.

Dziękuję.

Rozmawiali Adam Dobrzyński OP oraz Jakub Bluj OP.

Spis Treści

Dodatek teofila

    Philospohia viva teofila

      Spory, dyskusje, polemiki teofila

        Rozmowa teofila

        Ankieta teofila

        • W szkole Ojców Kościoła
          ks. Edward Staniek
        • Pokorne pochylenie się nad słowem Bożym
          Marta Przyszychowska
        • Fascynacje Ojcami Kościoła
          Maciej Bielawski

        Artykuły teofila

        • Młode wino w starych bukłakach – metody egzegezy judeochrześcijańskiej
          Marcin Magdziarz OP
        • Kamień, który ostrzy nas wszystkich – rzecz o Orygenesie
          Paweł Trzopek OP
        • Dojrzeć głębię – uzasadnienie egzegezy alegorycznej Orygenesa
          Mateusz Zduński OSB
        • Wierni literze – Egzegeza szkoły antiocheńskiej
          Maciej Okoński OP
        • Chwalić Pana z aniołami – wpływ Pisma świętego na anafory Ojców Wschodnich
          Łukasz Filc OP
        • Liturgia słowa pierwszych chrześcijan
          Wojciech Dudzik OP
        • By zrozumieć. Wstęp do egzegezy św. Hieronima
          Łukasz Popko OP
        • Efrem Syryjczyk i jego miłość
          Stanisław Nowak OP
        • Piąty demon. O smutku – za Ewagriuszem z Pontu
          Michał Golubiewski OP

        Horyzonty teofila

        • Mówmy o Bogu Jezusa Chrystusa
          Wojciech Golubiewski OP
        • Trud wolności, banał niewoli
          Dominik Rogóż OP
        • Tyrania Wolności
          Tomasz Mika OP

        Dominikalia teofila

        • „Zjedz tę Księge”: studium w tradycji dominikańskiej
          Paul Murray OP

        Wykład teofila

        • Miejsce Septuaginty w studiach biblijnych
          Marguerite Harl

        Poezja teofila

          inne