Panta rhei, czyli zmiana – dobra?


  • Kwiecień 04, 2020
Share this :   | | | |
Panta rhei, czyli zmiana – dobra?

 

S

entencja z tytułu wypowiedziana przez starożytnego filozofa Heraklita miała za zadanie zobrazować cechę świata, jaką jest zmienność. Za ilustrację służyła rzeka, a właściwie jej fragment, na który się patrzy. Zauważyć można wtedy, że woda cały czas płynie, czyli ciągle pojawiają się nowe cząsteczki wody w obserwowanym fragmencie rzeki, a te, które już zauważyliśmy, znikają (popłynęły dalej). Stąd stwierdzenie, że nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki. Rzeczywistość wciąż się zmienia wraz z upływającym czasem i nigdy nie przybiera identycznego wyglądu.
 
Taki opis świata, który będzie nam uciekał i nie będziemy mogli go złapać może być nieco irytujący. Ciągła zmiana naszej sytuacji wydaje się być w sprzeczności z przekonaniem że do dojrzałości potrzebna nam jest stabilizacja, ustatkowanie. Przecież bardzo pragniemy pewności, chcemy mieć wiele rzeczy pod kontrolą, chcemy wiedzieć, jak jest i jak będzie. Chcemy, żeby było bezpiecznie i spokojnie.
 
Zatrzymajmy się jednak na chwilę i pomyślmy o tym, co nam najbliższe. Nasze ciało. Codziennie się zmienia, a w dłuższych odcinkach czasu ciągle musimy się uczyć, jak dostosować się do jego nowych możliwości lub ograniczeń. Relacje z najbliższymi. Kłótnie, godzenie się, uczenie się siebie nawzajem, wchodzenie w nowe relacje i odnoszenie ich do innych czy kończenie relacji. A wokół nas? Nowe technologie i nowe produkty na rynku, nowa moda i wiele innych zmiennych. Gdzie nie spojrzymy, tam zmiany – jakby wpisane w nasze życie. Czujemy napięcie. Nie mamy nad tymi zmianami pełnej kontroli. W dobie epidemii jeszcze dotkliwiej tę prawdę odczuwamy, kiedy wciąż kształtująca się sytuacja na świecie rysuje nam nieprzewidywalną przyszłość.
 
Niedziela palmowa – dla mnie najdotkliwszy obraz zmiany. Od zawsze wzbudzał we mnie wiele emocji i niezrozumienie fakt, że ludzie witający Jezusa w bramach miasta za niecały tydzień będą stać pod krzyżem z nienawiścią w oczach i pogardą w ustach, albo będą siedzieć obojętnie w swoich domach jak gdyby nigdy nic. Jakże zmienne są nastawienia tłumu. Z wybawiciela narodu do skazańca w parę dni.
 
Zastanawiając się, dlaczego, potrzebujemy zadać sobie pytanie, na czym buduję swoją wiarę? Swoją, a nie naszą, czyli moją, indywidualną! Jest to bardzo intymna chwila. Do tego typu refleksji potrzeba momentu izolacji od innych. Co jest dla mnie naprawdę wartościowe? Gdzie jest moje serce?
 
Zdaje się być to błahe pytanie. Przecież wiadomo, że wiara oparta jest na Bogu, ale różne reakcje i komentarze w odniesieniu do postanowień naszych przełożonych o zamknięciu kościołów i związanych z tym ograniczeń, demaskują jednak różne mamy patrzenie na istotę wiary w naszej wspólnocie. Zatem pójdę dalej i doprecyzuję pytanie przekształcając je w formę: W jakiego Boga ja wierzę?
 
Żeby zbliżyć się do odpowiedzi, przypomnijmy sobie jedno wydarzenie z życia naszego ojca Abrahama. Rodzi mu się wyczekiwany przez całe (długie) życie syn, którego Bóg mu obiecał. Ale wtedy, Bóg każe poświęcić jedynego syna, zaraz po tym, jak obiecuje mu, że będzie ojcem wielkiego narodu. Cóż za sprzeczność! W tym momencie nie ma żadnej logiki, rozsądku, jasności czy pewności.
 
Jest to działanie całkowicie wolnego Boga, który chce stworzyć duchowo wolnych ludzi. Trzeba nam pamiętać, że Bóg nie daje się kontrolować. Sam wybiera narzędzia, którymi chce się posłużyć. Nie jest uwarunkowany naszymi przekonaniami na temat wartości, bezsensowności, pochodzenia czy przynależności. Dlaczego? Najprawdopodobniej dlatego, że całkowita wolność stanowi sedno prawdziwej miłości. Bez wolności nie ma miłości, jest tylko strach, powinności i zobowiązania. Bóg nie kocha nas dlatego, że musi, ale dlatego, że chce. Bóg nie kocha nas dlatego, że jesteśmy dobrzy, ale dlatego, że On jest dobry. Dlaczego nie potrafimy tego przyjąć? Ponieważ początkowo jawi się nam to jako utrata naszej siły, znaczenia, bezpieczeństwa.
 
Godna medytacji jest w tu postawa Abrahama, który „zaufał nadziei, wbrew nadziei”. Dlaczego? Bo ufał, że Bóg jest Bogiem. Nie ufał obrazowi Boga, ale Jemu samemu. Nie ufał rytuałom, ale Jemu samemu. Dzięki temu był w stanie wyjść poza granice ludzko pojętej i uchwytnej nadziei i ufać nadziei, którą jest Bóg przekraczający nasze pojmowanie.
 
Boimy się tak radykalnych ingerencji Boga w nasze życie. Boimy się zmiany. Kardynał John Henry Newman w jednym ze swoich kazań mówił:
 

Lubimy pozostawać takimi, jakimi jesteśmy i dla wielu przyczyn zmiana życia nie jest dla nas czymś przyjemnym, brakuje nam woli przemiany – woli bycia przemienionym. Brakuje nam woli, by się zgodzić na to, by Bóg wszechmogący nas zmienił. Nie chcemy wypuścić z ręki samych siebie i – po części lub całkowicie – chociaż wszystko zostało nam podarowane za darmo, kurczowo trzymamy się własnego „ja”.

 
 
Chciałbym na koniec zostawić Was pytaniem, które stawia widzowi Salvador Dali w swoim obrazie Chrystus świętego Jana od Krzyża. Popatrz na zdjęcie na początku tego artykułu i zauważ czystą kartkę nad głową Jezusa – Co Ty tam wpiszesz?
 
 


 

autor Michał Wojtczyk OP

Leave a reply