Ksiądz z ambony mówił, że winę za zło na świecie ponoszą ludzie, którzy nie przychodzą do kościoła.

Brzmi znajomo. Myśl w stylu „nie dziwcie się, że jest pandemia, skoro się nie modlicie” jest całkiem kusząca i dość nośna.

Ja jednak chciałbym się z tą myślą nie zgodzić. Uważam, że jest wprost przeciwnie.

Ludzie się nie modlą, bo jest zło na świecie.

(żeby być bardziej obrazowym: bo doświadczają zła)

(żeby być bardziej precyzyjnym: każdego zła, nie tylko zła w Kościele i jego strukturach)

Si Deus est, unde malum? – będzie pytał Leibniz.

Jak pogodzić dobrego, kochającego Stwórcę i istnienie zła na świecie? Teodycea. Wygooglujcie sobie, warto.

Nie mam rozwiązania. Mogę za Różewiczem powiedzieć, że zło to z człowieka i tylko z człowieka się bierze. Tylko co ze śmiercią niewinnych? Co z cierpieniem bezbronnych? Na onkologii dziecięcej to nie przejdzie. Bóg tak chciał? Nawet ja tego nie dźwignę. Język jest zbyt nieadekwatny, nie przystaje do problemu teodycei.

I wiem tylko, że jedynie u ludzi głęboko wierzących widziałem jak przedziwnie mogą się ze sobą spotkać ból i nadzieja, śmierć i zmartwychwstanie. Jakby wydychając życie wiedzieli, że wdech będzie życiodajny.

Nie dam wam łatwej odpowiedzi, kuszącej recepty, nośnego sloganu, naiwnej nadziei.

Jedyne co Kościół może dać, to Chrystus. To jedyna odpowiedź, które wytrzymuje pytanie o zło.

Puste kościoły to świadectwo nieświadomości ludzi. Pytanie o powody tej nieświadomości zostawiam otwarte, bo i na nie ma jednej, łatwej odpowiedzi.