Śpiewać każdy może. Wszyscy dostaliśmy zaproszenie, by uczestniczyć w koncercie, który już nigdy więcej się nie powtórzy.

– tymi słowami zachęcałem Was, Drodzy Czytelnicy, do rozpoczęcia lektury pierwszego tekstu w ramach niniejszego cyklu. Być może udało Wam się przejść razem ze mną przynajmniej niektóre etapy tej wspólnej drogi ze słowem Bożym. Przez minione kilka tygodni zdążyliśmy się pokrótce przyjrzeć idei prawa naturalnego, zastanowić nad rolą wspólnoty w naszym życiu i omówić kilka metod osobistego rozwoju moralnego. W ostatnich odcinkach trochę więcej uwagi poświęciliśmy miejscu Pisma Świętego w naszym życiu. Na podsumowanie tej części naszej muzycznej wędrówki chciałbym wspomnieć o sprawie, która wydaje mi się fundamentalnie ważna, ponieważ nadaje sens wszelkim moralnym rozważaniom. A zatem…

…zostaliśmy zaproszeni do chóru.
Początkowo jesteśmy mocno zaaferowani całą tą sytuacją. Wiemy, że nie jesteśmy zbyt dobrymi śpiewakami, ale chórzysta, który nas zaprosił, twierdzi, że to nie jest istotne – umiejętność przyjdzie z czasem. Nuty, które otrzymaliśmy, wydają się bardzo wymagające, więc całą naszą uwagę skupiamy na tym, by się dobrze nauczyć naszej melodii. Chcielibyśmy dobrze wypaść, udowodnić, że nadajemy się do tego zespołu.

Dalszy ciąg tej historii może się potoczyć na wiele różnych sposobów. Niektórzy chóralni adepci są przerażeni poziomem trudności nut, które otrzymali, i zniechęceni chcą się wycofać z uczestnictwa w chórze. Inni, choć nie dają za wygraną i próbują się nauczyć śpiewać, to jednak ich własne niedoskonałości i fałszowanie dźwięków wprawiają ich we frustrację i rozczarowanie całym koncertem. Są i tacy, którzy mają bardzo słabo wyrobiony słuch, więc pewni siebie śpiewają to, co im się wydaje właściwe, zupełnie nie zdając sobie sprawy z dysonansów, które wywołują. Wreszcie są i tacy, którzy posiadają całkiem dobre umiejętności – mogli je zdobyć jeszcze przed zaproszeniem do chóru lub też dość szybko je nabyli w czasie wspólnego śpiewu. Śpiewają oni donośnym głosem, zadowoleni z siebie, mając świadomość, że ich głos jest oparciem dla innych chórzystów.
Jest jednak pewna wspólna rzecz, która łączy wszystkie te grupy śpiewaków – są skupieni na samych sobie. Możemy śpiewać przez bardzo długi czas sądząc, że najważniejszą rzeczą, której od nas tutaj oczekują, jest perfekcyjne wykonanie naszej partii.

Niekiedy jednak jakieś wydarzenie sprawia, że podnosimy wzrok znad nut i odrywamy uwagę od samych siebie. Wtedy możemy dostrzec coś, na co wcześniej prawie w ogóle nie zwracaliśmy uwagi: scena jest pełna osób, ruchu, muzyki. Będąc pośrodku tej rzeczywistości, zaczynamy się w to wszystko wpatrywać i wsłuchiwać.

W pierwszej kolejności uderza nas cudowne piękno utworu, który jest wykonywany na scenie. Ogromny chór z jeszcze większą orkiestrą współgrają ze sobą w jakiejś niezwykłej harmonii. Owszem, co i rusz słyszymy jakieś fałsze, niedociągnięte dźwięki i błędy rytmiczne, jednak w przedziwny sposób nie zaburza to całościowego odbioru utworu. Wydaje się, jakby te fałsze zostały wręcz przewidziane przez Kompozytora i wkomponowane w jego utwór tak, że ostateczny efekt jest więcej niż zadowalający. Zaczynamy doceniać wielki rozmach Kompozytora, połączony z jego kunsztem muzycznym i dopracowaniem Pieśni w najmniejszych szczegółach*.

Potem nasza uwaga kieruje się na Solistę. Jego donośny, pewny głos unosi się nad sceną i jakby przenika wprost do uszu słuchacza. Choć chór i orkiestra grają z pełną mocą, to jednak Solista cały czas jest słyszalny, nie zagłuszając przy tym innych. Co więcej, gdy się w niego wpatrujemy, widzimy w jego postawie pełnię zaangażowania i pasji. Z wielką uwagą przebiega oczami nuty, nie chcąc pominąć ani jednego dźwięku zapisanego przez Kompozytora, a jednocześnie jest w swym śpiewie całkowicie naturalny, delikatny i subtelny*.

Wreszcie patrzymy na Dyrygenta. Choć powinniśmy go obserwować od samego początku, to dopiero teraz przykuł on naszą uwagę. Po kilku chwilach jednak przestajemy się dziwić temu, że go wcześniej nie zauważyliśmy. Jego ekspresja jest tak żywa, że wydaje się wręcz nieuchwytna dla oczu – podnosi ręce, opuszcza, nachyla się, wyprostowuje, podchodzi do muzyków, to znów wraca na miejsce. Cały czas w ruchu, cały czas pełen energii – dyryguje całym ciałem, jakby tańcząc po całej scenie. Nie ma w tym jednak ani krzty losowości czy popadnięcia w trans, lecz każdy ruch jest przemyślany, każdy we właściwym momencie. Dyrygent porywa ze sobą nie tylko zespół ale i całą widownię w głąb wykonywanego utworu*.

Nasz podziw wzrasta – w jakim niezwykłym towarzystwie przyszło nam śpiewać? Co to za niesamowite trio?

Pytamy o nich najbliższego chórzystę – tego, który nas zaprosił do zespołu. Trochę zdziwiony odpowiada, że Tych Trzech trzęsie całym światem muzyki. Jak mogliśmy o nich wcześniej nie słyszeć? Mówi nam również, że to właśnie w ich imieniu zaprosił nas do zespołu. Podobno każdy członek chóru jest zachęcany do tego, by przyprowadzać do niego kolejne osoby*. Co więcej, nasz znajomy chórzysta twierdzi, że Tych Trzech jest naprawdę fantastycznymi osobami i chcą oni każdego członka zespołu poznać osobiście.

Szybko przekonujemy się, że rzeczywiście tak jest.
Ilekroć mamy jakieś problemy z nutami, Kompozytor natychmiast jest gotów, aby nam je objaśnić. Podchodzi i tłumaczy niezrozumiałe znaki, pomaga się odnaleźć w toku utworu, interpretuje dla nas poszczególne fragmenty: “Tutaj ciszej… tu trzeba położyć akcent… a w tym momencie żywo, z energią!”.
Gdy fałszujemy lub mamy problem z emisją głosu, gotowość do pomocy okazuje nam Solista. Podchodzi do nas i z wielką wyrozumiałością pomaga nam poprawić naszą postawę ciała. Jego nieprzerwany, pewny śpiew wprost do naszego ucha pozwala nam odnaleźć właściwe dźwięki i dostroić nasz głos do jego głosu.
Dyrygent natomiast posiada jakąś niezwykłą umiejętność podtrzymywania bezpośredniego kontaktu z każdym członkiem zespołu. Wzrokiem, gestem czy bezgłośnym szeptem przekazuje tak ogromny ładunek treści, że doskonale ogarnia cały zespół. Jednocześnie potrafi adresować swoje komunikaty do każdego chórzysty z osobna, bez słów, jakby mówiąc: “Teraz forte… i łagodnie… daj więcej, stać cię na to… brawo!”

Bezpośredni kontakt z Tymi Trzema wydaje się być bardzo urywany, przelotny, od okazji do okazji. Chciałoby się porozmawiać dłużej, zapytać o coś więcej, poznać nieco bliżej, ale Pieśń Stworzenia trwa nadal i wciąż domaga się pełnego zaangażowania. Dostaliśmy jednak niespodziewaną obietnicę – jeśli dotrwamy do końca koncertu, to spotkamy się z Tymi Trzema twarzą w twarz*. Warto śpiewać dalej…

Po pewnym czasie naszym oczom ukazuje się jeszcze jeden poziom rzeczywistości, w której uczestniczymy. Naszą uwagę zwracają pewne bardzo subtelne zachowania Tych Trzech, które ujawniają panujące między nimi relacje*.

Wielka orkiestra symfoniczna wraz z chórem wykonują monumentalną Pieśń Stworzenia, w czym przyszło nam z radością uczestniczyć. Jednak z każdym kolejnym taktem, który słyszymy i odczytujemy w nutach, coraz bardziej narasta w nas przekonanie, że Kompozytor napisał ten utwór specjalnie dla Solisty. Pieśń Stworzenia w całości i w każdym najmniejszym szczególe jest tak skomponowana, że partia Solisty stanowi samo jej serce.
Solista wydaje się doskonale o tym wiedzieć. To dlatego z taką pieczołowitością wyśpiewuje swoją melodię – doskonale odczytuje zamysł Kompozytora i zdaje sobie sprawę ze znaczenia każdej, nawet najkrótszej nuty. Jednocześnie robi to z takim zachwytem i radością, jakby Kompozytor sprawił mu najpiękniejszy prezent.
Widzimy również Dyrygenta, który jakby dopełnia tę wyjątkową więź między nimi. Dyrygent nie tylko doskonale zna nuty napisane przez Kompozytora i jego zamysł, który w nich zawarł. Wydaje się, że również w całej głębi zna samego Solistę: jego charakter, umiejętności i upodobania. Swoimi gestami potrafi wydobyć z niego cały potencjał – wszystko najcenniejsze, co Solista ma do zaoferowania. Jest całkowicie skoncentrowany na Kompozytorze i Soliście, a jego dyrygencki taniec pozwala przepływać muzyce między nimi*.

Widać, że Tych Trzech stanowi prawdziwą jedność. Ich doskonały kunszt muzyczny, ich pełna koncentracja na sobie nawzajem i ich radość twórcza rodzą w nas przekonanie, że absolutnie niczego im nie brakuje. Są całkowicie samowystarczalni, Tych Trzech po prostu jest Muzyką!

Nieśmiało w naszej świadomości pojawia się pytanie: do czego im jest potrzebna cała ta orkiestra i chór? Po co im te instrumenty, partytury, a nawet po co im ta widownia, skoro całkowicie im wystarcza podziw, jaki otrzymują od siebie nawzajem?
Odpowiedź wydaje się oczywista ale jednocześnie szokująca: po nic! Po prostu chcieli się podzielić Muzyką z innymi…

Im dłużej śpiewamy w tym zespole i im więcej doświadczamy osobistego kontaktu z Tymi Trzema, tym bardziej doceniamy dar, który został nam ofiarowany. Zostaliśmy zaproszeni do tego przedsięwzięcia zupełnie bez własnej zasługi. Jesteśmy włączeni w wielką wspólnotę muzyków, choć początkowo nie mieliśmy niemal żadnych zdolności, ani kompetencji – posiadaliśmy jedynie głos gotowy do śpiewu. Choć nadal zdarza się nam fałszować, to jesteśmy traktowani z wielką wyrozumiałością – Tych Trzech jest zawsze gotowych do tego, by przyjść z pomocą i nauczyć śpiewu*.

Jedynym warunkiem jest nasza gotowość do nauki, do przyjmowania pouczeń i wprowadzania ich w praktykę w ramach chóru, którego jesteśmy członkami. Otrzymamy wszelkie potrzebne pomoce, jeśli na serio zapragniemy uczestniczyć w Pieśni Stworzenia całym sobą. Trzeba nam odrzucić wszelkie próby “kłamania z nut” (śpiewania pod nosem, ukrywania fałszów) lub upartego indywidualizmu (śpiewania z dala od chóru lub przekonania o własnej nieomylności).
W gruncie rzeczy te warunki nie są niczym wymagającym. Jeśli wpatrujemy się w Tych Trzech, to nietrudno jest zarazić się ich pasją, życiem, zaangażowaniem i radością prawdziwego muzykowania*!


Tym razem nie będę objaśniał powyższej opowieści. Wydaje mi się, że w znacznej mierze odniesienia do rzeczywistości wiary są oczywiste. A tam gdzie nie są oczywiste, niech na razie pozostaną tajemnicą.
Jednocześnie chciałbym bardzo mocno podkreślić, że użyta przez mnie metafora jest bardzo niedoskonała. Żadne ludzkie obrazy nie są w stanie ukazać jaki naprawdę jest Bóg w swojej istocie. Pamiętajmy o tym, gdy posługujemy się jakimikolwiek metaforami w odniesieniu do Niego.

Na koniec chciałbym dodać tylko kilka krótkich uwag:

  • Bardzo Was zachęcam do dłuższego zatrzymania się nad tajemnicą Trójcy Świętej. Nie uciekajmy od niej, przecież to jest serce naszej wiary! Nie zniechęcajmy się jej niepojętą głębią – w końcu sięgamy do samego sedna rzeczywistości.
  • Podziękujmy Bogu za nasz chrzest, przez który zostaliśmy włączeni do wspólnoty Kościoła. Dzięki niemu mamy śmiały przystęp do Trójjedynego Boga i nadzieję na wieczne życie z Nim. Dziękujmy też za tych ludzi, którzy nas do tej wspólnoty zaprosili.
  • Spójrzmy na moralność z perspektywy tego zaproszenia. Wszystko w naszym życiu otrzymaliśmy od Boga za darmo. Niczym sobie nie zasłużyliśmy na chrzest, na Jego łaskę. Ale możemy w wolny sposób odpowiedzieć na zaproszenie Trójcy Świętej, a ta odpowiedź wiary wyraża się właśnie przez nasze codzienne słowa i czyny.

Życie to taniec. Życie to śpiew. Życie to miłość.

Otis
Ps 45, 2-3
Z mego serca tryska piękne słowo:
utwór mój głoszę dla króla;
mój język jest jak rylec biegłego pisarza.
Tyś najpiękniejszy z synów ludzkich,
wdzięk rozlał się na twoich wargach:
przeto tobie pobłogosławił Bóg na wieki.
Kol 1, 11b-14
Z radością dziękujcie Ojcu, który was uzdolnił do uczestnictwa w dziale świętych w światłości. On to uwolnił nas spod władzy ciemności i przeniósł do królestwa swego umiłowanego Syna, w którym mamy odkupienie - odpuszczenie grzechów.
Mt 28, 19-20
Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata».
Mk 1, 9-11
W owym czasie przyszedł Jezus z Nazaretu w Galilei i przyjął od Jana chrzest w Jordanie. W chwili gdy wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na Niego. A z nieba odezwał się głos: «Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie».
Ps 40, 6.8-9
Wiele Ty uczyniłeś
swych cudów, Panie, Boże mój,
a w zamysłach Twoich wobec nas
nikt Ci nie dorówna.
I gdybym chciał je wyrazić i opowiedzieć,
będzie ich więcej niżby można zliczyć.
Wtedy powiedziałem: «Oto przychodzę;
w zwoju księgi o mnie napisano:
Jest moją radością, mój Boże, czynić Twoją wolę,
a Prawo Twoje mieszka w moim wnętrzu».
Łk 10, 21-22
W tej to chwili rozradował się Jezus w Duchu Świętym i rzekł: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie.
Ojciec mój przekazał Mi wszystko. Nikt też nie wie, kim jest Syn, tylko Ojciec; ani kim jest Ojciec, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić».
J 3, 5-8
Jezus odpowiedział: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego. To, co się z ciała narodziło, jest ciałem, a to, co się z Ducha narodziło, jest duchem. Nie dziw się, że powiedziałem ci: Trzeba wam się powtórnie narodzić. Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha».
J 14, 23-26
W odpowiedzi rzekł do niego Jezus: «Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy. Kto nie miłuje Mnie, ten nie zachowuje słów moich. A nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca.
To wam powiedziałem przebywając wśród was. A Paraklet, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem.
J 14, 8-14
Rzekł do Niego Filip: «Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy». Odpowiedział mu Jezus: «Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie widzi, widzi także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: "Pokaż nam Ojca?" Czy nie wierzysz, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie? Słów tych, które wam mówię, nie wypowiadam od siebie. Ojciec, który trwa we Mnie, On sam dokonuje tych dzieł. Wierzcie Mi, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie. Jeżeli zaś nie - wierzcie przynajmniej ze względu na same dzieła! Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, a nawet większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca. A o cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię.