Zaskoczony, skołowany, umiłowany


  • Październik 30, 2019
Share this :   | | | |
Zaskoczony, skołowany, umiłowany

No nie, przecież nikt nie przyjdzie! Hasło o wyprzedanych (dwa miesiące temu!) biletach to musiała być jakaś marketingowa zagrywka, tylko po to, żeby kogoś jeszcze przyciągnąć. Zresztą, tyle interesujących rzeczy można robić w sobotni wieczór! Kto by chciał, w dzisiejszych czasach, spędzać go na modlitwie? – mamrotał mi do ucha mój wewnętrzny sceptyk, gdy na jakieś pół godziny przed wydarzeniem, pod sceną była zaledwie garstka ludzi, a trybuny Tauron Arena zionęły jeszcze pustkami. Nie był to zresztą ostatni raz, gdy tego wieczoru, ów wewnętrzny sceptyk dorzucał swoje trzy grosze do mojej percepcji „Umiłowanych”. Z każdą upływającą minutą robił to jednak rzadziej, ciszej, aż w końcu niemal zupełnie ucichł.

Na miejscu zameldowaliśmy się z braćmi aż 4,5 godziny wcześniej, by wspomóc wolontariuszy obstawiających wydarzenie. Przyznać muszę, że atmosfera była póki co nader spokojna. Jako, że po raz pierwszy uczestniczyłem w wydarzeniu na Tauron Arena, z dużą dozą zainteresowania przechadzałem się po tym imponującym obiekcie. W końcu zająłem miejsce w sektorze, który mi przydzielono.

Obawy o frekwencję zostały rozwiane dość szybko. Trudno powiedzieć kiedy, ale chyba w momencie gdy mrugnąłem, ludzie pojawili się i szczelnie wypełnili całą Arenę. Wszyscy przybyli na wydarzenie przepływali przez Tauron w entuzjastycznej, życzliwej i pełnej pokoju atmosferze, co czyniło pracę wolontariusza wyjątkowo mało uciążliwą. Wszelkie podsuwane mi wcześniej przez wyobraźnię scenariusze, dotyczące chaosu jaki może powstać przy takiej ilości ludzi, okazały się czymś jak najdalszym od rzeczywistości. Wciąż żywy jest w mojej pamięci widok pewnego trzydziestoparolatka prowadzącego swoich rodziców na sektor – przytłoczonych rozmachem miejsca, ale ogromnie szczęśliwych, wzruszonych właściwie. Był to obraz bardzo urokliwy i poruszył mnie, a nie nazwałbym się człowiekiem przesadnie emocjonalnym.   

Do tego co się miało wydarzyć specjalnie przygotowany nie byłem.  Ani wcześniej nie miałem okazji być na uwielbieniach organizowanych przez ojców Adama i Tomasza z ekipą, ani żadnych innych robionych na tak dużą skalę. Nie interesowałem się też jak coś takiego wygląda. Nie będę teraz rozstrzygać czy to swoista ignorancja, czy raczej zupełnie normalna sprawa, ale fakty są takie, że nie byłem zbytnio zaznajomiony z tego typu duchowością i ustawiłem się na sektorze – niczym Zacheusz na drzewie  – z czystą kartą, by zobaczyć what’s this fuss all about. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo w praktyce trudno, by karta była faktycznie czysta. Człowiek jednak zwykle nadbudowuje sobie oczekiwania, które w konfrontacji z rzeczywistością często prowadzą do rozczarowań. Nie inaczej było w moim przypadku. Zmrużyłem z dezaprobatą oczy, gdy dowiedziałem się, że nie będzie wystawienia Najświętszego Sakramentu ani stanowisk, gdzie można by się wyspowiadać. „To jest miejsce gdzie zbieramy się na modlitwę i spotkanie z Jezusem, czy może po prostu koncert doprawiony konferencją?” – darł mi się do ucha wewnętrzny sceptyk.

Bo rzeczywiście, w pewnym momencie, czując że Tauron Arena zaczyna unosić się w powietrze, pomyślałem sobie, że jeśli trafisz na imprezę zakrapianą alkoholem to albo z niej po prostu wyjdziesz, albo będziesz się cały czas męczył, albo do nich dołączysz. Ja wybrałem trzecią opcję. Szkopuł jednak w tym, że nie było tam alkoholu, ale Duch Święty, który był źródłem energii tego wydarzenia. A On już taki jest – banalne, ale warto przypominać – że jak się Go zaprosi i pozwoli mu działać, to działa. W momencie gdy przełamałem swoje skostniałe schematy mówiące jak powinno być, a zamiast tego zaprosiłem do wnętrza Jezusa i dałem się poprowadzić, sytuacja odmieniła się diametralnie. Nagle słowa wypowiadane w czasie konferencji zamiast ciążyć, zaczęły trafiać w serce, a fragment o ucałowaniu stołu to nawet w sam środek tarczy. Nie wiem też kiedy, ale dałem się ponieść tanecznemu uwielbieniu, a gdy wewnętrzny sceptyk krzyczał o robieniu z siebie debila, a zwłaszcza gdy celowały w nas obiektywy, od razu z odsieczą przyszedł obraz króla Dawida tańczącego przed Arką Przymierza i uciszył jego podszepty na dobre. Dopiero skonstatowałem, że chociaż z natury nie jestem tancerzem, to przecież przy odpowiednim impulsie mogę to zrobić. Nie to jednak było dla mnie największym znakiem tego wieczoru. Otóż w pewnej chwili, Pan Jezus szepnął mi do ucha, subtelnie ale wyraźnie, jak to tylko On potrafi, pewne dotyczące mnie słowa. Wszedł do mojego serca jak do domu wspomnianego Zacheusza, którego wybrał spośród tłumu, by właśnie u niego się zatrzymać. I wtedy poczułem i zrozumiałem, że jestem umiłowany. A podejrzewam, że takich wizyt Jezusa wydarzyło się tego dnia jeszcze wiele.

Pisząc te słowa z perspektywy kilku dni znowu borykam się z wewnętrznym sceptykiem, który natarczywie dopytuje, ile z tego co mi Jezus polecił wprowadziłem w czyn i dlaczego tak mało. Sceptyk nie omieszkał też przy okazji dodać, że cała ta sympatyczna opowieść więcej ma z Czerwonego Kapturka niż z prawdziwego życia. Może to prawda, że choć wrażeń było sporo, to nawet jeśli są one silne, wciąż pozostają czymś bardzo ulotnym. Wierzę jednak, że ziarnko zostało zasiane. A w mojej gestii jest prosić Ducha Świętego, by pomógł mi je rozsądnie podlewać. Czego sobie i wszystkim współuczestnikom „Umiłowanych” z serca życzę.

br. Julian Stolarczyk OP

fot. https://www.facebook.com/events/379972532632063/

Image may contain: one or more people, stadium, crowd and basketball court
Leave a reply